czwartek, 14 września 2017

KODEKS RONINA

(11) Ronin walczy o życie
To jest dzielnica Jana Pawła II, a parafia pod wezwaniem Matki Bożej z Częstochowy. Nie, nie jesteśmy w Wadowicach ani w Krakowie, gdzie od lat na każdym, brukowanym placyku ustawia się pomnik polskiego papieża na tle Jasnej Góry. Brazylia, stan Sao Paolo, suchy, ciepły, przyjemny klimatycznie interior wielkiego jak kontynent kraju. Znajdujemy się w urokliwej miejscowości Sao José de Río Preto, gdzie na ulicy imieniem Rosa Generosa Pinheiro proboszczem od niepamiętnych lat jest polski misjonarz ksiądz Tadeusz Szerszeń. Zainicjował pracę w slumsach, nocą słuchał ulicznych strzałów, mieszkał długi czas w jakiejś cerowanej budzie, skorpiony rankiem wyjmować musiał z butów. Złączył ludzi w katolicką wspólnotę, zbudował duży kościół i solidną kaplicę w drugiej części powierzonej mu dzielnicy, otworzył prężnie działające przedszkole a biskupa przekonał, żeby patronką parafii została jakaś polska Matka Boża z Częstochowy. Miejscowym trudno jest tę nazwę przecedzić przez zęby, sanktuarium trzeba lokalizować gdzieś palcem na mapie, w dodatku nie jest to Aparecida. Pomysł jednak przyjęto z szacunku dla zasług kapłana.
Szerszeń nie jest typem medialnego misjonarza, którego facjatą wykleja się pocztówki znad dalekiej, romantycznej Ucayali lub Niagary, z czarnoskórymi dziećmi na ramionach. Kto słyszał o padre Tadeo? Nie znaliśmy się przedtem z Polski. Ojciec Szerszeń nawiązał z nami kontakt internetowy, potem wymieniliśmy wspólne odwiedziny dla wzmocnienia misyjnej znajomości. Ksiądz Tadeusz lubi towarzystwo, dużo opowiada, choć żartuje niewiele. Mam wrażenie, że obserwuje człowieka, studiuje jego gesty, niby nie patrzy ale widzi, nie ocenia lecz dosadnie powie, co myśli. Gorzej jeszcze, jak nic nie powie. Siedzieliśmy sobie czasem przy popołudniowej kawie, korzystając z ciepła, gdy nagle Tadeusz Szerszeń ni stąd ni zowąd potrafił zapytać: a ty co nauczasz o łasce Bożej? I w dobie, w której połowa księży katolickich nie ma pewności: jak i komu udzielać Komunii Świętej, bezceremonialnie robił nam katechezę o tym, że łaska to życie Boże w duszy człowieka. Niedawno świętował pięćdziesiąt lat kapłaństwa, z czego dwadzieścia sześć spędzonych w Brazylii. Powróciły wspomnienia. Tadeusz Szerszeń zapatrzył się w okno z zamyśleniem i wrócił pamięcią do lat seminaryjnych z Drohiczyna, kiedy za wykładowcę hebrajskiego miał słynnego księdza Jana Zieję. W połowie lat formacyjnych młodego Tadeusza dopadły wątpliwości – bo był jakiś inny, nie mieścił się w tym miejscu i układzie, zamierzał więc skończyć semestr i odejść. Pamięta, że długi czas chodził z wahaniem ukrytym głęboko w myślach. Pewnego dnia spacerował po ogrodzie i mijał przechodzącego Zieję. Ni stąd ni zowąd ksiądz Jan położył Tadkowi rękę na ramieniu, spojrzał alumnowi w oczy i nie wiadomo dlaczego powiedział: nie bój się, wszystko dobrze, jesteś na swoim miejscu.
Powołanie chrześcijańskie niesie w sobie wezwanie do zwycięstwa. Każdy chrześcijanin pielęgnuje dumną godność, przeżywa wiarę w perspektywie dojrzałej wolności i nikt nie jest w stanie wyrwać mu z piersi oddechu nadprzyrodzonego sensu. Taki i tylko taki jest charakter chrześcijańskiego zwycięstwa. Kroczenie przez ten świat pewnym krokiem i z podniesionym czołem nie wchodzi w konflikt z pokorą. Chrześcijańskie zwycięstwo bowiem nie jest tym samym, co doczesny sukces, zręczność polityczna lub siła pięści. Człowiek dziedziczy duchowe zwycięstwo chrześcijan wchodząc konsekwencją wiary w Paschę Chrystusa. To dlatego również nie godzi się wiecznego kapitału paschalnej wiktorii poświęcić marnym, doczesnym potyczkom. Potencjału krzyża i zmartwychwstania wolno użyć jedynie w tej części bitwy, w której rozstrzyga się walka o samo jądro ludzkiej egzystencji.
W konsekwencji tego prorok Jeremiasz odkrywa zaskakującego przeciwnika, którego zmuszony będzie pokonać orężem paschalnego zwycięstwa. Znów nie jest to czysto ludzka potyczka, w której krzepki pachołek podaje stojącemu naprzeciw proroka żołdakowi tarczę, hełm i miecz. Za chwilę skrzyżują się pięści, poleje się krew, na balkonach cyrku mdleć będą wątłe kobiety i zdzierać swe gardła podnieceni panowie. Tryumfatorom zaś na opasłe karki mecenasi i humaniści nałożą pozłacane wawrzyny. To nie jest ta walka. W paschalnym zmaganiu nikt przeciwko nam nie napina muskułów. Przeciwnikiem proroka jest tylko on sam, musi pokonać samego siebie, sprostać rękawicy rzuconej przez życie, przełamać siebie na ubitej ziemi własnej egzystencji. Prorok nie widzi innego zagrożenia z zewnątrz, gdy wyznaje: „zaczął trawić moje serce jakby ogień, żarzący się w moim ciele” (Jer 20, 9b). Wróg nie podszedł pod mury twierdzy, nie trzeba uderzać w bębny na trwogę, niczemu nie służy mobilizacja sił. W sobie mam żagiew i płomień przeciwnika.
Nawrócony ronin zatem wyczuwa, że dużo łatwiej było przedtem tryumfować nad lękiem, smutkiem, biedą albo samotnością, niż teraz z wiarą stanąć do zapasów o życie. Wiara zmusza do konfrontacji z rzeczywistością w jej najgłębszych pokładach, bez wikłania się w spory na poziomie jej społecznych, psychologicznych czy politycznych przejawów. Człowiek po pierwsze musi walczyć duchowo, by zdać sobie sprawę, że bez Boga nie może dalej istnieć, że nie ma siły postawić na ziemi następnego kroku. To zwycięstwo aktu wiary. Po wtóre ronin pokonuje w sobie pokusę wielkości, uznając siebie za jednego z maluczkich tego świata. To bitwa o pokorę. W konsekwencji chrześcijanin zdobywa się na miłość bezinteresowną, deklarowaną i dozgonną, pokładając upodobanie serca nie tylko w tych, którzy są tego warci ale jeszcze bardziej w tych, którzy tę miłość potrafią utrącić. To tryumf heroizmu. Być może definitywnym wywieszeniem sztandarów na murach przeciwnika będzie ocalenie sensu życia, który jest darowany wszystkim od poczęcia aż do chwili śmierci, niezależnie od tego, jaki przyznano nam tytuł, ile wpłacono nam na konto i kto przygląda się nam raz przychylnym, raz krzywym dla kaprysu spojrzeniem. To przewaga ładu sumienia. O to walczy ronin i tak on w Bogu zwycięża.
Byłoby więc czymś dalece nieroztropnym ograniczać siłę paschalnej wiary jedynie do szukania pocieszeń, które chwilowo są w stanie dać nam wytchnienie od psychologicznych, społecznych lub kulturowych stanów trwogi, choroby, zdrady czy cierpienia. Walka o życie w istocie znaczy więcej. Gdybyśmy moc Boga zredukowali jedynie do uzdrowień i pocieszeń, On sam znalazłby się na szerokiej liście naszych doczesnych terapeutów, a życie wewnętrzne łatwo zniekształcilibyśmy w zwierciadle ludzi płaczących po kościołach, nadwrażliwych na cudowności, które pozwalają zwrócić uwagę od koszmarów życia w stronę egzaltacji. Zresztą, w ostatnich latach taka postać katolicyzmu - zredukowanego do pewnej formy terapeutycznej religijności - okupuje dużą przestrzeń Kościoła. Lecz Bóg nie tyle służy by pocieszać bez końca i uzdrawiać. On przede wszystkim wie, jak definitywnie rozwiązać problem naszej egzystencji. Terapeutyczne szukanie religijnej pociechy to jeszcze nie to samo co wewnętrzna naprawa życia. Dlatego tę egzystencjalną walkę ronina Bóg ma zwyczaj przeprowadzać od początkowej pociechy do praktycznych i trwałych cnót, postanowień, nawyków.


piątek, 25 sierpnia 2017

KODEKS RONINA


(10) Ronin poza podium

Poznawałem Dzieło Boże w czasach, gdy na dźwięk słowa: Opus Dei, wielu mędrków pozbawionych odwagi bezpośredniej konfrontacji, kładło wskazujący palec na ustach i patrząc dwuznacznie w gwiazdy, syczało, zaklinało, wróżyło i przędło cuchnącą pomówieniami nić mitu, konfabulując słowa z obnażonego już od dawna, modernistycznego słownika hipokryty: Kościół bogatych, elita, katolicka masoneria, dwie klamki i dwa kluczyki, sekta, radykalna prawica, ukryta finasjera biskupów, sekretna władza nad Watykanem, kod Leonarda da Vinci –  i szkoda dalej wyliczać. Dziś coś uległo zmianie w propagandzie salonu. A może – co znamienne dla tej strony światopoglądu – wyczerpała się ograniczona wyobraźnia lewaków albo nadszedł moment ewaluacji nowoczesnych pomysłów ewangelizacyjnych, z których większość przypomina balony bez powietrza wywieszone po hulance na płocie. Przeszła nam fantazja po czterdziestu latach duszpasterskiej szarży i każdy już przewiduje, że nadchodzi chwila, gdy specjalistów trzeba będzie poprosić o pomoc.
A ja pamiętam jak z kolegą Piotrem, zaledwie po roku kapłaństwa, szukaliśmy zacisznego miejsca na odbycie dnia skupienia co miesiąc. Wiadomo - w seminarium żyć modlitwą jest łatwo, bo wszystkie uzgodnienia duchowych formatorów potwierdzają regularne dzwonki z korytarza. Ale potem zaczyna się tak zwana dola neoprezbitera i kosztuje doczytać brewiarz między pogrzebem a kancelarią. Wydzwanialiśmy zatem do kilku zakonnych kongregacji, których ascetyczne korzenie zdawała się potwierdzać nam mistyczna tradycja wieków. A ilu ludzi macie na to skupienie? – po drugiej stronie słuchawki urzędowy głos męczył nas za każdym razem tym samym tonem ankiety. Dwóch – odpowiadaliśmy ze wstydem Piotrek i ja. A nie, my przyjmujemy grupowo – zawsze tak samo kończyły się negocjacje. Na szczęście, po którejś z rzędu czarnej polewce podanej nam przez telefon do stołu, mój kolega przypomniał sobie, że pisał magisterkę z duchowości księdza Escrivy i że może w Dziele pójdzie nam łatwiej. Wtedy chodziło już tylko o kilka godzin w ciszy, przed Najświętszym Sakramentem i z daleka od naszych plebanii. Ksiądz Jan przyjął nas jak młodszych braci. Bez ankiety i pytań o szczegóły, przygotował dwie medytacje w obecności Sanctissimum, możliwość spowiedzi lub duchowej rozmowy, różaniec, lekturę a nawet obiad za darmo. Tylko dla nas dwóch w potrzebie, bez konieczności dźwigania za sobą duszpasterskiej grupy.
Kiedy więc kilka lat później mieszkałem już w zachodniej Europie, od dłuższego czasu poszukiwałem księdza, który mógłby mnie godnie wyspowiadać i ważnie rozgrzeszyć. Po kilku wstydliwych próbach - wolałbym je tu przemilczeć - przyparty do muru, rozglądałem się wokół, myśląc w gorączce: jak tu przetrwać duchowo? Wróciła mi zbawienna myśl: Dzieło! Trzy lata prowadził mnie father Fergus, który dziś jest proboszczem na Merrion Road w Dublinie ale w tamtych czasach służył jako kierownik duchowy jednego z akademików, prowadzonych przez Opus Dei na Hume Street. Odnalazłem to miejsce. Rozmawialiśmy długo. Wyspowiadałem się – rzekłbym – komfortowo. Po pierwszym spotkaniu father Fergus wręczył mi kartkę z wypisanym na niej numerycznym kodem do drzwi domu i komentarzem: słuchaj, masz dużo na głowie. Tu przyjdziesz, kiedy chcesz. Pomodlisz się, obejrzysz telewizję, poczytasz książkę lub odpoczniesz. Jesteś u siebie w domu. Żadnej kalkulacji kosztów czy elity – irlandzki ksiądz przyjął obcego Polaka w potrzebie. Nie musiałem spełniać nadzwyczajnych kryteriów. Dziś pracuję w Urugwaju i raz w tygodniu przepycham się w korkach stolicy ku centrum wzdłuż eleganckiego budynku z napisem CADI. To kompleks szkolny prowadzony przez Opus Dei w najbiedniejszej i najbardziej zbójeckiej dzielnicy Montevideo – Casavalle. Uśmiecham się sam do siebie, gdy myślę, że ci oskarżani o budowanie elitarnych sektorów w świecie, idą równym krokiem do zwycięzców i przegranych, odgadując tak w jednych, jak w drugich jednakowo potrzebujących. Ci natomiast, co oskarżają, sami często nie chcą wystawić głowy z ideologicznego ghetta, dla jakiegoś powodu odmawiając raz bogatym, raz biednym, wsparcia, ratunku lub zbawienia.
W tym kontekście dialog Jezusa z Kananejką należy to najbardziej nietypowych spotkań Pana, zapisanych w ewangelii. Próżno medytować tę scenę z punktu widzenia europejskiej mentalności. Dla nas w pewnej chwili Jezusowi po prostu brak kultury osobistej. Pokazuje plecy znękanej kobiecie, raz: gdy ona osobiście wzywa pomocy Syna Dawidowego i drugi: gdy o zakończenie ekscesu proszą poirytowani uczniowie. Ale logika biblijna dopełnia się w symbolach. Wszystko w tym spotkaniu ułożone jest tak, aby proszącą Kananejkę doprowadzić do zdania o psach, którym – według Jezusa – nie jest dobrze rzucać pokarm przeznaczony dla dzieci (por. Mt 15, 26 – 27). Myśląc po ludzku, Jezus takim tekstem obraża umęczoną kobietę. Trzeba jednak odkryć duchowy sens tego zdarzenia. Pokarmem będzie sam Pan. Podczas swojej męki zostanie on rzucony psom na pożarcie. Mówi o tym modlitwa lamentacji mesjańskiej, w której Syn Boży skarży się, przeżywając ostatnie chwile swej udręki: „sfora psów mnie opadła” (Ps 22, 17). Należy pamiętać, że Jezus cierpiący utożsami się też z ubogim Łazarzem, pozostawionym samemu sobie u bram pałacu bogacza, gdzie tylko psy się zbliżały, by lizać wrzody biedaka i dać ulgę jego nędzy (por. Łk 16, 19). Tak do końca ubogi stał się Chrystus na Krzyżu. W wypowiedzi o psach zatem Jezus nie odnosi się do kobiety lecz do samego siebie. Jakby Pan chciał postawić w sercu Kananejki ów konieczny do rozstrzygnięcia dylemat: dziś szukasz oparcia w mojej sile, czy jednak nie zgorszysz się mną, gdy wydawać się będę przegranym? Łatwo jest polegać na mocnych, trudniej towarzyszyć potrzebującym.

Ronin więc stroni od ludzi co to zawsze muszą wygrywać. Woli szukać tych, którym może nie wychodzi wszystko, ale gotowi są na kolejny wysiłek, próbę, ryzyko i wyzwanie - stale wierni prawdziwym ideałom. Tacy nie wiedzą, czy się uda, są jednak pewni, że próbować trzeba. Dla ronina ludzie przykręceni do podium oszukują świat, innych i siebie. W gruncie rzeczy nikt już nie wie: czy oni naprawdę wygrywają? Pewne jest, że każą się nazywać zwycięzcami. Taki ktoś z podium nie pozna nigdy prawdy, bo w istocie wcale jej nie szuka. Szuka ciągle sposobu, by wszyscy przyznali mu rację. To nie jest to samo, co prawda. Taki z podium nie pokocha. Zgodzi się mieć partnerkę, żeby nie kręcić się w życiu samemu. Leczenie samotności to nie jest to samo, co miłość. I ten z podium wreszcie nie uwierzy w Boga. On musi mieć nowoczesne poglądy, drżąc przy tym w środku, by ktoś kiedyś o nim nie pisał na facebooku, że chodzi co niedzielę do kościoła. Co prawda pozostanie religijny: podczas ślubów, pogrzebów i modlitwy za kraj. Religijność jednak to nie to samo, co wiara. Zamyślony nieco ronin zamyka gazetę z wywiadem, którego człowiek z podium zechciał udzielić czarnym główkom, nakłada słuchawki na uszy i z ulgą słucha Młynarskiego: „jeszcze w zielone gramy. Chęć życia nam nie zbrzydła. Jeszcze na strychu każdy klei połamane skrzydła. I myśli sobie Ikar, co nieraz już w dół runął – jakby powiało zdrowo, to bym jeszcze raz pofrunął.”.


wtorek, 15 sierpnia 2017

KODEKS RONINA

(9) Dlaczego ronin nie tonie?

Księża katoliccy są wspaniałym materiałem na przyjaciół. Nie będziesz miał ich nigdy wielu, za to będziesz miał ich zawsze i do śmierci. To niemożliwe mieć wielu przyjaciół wśród księży. W zdecydowanej większości duchowni są indywidualistami, wyposażonymi przez Boga w twarde charaktery. Unikając dwuznaczności lub pozorów, nie zgodzą się robić w czyimś świecie za dekorację. Muszą zagrać pierwszą rolę na głównym planie. Dlatego już na początku przyjaźni z księdzem jest albo twórcza fascynacja, solidarność, dialog aż do końca albo czasem gwałtowne zapomnienie. Ja mam jeszcze inny podział tych niewielu przyjaciół księży, których pozyskałem. Noszę ich sobie w środku jak biało-czarne zdjęcia, wysuwane co rusz z butonierki. Mam zatem księży przyjaciół doświadczonych bardziej ode mnie, starszych wiekiem, wodzów i duszpasterzy, którzy nie wiem dla jakiego powodu upodobali sobie przebywać z młokosem. Mam też kilku przyjaciół z czasu seminarium. Nie piszemy do siebie często ale w chwilach nielicznych spotkań, krótko i bez kamuflażu wszystko z cienia kładziemy na stole. Mam jeszcze i tych, którzy stoją za mną murem a ja twardo staję też za nimi, pomimo gęby wykrzywionej od opinii, mimo potknięć i niedoskonałości – prawdziwa przyjaźń rodzi się na polach bitew, a nie za stolikiem w salonikach elit. W ostatni lub nowy segregator pamięci wpinam teraz wreszcie i księży przyjaciół z kategorii międzynarodowej.
Wśród tych ostatnich ważne miejsce zajmuje don Antonio Bonzani, włoski misjonarz, który ponad trzydzieści lat temu wybrał się na służbę do Urugwaju i pozostał tam do dzisiaj. Antonio to baczny obserwator chylącej się ku wieczorowi, całej kościelnej epoki, konsultant wielu biskupów aż po Rzym i świadek posoborowego dramatu katolickiej wspólnoty w Urugwaju. W sytuacji zasiedziałej nad La Platą duszpasterskiej bezradności nigdy nie stracił pogody ducha, wiernej wiary, ufności w reformę oraz twórczej inteligencji, która pozwala mu rozróżniać duchy. Przed wyjazdem na misję zdobył doktorat z dogmatyki. Kiedy w Montevideo nastał, zdecydowany zrobić coś z chaosem, arcybiskup Cotugno rodem z Italii, powołał swego współziomka na rektora Fakultetu Teologicznego w Urugwaju. Antonio miał za zadanie postawić tę uczelnię na nogi. Należało przywrócić polecane przez Kościół katolicki ratio studiorum, położyć kres ideologicznym szkieletom teologii wyzwolenia, które do dziś tańczą i harcują na gruzach latynoamerykańskiej refleksji katolickiej, zbudować następnie korpus kształcenia dla świeckich katechistów z Urugwaju oraz – co najtrudniejsze – oddalić błędy w wykładach dla przyszłych księży znad La Platy, czyli przemieszać solidnie kadrę profesorów. Wielokrotnie w naszych rozmowach wracaliśmy do tych tematów. Antonio był i jest świadom, że nie udało się zrobić wszystkiego, co zamierzał. Dotykało go często cierpienie. Wykonał jednak większą część niewdzięcznej roboty, bez wzbudzania dodatkowych konfliktów, bez wznoszenia sobie pomników czy kapliczek, bez goryczy niespełnienia. Nabył przez to spokoju z odwagą i wolności z humorem. Kiedy w ostatni poniedziałek, kończąc wykłady, schodziłem z pierwszego piętra Fakultetu, spotkałem Antoniego w pokoju docentów. Robił na kolanie notatki, trzymając blisko przed nosem książkę z wyborem homilii świętego Augustyna. Osobiście wolę czytać Augustyna po łacinie – mówił, przesuwając palcem gdzieś po stronie – i popatrz tylko na to zdanie: ten, który cię posłał, nie dopuści byś utonął...
Być może w skutek zamieszania z tematem woli Bożej daliśmy sobie z nią współcześnie spokój. Nieco wygodniej jest wstawić do teologii lub kazania jakąś błyskotliwą myśl z tak zwanej dziedziny ludzkiej egzystencji, pochylając się ze wzruszeniem, w kółko i bez końca nad: samotnością człowieka, przebaczeniem wobec najbliższych, bezsennością nieuleczonych wspomnień czy wewnętrzną wolnością człowieka i pielgrzyma, o której wszyscy lubią posłuchać. Nad wolą Bożą dziś łamią sobie głowę czasem jeszcze skrupulatne mniszki lub neurotyczni nowicjusze ale żeby nowocześni katolicy - to nie! Bo jak tu bez zgubionego klucza podejść do zamkniętego problemu? Czy wola Boża to dyktatura najsilniejszego Bytu wobec podległych Mu struktur stworzenia? Czy zawsze tak musi być, jak Bóg chce? A może uda się czymś wolę Boga przekupić, zmienić, odczarować? Unikać woli Bożej głupio lecz współpracować z nią to ryzyko.
Według interpretacji Augustyna Piotr, stawiając odważnie stopę na morzu rozjątrzonym przez sztorm, prosi Jezusa o powołanie: poślij mnie – mówi do Pana apostoł – pozwól mi iść do Ciebie! Wola Jezusa jest mu przychylna i papież zaczyna kroczyć. Lecz u Boga tysiąc lat jest jak jeden dzień, a jeden dzień przypomina millenium. Po kilku krokach Piotr: rybak, apostoł czy papież, traci z widoku to, co było na początku, więc tonie (por. Mt 14, 28 – 30). A na początku była zgodność pragnień człowieka z wolą Boga. Nie trzeba tego komplikować. Bóg chce twojego szczęścia, pobudza więc twoje serce, wspiera twoje pragnienie i zamierza skutecznie doprowadzić je do celu – to właśnie nazywa się wolą Bożą. I nie ma w naszej wierze pojęcia bardziej sprzyjającego egzystencji człowieka.

Ronin znajduje rozwiązanie problemu życia w silnej woli, a nie w płochliwych sentymentach. Wola potrafi dosięgać wiecznych odpowiedzi, sentymenty co najwyżej ocieplają krajobraz na chwilę. Najpierw jesteśmy tego bardziej niż pewni lecz złośliwy chaos zwichrzonego porządku natury wyrywa nam potem rozum z głowy: wtedy na początku dnia zawsze z z czcią całowałem sutannę, dziś parzy mi ona ramiona. W tamtej pierwszej minucie nie odrywałem od niej wzroku, dziś do niej nie otwieram ust. Gdy pierwszy raz trzymałem moje dziecko na rękach, płakałem ze wzruszenia, dziś nie przestaję krzyczeć ze zmęczenia. Wówczas pierwszy raz gotów byłem dla sprawy postradać życie, dziś budzik o szóstej rano jakby podcina mi gardło. Na granicach epok obalaliśmy dyktatury, dziś plujemy sobie po oczach – emocje, lęki, żądze, plany, idee i przesądy miały, mają, mieć będą swe protesty. Odzyskasz perspektywę, gdy poskromisz w sobie histeryka. Jesteś tylko człowiekiem lecz kopiąc się z falą wytęż wzrok i powróć myślą do brzegu: skąd i po co zacząłeś? Tam jest twoja własna wola Boża. Jeśli pierwsze jest na początku, kroki postawione po pierwszym da się policzyć bez błędu.


czwartek, 6 lipca 2017

KODEKS RONINA

(8)  Ronin pośród zbawionych

Ciekawe, że zupełnie od niechcenia poruszyć do głębi najbardziej niedostępne przestrzenie naszego serca może spotkanie codzienne, które aż chce się nazwać rutyną, przejściem lub obyciem. Taka jest delikatna inteligencja Boga, że ośmiesza On całkowicie nasz system obronny, odporny na wołanie kaznodziejów, bombardowany wyrzutami sumienia lub podważany latami lekturą Prawa czy Proroków. Bóg widzi plan bitwy i wie, że zbudowaliśmy solidny mur w tych miejscach, w których z zasady spodziewamy się szturmu. Dlatego bez wysiłku, bez sztabu, bez taktyki, odwiedza nas Pan Bóg z gestem prostaczków, zapomnianych, bez nazwiska w historii, zamiast aktu kapitulacji proponując akt nawrócenia. To dlatego nie pamiętam już ani roku, ani numeru domu tych starszych państwa, którzy wtedy od ponad trzydziestu lat żyli swym ukrytym życiem niesakramentalnych w Płocku. Byli wierzącymi katolikami z jednym, znaczącym ich wszak konsekwencją, zakrętem moralnym sprzed lat. Odwiedziłem ich po kolędzie, gdy oboje przekroczyli już próg osiemdziesiątki. Nie pamiętam w jaki sposób w rozmowie dobrnęliśmy do wspomnianego zakrętu, etycznego wypadku i sakramentalnego wyroku: od trzydziestu lat - wierząc głęboko w Chrystusa – nie przystępowali do Komunii Świętej. Widziałem przed sobą dwójkę strapionych ludzi. To dlatego coś dodało mi odwagi, by opowiedzieć im o możliwości próby białego małżeństwa. On popatrzył na mnie wtedy i z uśmiechem odpowiedział: ależ proszę księdza, my już od kilku lat w kwestiach seksualnych żyjemy jak brat i siostra. Po kolędzie przyszedł Wielki Post. Starsi państwo przygotowali się do pierwszej po wielu latach spowiedzi i Komunii Świętej przyjętej zaraz na Wielkanoc. Jeszcze w Oktawie Zmartwychwstania Pańskiego Jezus starszego pana odwołał z tego świata. Bóg czekał, by zaproszenie do zbawienia wręczyć mu podczas Mszy Świętej.
Jeśli więc prawdą jest – na co w pismach i w gestach tak samo stanowczo, a póki co mało skutecznie, zwracał uwagę papież Benedykt XVI – że Kościół odnawia się dzięki właściwemu rozumieniu i przeżywaniu Eucharystii, to obracając bardzo optymistyczne dociekanie wielkiego teologa w autokrytyczną zadumę, winni jesteśmy przyznać, że nie idzie nam dobrze odnowa wiary, bo pogubiliśmy się w spójnym rozumieniu i przeżywaniu Mszy Świętej. Chór śpiewaków, którzy przez wieki zdolni byli jednym głosem utrzymać ton hymnu Tantum Ergo, łatwo dziś wchodzi w dysonans, dociskając przedwcześnie lub za późno, każdy inną nutę w liturgicznej kakofonii dźwięków. Jedni więc na gitarach chcą wyśpiewać w Eucharystii kontynuację żydowskiego sederu w nowo testamentalnej formie, jaką zdają się niestety narzucać im surowe komisje z Watykanu. Drudzy, zanim otworzą usta, już gubią się w przekrzykiwaniu, gdzie podczas występu umieścić krzyż lub gdzie mają siedzieć i stać tak, by każdy mógł widzieć każdego. Jeszcze inni, z dość szczerą żarliwością poszukując źródeł Mszy Świętej, za podstawową normę wierności idei Wieczernika uznają dosłowne kopiowanie przeczuwanych subiektywnie ludzkich gestów i zamysłów Jezusa. Mówią zatem: jeśli Mistrz spożywał Nową Paschę w postawie pół leżącej, to i my do kościoła przyniesiemy poduszki; jeśli On przemienił swą Krew w glinianym naczyniu, to i my usuniemy ozdobne kielichy. Tak mistyczną bliskość adoracji odziera się niskim, bardzo dosłownym naśladownictwem, z jej intymnego sekretu. Być może najtrudniejsze jest to, że żaden już dyrygent w tym momencie nie stara się zapobiec niepokojącemu roztrojeniu istoty i pozycji Mszy Świętej. Eucharystię wkomponowano gdzieś jako element duszpasterskiego oddziaływania lub doktrynalnej dyskusji. Redukcja Najświętszego Sakramentu do jednego z równorzędnych elementów chrześcijańskiego depozytu nieuchronnie prowadzi do konfuzji w wierze. Chwiejemy się więc między ewangelizatorami, dla których Eucharystia jest jedynie częścią duszpasterstwa i trzeba dać jej nade wszystko atrakcyjną formę, a kanonistami, dla których Msza Święta jest tylko przejawem doktryny, jaką w konkretnym momencie historycznym zdaje się dyskutować Kościół.
Msza Święta z istoty swej nie może być niczym mniej – ani w nazwie, ani w formie, ani wreszcie w swym znaczeniu – jak pełnią zbawienia dla ludzi. Jeśli wierzymy dziś jeszcze tak, jak zawsze wierzył Kościół, to wyznajemy w konsekrowanej Hostii na ołtarzu całkowitą - bez żadnego braku, rzeczywistą - czyli pewną materialnie mimo ukrycia i substancjalną obecność Jezusa w tym samym dosłownie Ciele, w którym został On Ukrzyżowany i w którym Zmartwychwstał. Hostia to ukrzyżowane i zmartwychwstałe, tak więc uwielbione Ciało Zbawiciela. Msza Święta nie jest jeszcze jedną ucztą lub kolejnym fragmentem Wielkiego Czwartku. Nie jesteśmy wcale w Wieczerniku. Nie przyglądamy się też samej śmierci Chrystusa na Golgocie. I nie stajemy na progu pustego grobu w zadumie, mimo, iż w tradycji nadaje się niedzielnej Eucharystii miano Małej Wielkanocy. We Mszy Świętej mieści się cała Pascha Pana. On nas tu gromadzi, jak sprowadził uczniów w Wielki Czwartek do Wieczernika. I On podczas konsekracji mszalnej zbawia nas codziennie na Krzyżu. On sam wreszcie zmartwychwstaje w nas na wieczność, gdy komunikujemy z wiarą i moralną godnością. Od początku więc każdej Mszy Świętej, aż do momentu rozesłania, dosięgamy pełni zbawienia, bez zbędnych redukcji i dociskania subiektywnych aspektów w pobożności.

Ronin chodzi na Mszę Święta i ma nadzieję być zbawionym. Zabierzcie mu Eucharystię, a większą część dni ronina przykryjecie smutnym cieniem bezsensu. Ni mniej, ni więcej. Mijają lata jego istnienia na tym świecie. Pod wieczór, podpierając na dłoni swą siwą głowę i dokonując obrachunku z życiem, ronin wie, że nie udało mu się wszystko. Są w jego życiu ludzie straceni i chwile przegrane. Nic z tym już nie da się zrobić. Trzeba uznać, po jakimś czasie, istnienie całego ciągu wydarzeń, które nie mają już naprawy - mogą być jednak zbawione! Zbawienie wieczne to coś nieskończenie większego niż ludzka umiejętność odzyskania dawniej utraconych pozycji. Na przykład, ileż to razy ronin myślał z żalem: tyle lat nie odzywałem się do mamy, zmarła wczoraj, a ja nie zdążyłem prosić jej o przebaczenie. Co teraz robić? Naprawy już nie ma. Może być jednak zbawienie. Po zmarłej matce roninowi pozostał stary mszalik i książeczka do nabożeństwa. Gdy idzie na Mszę Święta, wkłada je sobie do kieszeni. Zanim usłyszy dźwięk pierwszego dzwonka i pieśni, wyjmuje mszalik i czyta: módlcie się, aby Moją i waszą ofiarę przyjął Bóg, Ojciec Wszechmogący.



sobota, 17 czerwca 2017

KODEKS RONINA

(7)  Życie wewnętrzne Ronina

Choć znaliśmy się od lat, duszpasterski los złączył mnie z Romkiem – jak to się wtedy zwykło mawiać w Płocku – na Krzyżu. Niewielka kaplica przy rozpoczętej dopiero co budowie kościoła, gromadziła każdej niedzieli tysiące chrześcijan z północnych Podolszyc, ludzi niezwykle sympatycznych, twórczych, młodych, myślących i aktywnych. Jedne z najlepszych lat i najgłębszych kontaktów duszpasterskich na każdym poziomie jak dotąd w moim życiu. Niezwykła jakaś syntonia myśli, rozmów duchowych, współpracy i śmiałych nad podziw projektów, bez potrzeby zastanawiania się: wyjdzie coś z tego, czy nie wyjdzie? Rodziło się samo, działo się samo, byle nie przeszkadzać dobrze ukierunkowanej twórczości we wspólnocie.
Ale jak to bywa w życiu, nie wszystko w tym krajobrazie miało sobie przypisaną radosną ikonkę z uśmiechem. Przeciągająca się budowa docelowej świątyni, niezgrabności finansowe parafii, zbyt częsta zmiana proboszczów i związany z tym, mało jasny komunikat decydentów do ludzi, ciążyły i uciskały nas często do ziemi. Trzeba więc było modlić się na serio. Z Romkiem co prawda różniliśmy się i to znacznie w naszym wzajemnym podejściu do zajęć kapłańskich, natomiast bez zbędnych komentarzy czy rozszerzeń chwytaliśmy wspólną falę na poziomie życia wewnętrznego. Romek modlił się pięknie i spontanicznie. Widziałem wielokrotnie jak po całym dniu katechezy i parafialnej pracy, wpadał o późnej porze do kaplicy Świętego Krzyża i bez większego schematu adorował długo Jezusa – lekko, serdecznie, z młodością, jak dziecko. Zazdrościłem mu tego. W tamtym czasie bowiem ja sam czułem się niewolnikiem moich pobożnych schematów, robiłem co mogłem ale nie wznosiłem się wysoko w życiu modlitwy, kładąc codziennie na ołtarzu niezgrabny kamień za kamieniem. Dlatego rozbawiła nas do łez szczera, koleżeńska rozmowa, jaką niby przypadkiem prowadziliśmy pewnego popołudnia. Ja komplementowałem Romka za jego spontaniczną lotność w modlitwie, a on popatrzył na mnie zdziwiony i powiedział: a ja chciałbym tak jak ty, właśnie punkt po punkcie, zawsze o tej samej godzinie, z notatkami i Pismem Świętym w ręku.
W każdym razie, inspirowany przez kolegę i motywowany wewnętrznie, czułem, że muszę coś zmienić w modlitwie. W Warszawie jest Malbork ale jeszcze kilka lat temu nikt chyba do niego nie zachodził. Wszyscy chodzili na pobliski stadion Legii. Do Malborka przyszli mnisi i ukrytemu w architektonicznym ciężarze betonu, cegły, plastycznej chały i w sakralnym kiczu kościołowi przydali ducha. Bracia i siostry z Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich modlą się razem mniszą jutrznią o świcie, psalmami i czytaniem w południe oraz nieszporami z Eucharystią wieczorem. Modlą się z mieszkańcami anonimowych metropolii. Modliłem się i ja z mnichami. Pierwszy raz na serio, w dyskretnym i tak samo skutecznym towarzystwie brata Benedykta, który dziś z daleka nie przestaje mi kibicować w swej wiernej przyjaźni, praktykowałem lectio divina. Każdego dnia od początku tych co miesięcznych dni skupienia we wspólnocie najpierw z żelazną determinacją wypędzałem z wyobraźni oraz intelektu obrazy banalnej cywilizacji, potem zawijałem się dokładnie w kokon ciszy, otwierając przed Słowem przepaść duchowego słuchu. Biblia, gdy jest modlona, dzieli się z orantem swym wnętrzem, które ma tę samą rozpiętość co życie wieczne. Nie oczekiwałem wtedy aż takiej hojności od Biblii. Ja i Ona spotykaliśmy się w wolności, jednakowo gotowi odejść, co pozostać. Wiedziałem tylko jedno, że Bóg chce abym zrobił coś z tym irytującym już czasem schematem na modlitwie. Nieprzewidywany zupełnie i niewyrażalny w żaden sposób przełom przyszedł jak zawsze do mnie poza wszelkim, nadprzyrodzonym efektem. Nie było nadzwyczajnych ingerencji, egzaltacji, duchowych wzruszeń, dotknięć i zaśnięć, nie rozpadła się ziemia i nie pękło niebo. Czerwoniak przejeżdżał właśnie Łazienkowską, kibice Legii skandowali przekleństwa po straconej bramce, a siostra Jadwiga pisała ikony – zapadło mi się nagle serce bez śladu na modlitwie.
Wiem od tamtego momentu, że Duch Święty przychodzi w różnych epokach do Kościoła czasem tylko z jednym charyzmatem na ręku - a jest nim życie wewnętrzne. Jesteśmy niepoprawnie uparci identyfikując trzecią Osobę Boga wyłącznie z siłą wiatru, z działaniami, z cudami i apostolską aktywnością katolików. Dziś, jak zawsze podnieceni, bardziej spodziewamy się powrotu Ducha. Otwieramy więc bramy i okna Kościoła, krzycząc i tańcząc: niech przewietrzy, niech trzaska drzwiami, niech jednym pociągnięciem palca przesunie zmurszałe mury, nowa Pięćdziesiątnica, wychodźmy w korowodach na ulice. Są jednak i takie chwile w historii, gdy Duch Święty przychodzi by ukryć nas w cieniu, zmniejszyć wysokość, by powiększyć głębię i rozmach ukierunkować na jakość. Trzeba wreszcie przyznać, że tym co od strony chrześcijaństwa rewolucjonizuje całe społeczeństwa, uszlachetnia pojedynczego człowieka a Kościół czyni znów młodym, jest autentyczne życie wewnętrzne ochrzczonych. Tak wiele miejsca w nowej ewangelizacji poświęca się duszpasterskim planom i metodom, a tak mało ufa się duchowości. To dlatego, w samej końcówce dwudziestego i w początkach dwudziestego pierwszego wieku, od lat Soboru stoimy w miejscu. Przepowiadanie obróciliśmy w pobożne anegdoty, etykę w oderwane od prawdy dywagacje wszystkim przyjaznych krasnoludków, ewangelizację w uliczne manifesty, nawrócenie ateistów w statystyczne przepychanie tych samych parafian z jednej wspólnoty do drugiej,  liturgię w raut, a modlitwę w poszukiwanie cudów. Wpadło nam więc serce do innej przepaści.

Od kilku już dobrych miesięcy czytam ze wzruszeniem tekst każdego wystąpienia, książki lub konferencji kardynała Roberta Sarah. Odczuwam, że jest on człowiekiem twardym. Ma poważną twarz, jednak to wszystko w nim wywodzi się z siły, a nie z dumnej pewności siebie. Ta kamienna potęga rodzi się w człowieku tylko wówczas, gdy w pełni doświadcza on realizmu egzystencji – tej ludzkiej i tej duchowej i realizm ów potrafi on uwewnętrznić, pozostając wolnym od zwątpienia w sens życia. Poczucie siły, jakie odczuwa się w kontakcie z Sarah, nie przeczy temu, że jest on też człowiekiem z gruntu dobrym. Nie jest to jednak dobroć populisty, który za cenę pacyfistycznych kompromisów usiłuje każdego kupić na banał i uśmiech. To jest dobroć spokrewniona z wolnością, prawdą i konsekwencją – tylko taka dobroć dopomaga w rozwoju.  Mamy więc do czynienia z mistykiem. Być może bardziej niż argumenty w przypadku Roberta Sarah przemawia jego zaskakująca biografia. Scenariusz wydobycia małego chłopca z najbardziej zapomnianych regionów Czarnego Lądu, przeprowadzenia go w młodości przez nieunikniony konflikt z antychrześcijańskim reżimem, by mógł dosięgać teraz samych szczytów watykańskich odpowiedzialności, z pewnością nie pochodzi od człowieka. Sarah, jak wielu innych, mógłby zmarnować to wszystko, wygodnie moszcząc się w światowych kompromisach. Jego duszy nie da się jednak odebrać tego poruszającego do głębi, wewnętrznego skupienia, które upoważnia kardynała do mówienia choćby o tym, że albo Bóg albo nic i o tym, że cywilizacja osłabła dziś w skutek braku szacunku do ciszy albo wreszcie o tym, że od koncepcji liturgii zależy właściwy rozwój duchowości. Zastanawiam się, czy wolno mi marzyć, by móc oglądać kiedyś czarnego jak prawdziwa Afryka purpurata w pełni katolickiej bieli?


czwartek, 4 maja 2017

KODEKS RONINA

(6)  Ronin z sercem pałającym

Współcześnie nie ma nawrócenia bez adoracji. Adoracja eucharystyczna, powszechnie popularna dziś w katolickim świecie, do nawrócenia prowadzi i po nawróceniu znajduje swą nadprzyrodzoną konsekwencję. Tak więc człowiek nawraca się, gdy widzi Pana, a kontynuując ścieżkę wiary po nawróceniu, pragnie widzieć Pana codziennie. Na pierwszy rzut oka wypada się z tego tylko cieszyć. Bo gdy ja lata temu powracałem do wiary z dalekiej odległości, wszyscy prawie chodzili na niedzielną Mszę, spowiadali się w Wielkim Poście, kładli pieniążek na tacy, zmawiali różaniec w rodzinach i przyjmowali księdza po kolędzie – innowiercy odznaczali się więc partykularnie jaskrawą odmiennością. A dziś kościoły, kaplice i oratoria toną w półcieniu bladych świec. W świątyniach zaś pochylone ku ziemi głowy kontemplatyków, w przytuleniu do Jezusa, z cichym trącaniem strun lub w milczeniu, z wzniesionymi do góry dłońmi, na klęczniku, zawsze z niezachwianą wiarą w pełną obecność Boga w Hostii – pragną adorować aż do przeczucia czegoś w sobie. Jedno jest pewne – adoracja wybudza wrażliwość ducha i dalej zaczyna się już to niepewne. Może być bowiem wrażliwość na miękko - surrealistyczna i sztuczna. I może być wrażliwość na twardo - w wyzwaniu, głęboka w swym czynie, oswojona z realiami, radykalna w szukaniu sprawiedliwości.
Muszę tu dlatego wspomnieć postać księdza Stanisława Kutniewskiego. Pochodzę z Mławy. Prałat Kutniewski zdecydowaną większość swojego życia a także moment śmierci związał z Płockiem, miał jednak w swej biografii i kilkuletni epizod mławski. Byłem dzieckiem, kiedy ksiądz Kutniewski zaczął być w Świętej Trójcy, na rynku proboszczem. Należał do tego typu księży, których natychmiast kurialne archiwa przypisują do katalogu praktyków: remontował, zdobywał środki, robił w trąbę komunistów, bratał się z mławską ciżbą, tryskał humorem i sam osobiście najczęściej prowadził tak zwane Msze Święte z udziałem dzieci, wśród których stałem wtedy i ja, mikrus z otwartą buzią, rozpalonymi oczami i sterczącymi uszami ze zdziwienia, że ewangeliczne życie jest takie proste, radosne, na wyciągnięcie ręki dla każdego. Kutniewski to skuteczny praktyk – mówiło się wtedy i do dziś wspomina się to w Mławie. Pragnę przytaknąć, zwracając wszak uwagę wszystkich na jeden, pozornie niepozorny szczegół: od czasów prałata Kutniewskiego, w mławskiej Świętej Trójcy na rynku rozpoczęła się godzina adoracji eucharystycznej przed wieczorną, codzienną Eucharystią. Nic wielkiego w porównaniu z powszechnie uznaną skutecznością duszpasterską Kutniewskiego: cisza, czasem różaniec, pamiętam jeszcze lata, kiedy monstrancję przepisowo i pięknie spowijał jedwabny welon – tej niewielkiej przestrzeni modlitwy zawdzięczam moje nawrócenie.
Możesz iść na adorację po to, by przyniosła ci ona ulgę w życiu. Ale możesz też pójść adorować Hostię, aby twoje życie przyniosło ulgę światu. Dla postępu wewnętrznego nie jest dobrze myśleć, że to ciężar tego świata komplikuje nieskończenie moje życie, a nie odwrotnie – że to moje istnienie przyczynia ciężarów temu światu. Jakie więc łzy wypłakujesz na adoracji? Są bowiem łzy eucharystyczne bezrobotnego, którego nienawidzi układ i są łzy pesymisty, który zwątpił w to, że dobrych ludzi jest więcej. Łzy wiecznie niedocenionego geniusza i łzy niepoprawnego egoisty. Łzy człowieka, którego nikt nie odwiedza i łzy tego, który nikogo nie zaprasza. Łzy osoby, przed którą piętrzą się nieuzasadnione trudności i łzy kogoś, kto zrozumiał, jak bardzo jest trudny w obejściu. Łzy oschłości, która skarży się na nieobecność Boga i łzy oziębłości, która lekceważy rozwój modlitwy. Dlaczego płaczesz – na progu pustego grobu pytał Pan Jezus Marię Magdalenę, jedną z najbliższych Mu osób w szerokim gronie przyjaciół (por. J 20, 13). W tak poruszającym kontekście musiało to być pytanie zasadne, poważne, znaczące.

Prawdziwie chrześcijański ronin nie jest skłonny zamykać światła adoracji eucharystycznej w sobie. Nie przychodzi mu nawet do głowy, by promieniami adoracji wciąż oświetlać piętrzące się w jego wnętrzu piramidy kompleksów. Przeciwnie, nawykły jest przepuszczać to światło na zewnątrz, do świata, gdzie wielu potrzebuje przemilczeć słowo przekleństwa, nazwać kłamstwo z odwagą, podać rękę samotnym i położyć bezpiecznie komuś głowę na ramieniu. W hierarchii rozwoju wiary biblijnej świadek stoi wyżej od ucznia. Na ucznia wciąż trzeba dmuchać, dbać o niego, motywować. Świadek zaś dojrzał w swej poważnej odpowiedzialności za świat. To o takim chrześcijaninie ludzie zwykli mówić: człowiek z powołania. W tym sensie ronin jest już aktywnym świadkiem Zmartwychwstania. Przestał być jedynie zamyślonym uczniem Krzyża. Uczniowie bowiem zasmucali się sobą na drodze do Emaus, rozmyślając nad porażką Pana. Świadkom zaś chwilę potem pałało serce (por. Łk 24, 13 – 32).


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

KODEKS RONINA cd.

(5)  Ronin w sieci

Mgła o świcie otulała stojący w cieniu drzew autobus. Polska mgła poranna jest jak mała dziewczynka, z promieniami słonecznej jutrzenki we włosach. Płockie Międzytorze spało, nie myśląc nawet o tym, by w końcu czerwca, na początku wakacji, wystawiać z kurami swój nos spod kołdry. Od czwartej rano siedzieliśmy tak samo rozziewani, co roześmiani, każdy na przypisanym sobie siedzeniu, dziesiąty już chyba raz odczytując spis nazwisk na liście uczestników wczaso-rekolekcji w Bańskiej Wyżnej, niedaleko Zakopanego. Wszyscy obecni, pan strażak podgwizdując sprawdził ciśnienie w oponach, postawił pieczątkę na papierku, zażartował coś fachowo i odszedł – brakowało jednej, jedynej Iwony. Czekaliśmy, potem dzwoniliśmy, mijały minuty i nic – dziewczyna najwidoczniej zaspała. Ktoś podjął się jej szukać. Gęsta, jasna mgła, towarzyszka czerwcowego świtu, opuściła jutrzenkę i opadła w sam korytarz turystycznego autobusu. A wraz z  mgłą opadły i dobre nastroje. Po prawie godzinie, w towarzystwie zwiadowcy, który szczęśliwie dopełnił swej misji, z plecakiem na plecach, na pokład zadymionego złą mgłą autobusu, płacząc wdrapywała się Iwona. Przepraszała. Po prostu zaspała. Wszyscy słyszeli ją dobrze, choć każdy siną mgłą napychał sobie oczy. To zdumiewające, jak z absurdalnego banału rozumny człowiek potrafi dorobić emocjonalny problem. Zanim dziewczyna z ociężałym plecakiem przedarła się do ostatniego miejsca, które jej przyznano, ktoś wydusił całą pianę i syknął: też pospałbym sobie o godzinę dłużej. Mgła w autobusie gęstniała, posuwaliśmy się sprawnie w stronę południa kraju, nikomu nie chciało się rozmawiać, wspólny różaniec wyszedł jakoś oschle więc włączyliśmy radio. To był rok, kiedy Polskę nawiedzały ogromne, letnie deszcze, przechodzące potem gwałtownie w powodzie. Byliśmy już na wysokości Krakowa, kiedy radio podało druzgocące wiadomości: prawie godzinę temu, za Myślenicami, wielka woda zerwała wiadukt. Żywioł i ciężar przygniótł kilka aut jadących na południe Zakopianką. Z pewnością cała niedospana kompania od kilku godzin ziejącą mgłą urazy poczuła nagle przypływ wdzięczności do Iwony, tak jakby jej beztroski sen o poranku wybawił nas wszystkich od zmiażdżenia.
Dla człowieka epoki ponowoczesnej, zobowiązanego do myślenia w oparciu o pozytywistyczne dogmaty odkryć technicznych i doświadczeń fizycznych, czas jest szybko i sprawnie postępującą od jednego do drugiego wydarzenia linią. Zatem czas odmierza tylko lata pomiędzy pierwszą inwestycją a kolejną. Czas to miesiące zmiennych pór roku, tygodnie od pracy do odpoczynku i odwrotnie, dni bez pigułki, jałowe godziny w urzędzie skarbowym lub w tramwaju, nieznośne minuty bez zasięgu w telefonie i ważące wieki sekundy oczekiwania na wypłatę dolarów z bankomatu. Koncepcja czasu obliczanego fatalnie w kluczu technicznych rachunków to trauma. Ogłuszona głowa człowieka zostaje zamknięta w historycznej kapsule bez drzwi i okien, wystrzelonej z katapulty przeznaczenia w stronę czarnej, kamiennej, twardej ściany. Ta koncepcja czasu redukuje ponadto funkcje typowo ludzkie z odczuć i relacji do wyćwiczonych zachowań i odruchów: przebudzić się, wstać, nie spóźniać się, jeść sprawnie, jeździć szybko, wysuszać łzy sprayem, prowadzić rzeczowe rozmowy, selekcjonować znajomości.
Myślę, że dla Boga czas nie jest techniczną linią szybkiej produkcji pożytecznych istnień ludzkich. W oczach Boga czas przypomina sieć. A w sieci lat, miesięcy, tygodni lub dni nie przywiązuje się tak wielkiej wagi do wypłat i joggingu, co raczej do spotkań, zauroczeń, rozmów i przebaczeń. To dlatego sieć czasu rozpięta w ręku Boga czyni życie łagodnym. Kto schodzi z rozpędzonej linii ludzkiego czasu i godzi się żyć w sieci pogłębionych powiązań, nabywa szybko podstawowej dla człowieka zdolności do szczerej, bezinteresownej i wiernej relacji. Stwórca zatem to Boski Rybak, który przysiadł na brzegu czasu i tka z cierpliwością sieć ludzkich życiorysów, łączy sumiennie pęknięte liny i oczka, przewiązując powolnie jedne z drugimi. Dlaczego Bóg traktuje czas jak sieć? Bo dla Stwórcy nie ma istnień straconych. Chodzi zatem o to, aby do chwili zapadnięcia się linii czasu na progu wieczności, złożyć połamane ramiona tych samych relacji i każdego, wcześniej bądź później, doprowadzić do zbawienia. Mówiąc prościej – choć jest to nie do przyjęcia dla rozpędzonych strategów egzystencji – Bogu w jednakowym stopniu i bez zatracania cnoty sprawiedliwości, zależy na zbawieniu kata i ofiary, patrioty i zdrajcy, zakonnika i prostytutki. Stwórca pieczołowicie więc poświęca całą energię opatrzności na splatanie popękanej sieci czasu. Tak szeroki zakres myślenia przeraża nas. Uświadamiamy sobie bowiem, że w jednej sieci zbawienia poza linią wieczności znaleźć się może skrzywdzone, syryjskie dziecko i dyktator, który zdziczałym żołdakom wydał rozkaz porażenia maluczkich bronią chemiczną. Jest to jednakże zdeterminowanym pragnieniem Boga, który w ręku trzyma czas – misterną sieć powiązań.

Ronin często jest smutny. Nie jest to wszakże smutek rozpieszczonych romantyków lub egocentrycznych bogaczy. Istnieje też pewien typ smutku w wierze. Ronin doświadcza go paradoksalnie: z jednej strony przecież żyje już w pełni życiem Bożym, braterstwem i świętością, umieszcza się wygodnie w sieci i pozwala, by prowadziła go Wola Boga, co daje radość. Z drugiej strony Ronin widzi wszędzie ślady apostazji, jak wielu pracuje nad tym, bym porwać sieć Boga, zniekształcić pracę Rybaka i rozdzielić stwórcze tkanie. To wpędza wiarę w smutek pełen współczucia i obawy. Ronin znajduje tylko jedno pocieszenie. Otoczony wewnętrznym smutkiem otwiera Słowo i czyta. Ulubiony fragment pocieszeń Ronina to opowieść o bezimiennym człowieku, podniesionym z noszy przy sadzawce Betesda. „Znajdował się tam pewien człowiek – opowiada święty Jan – który już od trzydziestu ośmiu lat cierpiał na swoją chorobę” (J 5, 5). Trzydzieści osiem lat – pyta Ronin – to połowa życia, czy jedno oczko w sieci?


czwartek, 30 marca 2017

KODEKS RONINA cz. IV

(4)  Ronin w lepszym niebie

Ulicy Brzeskiej w Warszawie przyklejono brzydką i jak zobaczymy za chwilę, niczym nie uzasadnioną opinię. Że wejść tam można tylko po znajomości, że po nocy biją w twarz, że przechodniom cwaniacy z kamienic zręcznie wkładają ręce do kieszeni i że mieszkać tam lub choćby wynająć pokój to dzicz, dżungla, klin i porażka. A na Brzeskiej mieszka Pan Bóg. Skręcając w prawo z Ząbkowskiej od Carefourra i ciągnąc odważnie wzdłuż szarych kamienic ku Kijowskiej, w połowie spaceru podnieście głowę w stronę nieba. Zobaczycie bez wysiłku na poddaszu szereg białych okien, które Mali Bracia wstawili tam przed laty, korzystając z profitów wydawniczej nagrody dla Morisa – mieszkanie Boga. I nie znam innego biura, domu, warsztatu czy apartamentu, którego drzwi o dowolnej porze dnia i nocy, wiosny lub jesieni, otwierałby ktoś tak, jak robi to Kazek Dmitrzak. Niewysoki wzrostem Mały Brat, w białej krymce ściągniętej z Kazachstanu, nieważne kogo dojrzy na wycieraczce, wznosi wysoko ramiona, uśmiecha się i mówi: radocha! A wokół śmierdzi wilgocią na klatce, drewniane schody sprzed wojny jęczą duszone pospiesznymi krokami, klną cienkie, tekturowe ściany i milczą nieprzystępnie twarze w kapturach, oświetlane co sekundę na mrozie chybotliwym płomykiem tlącego się papierosa. I już dalej tworzymy sobie w wyobraźni pobożną historię o duchowych synach Karola de Foucauld, którzy bohatersko poszli tam, gdzie nie chciał nikt postawić swej stopy, stworzyli doskonałą wspólnotę, bezinteresownie kochają ubogich, żyją jak Jan Chrzciciel samym Słowem na pustyni i usprawiedliwią tym życiem wszystko. Stop klatka! Moi Mali Bracia to ludzie z krwi i kości. Pamiętam wieczór po adoracji na Brzeskiej. Zrobiło się późno, było nam radośnie, gdy od tabernakulum w niewielkiej kaplicy przeszliśmy do stołu w jeszcze mniejszym saloniku. Nagle usłyszeliśmy przekleństwa i dzwonek do drzwi. Brat Sławek podniósł się z wysiłkiem i wrócił za kilka minut ze zmęczoną twarzą. Napotkał pytający wzrok Kazka, skinął dłonią bez dyskusji i wyraźnie zmęczony, wyszeptał: znów to samo.
Nie mam zaufania do barokowej duchowości. Uchował się nam i ma się zgoła dobrze specyficzny typ wyśrubowanych przeżyć, podobnych trochę do religijności, trochę do pobożności, a trochę nawet do wiary. Barok duchowy ma na celu utuczyć duszę tak, by przez obfite fałdy emocji, proroctw, misteriów i pocieszeń, nie mogła się więcej zderzyć z twardymi kantami egzystencji. Postnowoczesność dogorywa ale dwa skutki modernizmu: wyznające rozum oświecenie i czczące serce romantyzm, nie mogą nadal oglądać się na oczy. Nawet w świątyni. Wykształceni chrześcijanie wyczytali już wszystko w bibliotekach katolickich fakultetów i broniąc w milczeniu priorytetów rozumności w wierze, zredukowali swą skąpą aktywność do tradycyjnych manifestacji. Obrażeni. Zero inicjatyw. Z kolei popularna większość parafialnych bywalców uznaje scholastykę za trudną do strawienia i z entuzjazmem ulega efemerycznej fali chaotycznej dowolności, która w ostatnich latach nie znajdując już większego oporu, robi wszystko, aby oderwać wierzące masy od istnienia. Życie jest prozaiczne, religia więc musi być wzniosła. Nie lubimy swej zmęczonej pracą twarzy. Wstydzimy się siebie, klnąc na tramwaj, co właśnie nam odjechał. Jesteśmy smutni, bo przedłużył się remont. Milczymy znacząco zatopieni w papierach. Patrzymy ukradkiem na zegarek, zwisając przy szpitalnym łóżku dziadka chorego na nowotwór. Szemrzemy, grzebiąc w pieluchach nowo narodzonego dziecka. Tutaj nie ma nieba – myślimy. To pachnie brzydko, dekoncentruje mistyka, nudzi, jest banalne i kończy się do tego tak samo. Ale przyjdzie wreszcie ta jedna godzina w tygodniu, gdy poszybujemy tam, gdzie na ołtarzykach naszych egzaltowanych pobożności tłoczą się barokowe figurki. To chyba dlatego prawie wszystkie rekolekcje w katolickich kościołach od trzydziestu ponad lat muszą przewidzieć w tytule następujące frazy: czad, odlot, doświadczenie i przytulanie się do Boga. A na drzwiach obok przybity obowiązkowo plakat z nadpobudliwą, dobrze wypasioną, przebudzoną owieczką, która hasa na zielonych pastwiskach egzaltacji, z daleka od rzeczywistości.
Ronin tymczasem pisze swój duchowy pamiętnik. Mottem wewnętrznych zapisków na pierwszej stronie mieszczącego się w kieszeni kajeciku, jest stanowcze zdanie jednego z najbardziej nowoczesnych świętych w historii chrześcijaństwa – ksiądz Escrivá powiedział: albo spotkacie Boga w podstawowej rzeczywistości swojego życia, albo nie spotkacie Go nigdy. Chrześcijański Ronin wie, że ludzkie lokalizacje nieba przekłamują fakty. Od chwili Wcielenia opustoszało niebo mitologów. Niebo jest tam, gdzie pragnie być Bóg. A Boga nie ma w adresówce wypoczętych celebrytów, jest natomiast przeczuwalny w miejscach, gdzie obficie przelewa się Krew Baranka. Ronin więc uważnie obserwuje świat i człowieka: w okopach zimnej wojny za chwilę zginie żołnierz, zagryzając z rozpaczy zęby na różańcu. Ktoś w hospicjum trzyma w dłoni bladą rękę swego brata, walcząc by ten jeszcze nie odchodził. Profesor zamyka cicho aulę, słucha sumienia i wie, że nigdy tu nie wróci, bo odmówił lojalności reżimowi. Ksiądz na Zachodzie samotnie składa co dzień ofiarę Mszy Świętej. Bezdzietne małżeństwo wygodnie zna od lat swoje wady i zalety, mimo to adoptują dziecko. Chirurg żegna się i skalpelem nacina pierś niemowlęcia - mniejszą od jego pięści. Biedny chłopak z ulicy w towarzystwie anioła stróża zwraca ze wstydem to, co wczoraj ukradł bogatemu piekarzowi. Szczupły student, nie wierząc w księży, tej nocy otwiera Biblię. Młoda matka nie śpi do świtu, nasłuchując płaczu swej córki, by żyła, była zdrowa i czuła się kochana.

Od roku z mojego okna, gdy tylko wstanę ze snu, patrzę w kierunku wzgórza Verdun, na którym przed dwoma wiekami Matce Bożej postawiono niewielkie sanktuarium. W uroczystość Zwiastowania jak codziennie od lat modliłem się brewiarzem – tym razem po hiszpańsku. W hymnie z jutrzni natrafiłem na zdanie, które zmąciło spokojny nurt psalmów i nie pozwoli o sobie zapomnieć aż do śmierci. W hiszpańskojęzycznym śpiewie z laudesów tego dnia, poeta zaskakująco opisuje decyzję Stwórcy, mówiąc: jest pewne, że tego dnia Bóg zstąpił na ziemię, ale jest też pewne, że biorąc ciało z Maryi, zstąpił do lepszego nieba. Que hoy bajó Dios a la tierra es cierto; pero más cierto es que, bajando a María, bajó Dios a mejor cielo. Mówią więc, że do nieba idzie się z Bożej łaski, a nie przez wzgląd na ludzki wysiłek. Zgoda, człowiek jednak w obrębie łaski musi zdobyć się na jeden, konieczny wysiłek, aby wejść do nieba – trafić pod właściwy adres. Niebo mieści się na Brzeskiej.



czwartek, 23 marca 2017

KODEKS RONINA cz. III

(3)  Ronin ma nadzieję

Pani Gabrysia należała do tego typu kobiet, którym się niczego nie odmawia – nie dlatego, że przypominają agresywne pod każdym względem, dzikie, wyemancypowane i żądne wszelkiej krwi amazonki. Wręcz przeciwnie – pani Gabrysia nosiła w sobie tę niezaprzeczalną, miażdżącą siłę dobroci, łagodności, sympatii dla wszystkich, wobec której ostatni lew na tym świecie przyklęka. Tamtego dnia, pomimo zmęczenia i braku doświadczenia, nie umiałem Jej więc odmówić. Bałem się. A pani Gabrysia chciała bym pojechał z Nią do pobliskiego szpitala, zabrał ze sobą święte oleje i wiatyk – na ciechanowskim oddziale intensywnej terapii odchodził z tego świata Jej dziewiętnastoletni syn, Bartek. Znałem go chyba wtedy od jakiegoś czasu. Przypominał mi młodego geniusza. Od wczesnych lat znakomicie malował. Jego obrazy były poniekąd piękne, poniekąd filozoficzne, raz zaangażowane tematem, drugi raz znowu nieobecne, młode jeszcze i jakby już dojrzałe. Ale w liceum wykryto u Bartka nowotwór. Z wielkim wysiłkiem zaleczono raka, chłopak zdał maturę i jako jeden z kilkunastu artystów w Polsce został przyjęty na krakowską ASP – człowiek bez pleców, żaden tam synek znanego celebryty, nikt z tych sławnych dynastii, które pojawiają się już taśmowo i pokoleniowo na ekranach naszych telewizorów. Nic podobnego – Bartek pochodził z prowincji, wychował się w nauczycielskiej rodzinie, a na krakowską ASP wszedł siłą czystego talentu. Senne marzenie tysięcy studentów z całej Polski mógł sobie włożyć do kieszeni. Wtedy przyszło właśnie to najbardziej niezrozumiałe od Boga – nowotwór powrócił ze zdwojoną siłą tak, że chłopak nie miał nawet możliwości fizycznych, aby uczyć się malarstwa za pierwszym dzwonkiem. Zaczął ASP od dziekanki na drodze wyjątku. Terapia okazała się nieskuteczna i po kilku miesiącach walki staliśmy oto z panią Gabrysią nad łóżkiem nieludzko wychudzonego, całego sinego artysty – malarza Bartka. Byłem wtedy bardzo młodym księdzem i bałem się: co powiedzieć? Czy nie wchodzę w kompetencje nieobecnego tego dnia kapelana szpitala – wiedziałem, że księża katoliccy w Polsce lubują się w schematycznym przestrzeganiu duszpasterskich konwenansów? Jak się zachować? Czy stać mnie teraz na bycie adwokatem Boga? Wtedy niespodziewanie inicjatywę przejęła pani Gabrysia. Wyraźnie wzruszona i potężnie spokojna poprowadziła mnie, duszpasterskiego żółtodzioba, w całej tej złożonej sytuacji. Był to jak dotąd najbardziej poruszający moment w moim kapłańskim życiorysie. Paradoks Stwórcy, który po coś daje wiele, a potem nagle wszystko odbiera, talent sięgający nieba i śmierć z otchłani, ból serca i siła woli pani Gabrysi, ja pośrodku tych żywiołów. W czasie modlitwy Bartek przeszedł ostatnią zmianę. Zastaliśmy go nieobecnego, zmiażdżonego bólem, wepchniętego butem smutku za cmentarny mur. Gdy uściskałem panią Gabrysię, kierując się ku wyjściu, spojrzałem w stronę łóżka – ciało Bartka odpoczęło, jakby otworzyło się w naszą stronę, rozbiło skorupę trwogi. Kto dał mu ostatnią nadzieję? Nie zdążyłem tego dnia dojechać od szpitala do domu, gdy zadzwonił telefon. Pani Gabrysia poinformowała mnie, że Bartek odszedł łagodnie.
Zaufanie jednak różni się czymś ważnym od nadziei. Być może jest jej praktycznym elementem ale czuję, że całego etosu nadziei nie wolno nam zredukować tylko do poziomu ufności. Bo nadzieja jest jeszcze tam, gdzie ufności już nie ma. Myślę, że w dużej mierze na tym niestosownym pomyleniu żeruje całe to męczące spłycenie współczesnej cywilizacji. Ulice metropolii, miast, miasteczek wypełniają się prawie powszechnie dziś wisielcami. To smutny krajobraz. Człowiek zawisł na człowieku. Szczupła dziewczyna wisi na muskularnym chłopcu, matka wisi na przyszłej karierze swego syna, dziecko nie zgasi światła bez misia, a na jazgocie polityków zawisł światopogląd obywateli.  Jest taka propaganda, która udowadnia nam, że jeśli na kimś nie wiszę, to nie zaufam, nie doświadczę pociechy, jestem beznadziejny. Nieprawda. Pomiędzy nadzieją a zaufaniem jest jeszcze jedna różnica. Szukanie ludzkiej pociechy jest jak gwałtowne łapanie powietrza w gardło. Nadzieja przypomina zaś regularny oddech w piersi. Zaufanie jest kwestią psychologicznego treningu – terapeuta, co zna się na sztuce, stawia więc delikwenta plecami wobec tłumu, zawiązuje mu oczy i każe rzucać się do tyłu, podczas gdy każdy wie, kto, kiedy i przez kogo zostanie zaraz schwytany. Jakaż to nadzieja? To zaledwie przerabianie pociech. Nadzieja natomiast to absolutna pewność egzystencji. Jeśli wiem: skąd pochodzę, dokąd zmierzam, kim jestem, jakie jest moje powołanie i Kto wiecznie uzasadnia to, że jestem, wówczas żadne ręce ani mi nie wyrwą, ani mi nie podeprą nadziei. Od człowieka można doświadczyć jedynie pociechy, nadziei trzeba uczyć się od Boga.

Prawdziwy ronin ma niezłomną nadzieję. Przecież chodził różnymi drogami i jak powiadają ludzie prości: jadł chleb z niejednego pieca, a bywały czasem i takie długie dni, kiedy brakowało pieca, ludzi, chleba. Ronin nie jest więc w stanie swej nadziei zredukować tylko do człowieka. Nie, nie jest rozgoryczony lecz patrzy na ludzi z poziomu rzeczywistego doświadczenia – nie potępia, nie ubóstwia, jest realistą i z wielkim wyważeniem rozeznaje w człowieku tę chwilę, w której to, co po ludzku prezentuje się wspaniale, w następnym momencie przyprawić go może o upadek. Ronin nigdy więcej nie przeżywa już zawodu Mojżesza w Refidim (por. Wj 17, 3 – 7). W człowieku łaska zawsze zmagać się będzie z naturą, to nieuniknione więc, że Mojżesz poczuł się liderem ludu na pustyni, gdzieś w głębi siebie sobie przypisał sukces Czerwonego Morza, zawisł na poklasku ocalonych z Egiptu migrantów. W miejscu buntu pod Massa i Meriba poczuł pierwszy raz ludzką gorycz w kącikach swych prorockich ust – gorycz, która w długim procesie następujących po sobie wydarzeń, wyzwoliła go jednak z ufności pokładanej w narodzie i doprowadziła do źródła wiecznej nadziei. Dlatego niektórzy badacze Biblii nazwę Refidim tłumaczą jako „opadłe ręce”. Myślę, że tamtego niezapomnianego dnia w ciechanowskim szpitalu, pani Gabrysia opuściła ludzkie ręce, by Bartka poniosły odtąd niezawodne ramiona Boga. Tym samym przepuściła go od pociechy do nadziei. Dlatego Bartek odpoczął.


wtorek, 14 marca 2017

KODEKS RONINA cz. II

(2)  Ronin podziwia piękno

Jak na czasy wczesnych lat dziewięćdziesiątych moja szkolna koleżanka Jola jawiła się wszystkim raczej ekscentrycznie. Odstawała w licealnym towarzystwie, do którego ja wtedy i od początku, złakniony autosukcesu, przystąpiłem totalnie, radykalnie, bezkrytycznie. Ubierała się jakoś ciężko, niewidocznie, po polsku. Miała gruby warkocz i ciemne okulary z rogówkami. Nie odzywała się często, a już na pewno nie mówiła głośno nigdy. Tylko w jednym nas wyprzedziła. Pamiętam, jak pewnego dnia Jola siedziała jak zwykle odosobniona na ławce przy drzwiach licealnej biblioteki, a w uszach zamiast kolczyków miała wpięte dwa, białe, opadające w dół kabelki – nieobecna. Ona pierwsza posiadała walkmana. Głupio zaciekawiony podszedłem do koleżanki Joli i bez pytania wyjąłem jej z ucha kabelek, przystawiając go sobie do głowy: pierwszy raz w życiu usłyszałem jazz. Byłem zakochany. Do matury spędzałem z Jolą większość przerw i dokonywałem historycznego, egzystencjalnego odkrycia. Wszystkie moje dotychczasowe koleżanki z tak zwanej pierwszej półki licealnej – z makijażem grubszym od gęby, miniówką i grzywką a al barbie – za pierwszym dźwiękiem zasłyszanego swingu potraciły fikcyjne punkty. Chciałem siedzieć na lekcjach przy Joli, słuchać jej myślenia, rozmawiać o jazzie, poezji i filmie, spierać się o Boga. Zza rogówek antycznych dawniej okularów wyglądały na mnie piękne, bo mądre oczy, uśmiechały się do mnie bielą piękne zęby i tańczył na powiewach wiatru w parku piękny, bo skromny warkocz. Dokładnie na dzień przed ostatnimi wakacjami, na górnym piętrze pierwszego liceum imienia Stanisława Wyspiańskiego w Mławie, nagle cała piękna koleżanka Jola, jako jedyna dotąd powiedziała mi zdanie, które miało mnie poprowadzić przez życie: nie wahaj się, przyjaźń jest najwyższą postacią miłości.
Pozornie cała współczesna cywilizacja nastawiona jest na uspołecznienie człowieka. Wszystko wydaje się więc pracować na sto procent pary wdmuchiwanej w gwizdek, aby z jednej strony indywiduum odnalazło się wśród wielości, a z drugiej by społeczność komfortowo przysłużyła się jednostce. Taki paradygmat obowiązuje dziś w niepisany lecz skuteczny sposób w psychologii, ekonomii, publicystyce, turystyce i rozrywce. Od rozświetlonych neonami kulturowych centr snobistycznej Europy, po oddzielone murami od slumsów reprezentacyjne dzielnice Trzeciego Świata. Wzdęta nieludzkim wysiłkiem cywilizacja wespół w zespół dosięga już szczytów elegancji, wygody, techniki i komfortu – nie znaczy to jednak, że dosięga piękna. Odmalowano świat na nowo, a jednak zabrakło w całej tej sztuce jakby ostatniej barwy, bez której nie da się dostatecznie przytapetować szpetoty. Pamiętam jak pewien duchowny opowiadał kiedyś o tym, że kilka lat życia przyszło mu spędzać w Wenecji, której mieszkańcy podobno w specyficzny sposób przeżywają karnawał: na smutno. Stroją się więc w ciemne płaszcze i plastikowymi maskami osłaniają twarze. Ksiądz tamtego wieczoru wracał od zajęć do swojego domu. Cały plac wypełniały biało – czarne, roztańczone chybotliwie postaci. Nagle w półcieniu jednej z bocznych ulic spostrzegł nieznanego człowieka, który odłączył się od karnawału. Biedak ów zerwał z siebie maskę, z kieszeni spodni wyjął plastikową butelkę i zmęczony, okryty potem, w pośpiechu, sycił się kilkoma kroplami chłodnej wody.
Egzystencja chrześcijańskiego Ronina skłania się w stronę piękna. Dzięki czystemu motywowi, który przenika jego duchowe zmysły, Ronin dynamicznie dochodzi w pewnej chwili do jego doświadczenia. Jednak owo przeżycie piękna, rażąco odstaje od wspomnianego wyżej dążenia świata - do upiększania cywilizacji elegancją bądź wygodą. Nad wszystkim tym zaważył nieznaczący szczegół, który zmienił zasadę: piękno oddaje się kontemplatykom lecz opiera się konsumentom. Konsument separuje od siebie pierwiastki piękna, osłabia je tym podziałem, a potem pochłania, podsycając siebie. Kontemplatyk potrafi ogarnąć piękno w całości, odnieść się do piękna z szacunkiem, a przez to wyjść poza siebie, czyli wejść w relację. Elegancja więc czy komfort, choć mile pociągające, stanowią zdecydowanie peryferyjny procent kanonów piękna. Jeśli ktoś zaprze się na nich, posiądzie jedynie powszechny dziś instynkt konsumenta, a więc rechot, konwulsyjne napełnianie się, pławienie, kopulację. Prawdziwe piękno nie jest talonem do przejedzenia lecz dyskretnym zaproszeniem do wnętrza. Dlatego ma ono charakter duchowy, intelektualny, uczuciowy i moralny. Nie uwierzycie, ale najpiękniejszy jest człowiek, który odchodzi właśnie od spowiedzi. Piękny jest też ten, który rodzi życie. Jakże piękny jest człowiek na modlitwie. I jakim pięknem promieniuje człowiek, który w heroicznej wierze przełożył cierpienia na sens życia. Takiej głębi wierne jest prawdziwe piękno i takiemu pięknu Ronin pozostanie wierny do końca.

Domyślam się, że takiego wreszcie bezmiaru piękna w Jezusie dotknęli niespodziewanie trzej prostaczkowie na Taborze w chwili przemienienia. Piotr, Jakub, Jan a nawet inni mieszkali z Nim trzy lata, widzieli wiele i wszystkiego byli świadkami - moment przemienienia jest przecież na kilka chwil przed ukrzyżowaniem. A jednak pierwszy raz widzą Jezusa pięknym, tak pięknym, nieskończenie, bosko pięknym (por Mt 17,1-9). Ośmielam się myśleć, że o późniejszej – wprawdzie niedoskonałej lecz jednak konsekwentnej – wierności uczniów wobec Chrystusa, zadecydowała nie tyle bezdyskusyjna pewność zbawienia w Krzyżu, co raczej niezapomniana chwila przeczucia piękna w Przemienieniu. Ronin jest piękny, dlatego jest też najlepszym przyjacielem. Nie pożera. Zaproszony – przygląda się, dostrzega, kontempluje.


środa, 8 marca 2017

KODEKS RONINA

         7 lutego 2017 roku kardynał Angelo Amato, w imieniu papieża, w ogromnej hali Osakajo-Ho-ru w japońskiej Osace, beatyfikował wygnanego samuraja Justusa Ukona Takayamę. Jeśli cokolwiek zdolny jestem dociec z fascynującej kultury słynnego kraju Kwitnącej Wiśni, to rozumiem, iż odrzucony, bezpański samuraj przekształcał się natychmiast w ronina. Ronin to słowo przynależące do oryginalnego języka Japończyków, oznaczające człowieka podobnego do fali, którego ścieżka życia biegnie tam, dokąd zechce wiatr. Świat samurajów wpychano w sztywne granice kodeksu bushido. Ich naruszenie było zabezpieczone nieodwracalną, ostateczną regułą seppuku. A czy istniał jakiś kodeks roninów? Wydaje się, że własne zasady życia wygnany ronin czytał z codziennej egzystencji, przejmował je z bezkompromisowego głosu wewnątrz siebie, interpretował ze spotkań i doświadczeń. Bywało, że to swobodnie wędrujący ronin bronił biedne dziewczęta od gwałtów, które po wioskach zadawali im po cichu rozwydrzeni samuraje. Nie łatwo było tak żyć, ale w istnieniu ronina obecne było to, czego kodeks bushido pozbawiał samuraja: wolność. Ilekroć studiowałem co nieco historię roninów, nigdy nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ich wezwanie życia jeśli nie mogło pochodzić z Ewangelii, to wszakże całą siłą intuicji biegło w jej kierunku. Jezus przecież w trzecim rozdziale księgi Jana powiedział do Nikodema: „Wiatr wieje tam, gdzie chce i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd pochodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, kto narodził się z Ducha” (J 3,8). To jest kodeks chrześcijańskiego ronina.
            Nie wierzę, że japońska beatyfikacja Takayamy to przypadek albo watykański ukłon w stronę katolickich, zmarginalizowanych, nagle modnych antypodów Kościoła. To Duch i tylko On rodzi świętych. Jeśli podnosi ich dziś w Japonii, to jest w tym obecny aktualny przekaz. Justus Ukon Takayama urodził się w Osace w 1552 roku, od dziecka znał kodeks bushido i według niego uczciwie postępował. Z rąk portugalskich jezuitów przyjął również Chrzest. Pociągało to Justusa do radykalnych wyborów. Sumienie samuraja i dusza chrześcijanina wierzącego Ewangelii to nieuchronny zaczyn radykalizmu, a nawet męczeństwa. Takayama przynależał do średniej klasy japońskiego społeczeństwa, tak zwanych daimyo, ponad którymi stali już tylko shoguni i cesarz. W wypadku zmian politycznych, jakie opanowały Japonię w 1587, kiedy to władca Hideyoshi dla zjednoczenia cesarstwa zdecydował się z kraju wyrzucić chrześcijaństwo, Justus utracił wszystko: majątek, stanowisko rycerza, stabilizację, bezpieczeństwo, zdrowie, a w efekcie nawet życie – wszystko, poza wolnością ducha. Kiedy 4 lutego 1615 roku, wyczerpany Justus Ukon Takayama wraz z towarzyszami przybył do wybrzeży Filipin, nie miał fizycznej siły by żyć. Jezuici proponowali mu polityczną umowę: za pomocą sił hiszpańskich usunąć wrogi katolikom układ rządzący w Japonii. Wielki patriota dyskretnie odmówił. Kilka dni później pochowany został z rycerskimi honorami w Manili.
            Naszej epoce dziejów potrzebnych jest kilku chrześcijańskich roninów we wszystkich zakątkach świata i Kościoła. Mam dość chrześcijan przyłapanych współcześnie w dwie, katolickie klatki: tych, którzy mówią, że mają twarde głowy, a tak naprawdę noszą w piersiach kamienne, okrutne serca i tych, którzy mówią, że mają wrażliwe dusze, a tak naprawdę są klęczącymi przed światem tchórzami, których silną wolę od trzydziestu lat za gardło trzyma strach. Między duchowym światem samurajów i roninów łeb podniosła praktyczna schizma. To dlatego odważyłem się pisać ten kodeks. Moi przyjaciele skarżą się, że produkuję zbyt długie teksty, nie da się tego czytać, zdania wychodzą wielokrotnie złożone, człowiek czasem nie wie, co było na początku, gdy szczęśliwie dobrnie do kropki. Reguły kodeksu chrześcijańskiego ronina to kilka, krótkich opowieści, których nie wahajmy się bardziej stosować w praktyce, mniej zaś czytać z ciekawością.

(1)  Ronin jest wstrzemięźliwy

Nie doliczę się ile to lat już temu poznałem księdza Janusza. Spotykałem go co prawda często – kręciło się wokół niego zawsze wielu ludzi, bo dla wszystkich i dla mnie też, przeznaczał nazbyt dużo przestrzeni w swoim świecie, nie okupując jej nadmiernie sobą – ale poznałem dopiero tamtego wieczoru. Piliśmy słodki kompot w upalny wieczór po kolacji, a on z błyskiem w oku opowiadał mi, że starszy kolega Wojtek Ciak w płockim seminarium był chyba jedynym klerykiem, który nigdy nie narzekał na kiepską jakość posiłków. Zawsze mnie uczył, że ten niesmak można dobrze wykorzystać dla postu. A potem został karmelitą – zakończył wspominanie, z jakąś dobrze skrywaną tęsknotą w głosie. Po kilku latach ksiądz Janusz mógł zrobić tak zwaną karierę diecezjalną. Dostał probostwo w jednej z najlepszych parafii, miał zbudować ładny kościół. Po roku jednak, w obliczu rozmaitych trudności, zrezygnował. Zżymałem się na jego decyzję. Więc dyskutowaliśmy przy kolejnej, ziołowej herbacie, gdy ksiądz Janusz powiedział mi tak: widzisz – zawsze mówił spokojnie, z lekko zapartym na ważnych sprawach oddechem – bo po drogach tego życia posuwają się do przodu dwa rodzaje pojazdów. Są takie ogromne, ciężarowe, na które można zapakować wszystko, a one to uniosą. I są takie małe, transportowe - gdy je przygnieciesz, nie pojadą dalej. Ja jestem z tych drugich.
To prawda, że życie duchowe chrześcijanina zmierza do wewnętrznej intymności. Bóg jej ulega, człowiek zaś jej szuka. To znaczy, że żadna z modlitw chrześcijańskich nie polega jedynie na jej odprawianiu. Nawet liturgia w bezbrzeżnych głębiach własnych celebracji za swój podstawowy punkt obiera bliskość Absolutu i duszy. Dlatego w świadectwie mistyków – mistrzów tego zbliżenia – odczuwalny jest pewien niedopowiedziany refren o prostocie, naturalności, dziecięcej szczerości. Żaden z mistyków nie chce tworzyć szkoły duchowej – w to z zapamiętaniem bawią się raczej skopiowani z mistrzów, tak zwani następcy, uczniowie, kontynuatorzy. To oni upierają się filozoficznie klasyfikować narzeczeństwo Boga z duszą. Ale mistycy jeśli coś nam opowiedzą, to dyskretnie, mówiąc na milcząco i wiele milcząc w tym mówieniu, zażenowani w swoim zakochaniu. W tym rumieńcu mistycznym znajdujemy dowód na to, że warunkiem dojścia do wewnętrznej prostoty właściwej chrześcijańskiej dojrzałości jest najpierw wstrzemięźliwość życia. Mówiąc jednoznacznie – nie będziesz mistycznie prosty na modlitwie, jeśli nie będziesz wstrzemięźliwy w codzienności.
Ale wstrzemięźliwość chrześcijańskich roninów to nie to samo co dieta, jogging, rolki po godzinach pracy lub wyłożona dzikim kamieniem ściana nad przytulnym kominkiem. Ulice tego świata pełne są dziś nadchudzonych nerwowo postaci, które stworzyły sobie wygodnie kontrolowane pojęcie wstrzemięźliwości – wstrzemięźliwości, dzięki której wszyscy z gwizdkiem na ustach zwrócą na nich uwagę: twój super dres, zazdroszczę ci takiej figury, jaki piękny dom z drewna nad urwiskiem, a mogłeś mieszkać w Wilanowie. To żadna wstrzemięźliwość. To powszechny dziś wizjer społeczny, inny rodzaj zamaskowanego komfortu, czyli stały już element tej epoki, który wyżej wzmiankowanych stawia w samym centrum ich jaźni. Dzięki temu wiedzą, że są obserwowani, że wysłucha ich terapeuta, że liczą się w tym skrawku świata, który zdecydowali się sobą okupować. Utkwieni w samym centrum społecznym, mają wobec niego taki gest, który umówili się nazywać wstrzemięźliwością.

Tymczasem sednem wstrzemięźliwości chrześcijańskich roninów jest sięgać do samego dna egocentrycznej jaźni, by uporać się ostatecznie z męczącym wspomnieniem o sobie. Pisze o tym Kohelet: „Nie bądź pochopny w słowach, a serce twe niech nie będzie zbyt skore, by wypowiedzieć słowo przed obliczem Boga, bo Bóg jest w niebie, a ty na ziemi!” (Koh 5, 1). Ronin nie zajmuje wiele miejsca, niewielu chodzi po jego śladach, nie rzuca sobą grubego cienia i nikt nie powtarza jego słowa jak plotki. Nie ma własnego terapeuty, nie zmusza innych by słuchali go bez końca. W świecie ronina jest tak wiele przestrzeni dla drugiego, że zaproszeni chcą tam powracać. Istotą bowiem wstrzemięźliwości nie jest dietetyczna rezygnacja z pewnych elementów materialnego przesytu, ale ascetyczny dystans do zajmowania sobą całej, egzystencjalnej przestrzeni. Im więcej takiej wstrzemięźliwości na co dzień, tym więcej mistycznej bliskości na modlitwie.