czwartek, 6 lipca 2017

KODEKS RONINA

(8)  Ronin pośród zbawionych

Ciekawe, że zupełnie od niechcenia poruszyć do głębi najbardziej niedostępne przestrzenie naszego serca może spotkanie codzienne, które aż chce się nazwać rutyną, przejściem lub obyciem. Taka jest delikatna inteligencja Boga, że ośmiesza On całkowicie nasz system obronny, odporny na wołanie kaznodziejów, bombardowany wyrzutami sumienia lub podważany latami lekturą Prawa czy Proroków. Bóg widzi plan bitwy i wie, że zbudowaliśmy solidny mur w tych miejscach, w których z zasady spodziewamy się szturmu. Dlatego bez wysiłku, bez sztabu, bez taktyki, odwiedza nas Pan Bóg z gestem prostaczków, zapomnianych, bez nazwiska w historii, zamiast aktu kapitulacji proponując akt nawrócenia. To dlatego nie pamiętam już ani roku, ani numeru domu tych starszych państwa, którzy wtedy od ponad trzydziestu lat żyli swym ukrytym życiem niesakramentalnych w Płocku. Byli wierzącymi katolikami z jednym, znaczącym ich wszak konsekwencją, zakrętem moralnym sprzed lat. Odwiedziłem ich po kolędzie, gdy oboje przekroczyli już próg osiemdziesiątki. Nie pamiętam w jaki sposób w rozmowie dobrnęliśmy do wspomnianego zakrętu, etycznego wypadku i sakramentalnego wyroku: od trzydziestu lat - wierząc głęboko w Chrystusa – nie przystępowali do Komunii Świętej. Widziałem przed sobą dwójkę strapionych ludzi. To dlatego coś dodało mi odwagi, by opowiedzieć im o możliwości próby białego małżeństwa. On popatrzył na mnie wtedy i z uśmiechem odpowiedział: ależ proszę księdza, my już od kilku lat w kwestiach seksualnych żyjemy jak brat i siostra. Po kolędzie przyszedł Wielki Post. Starsi państwo przygotowali się do pierwszej po wielu latach spowiedzi i Komunii Świętej przyjętej zaraz na Wielkanoc. Jeszcze w Oktawie Zmartwychwstania Pańskiego Jezus starszego pana odwołał z tego świata. Bóg czekał, by zaproszenie do zbawienia wręczyć mu podczas Mszy Świętej.
Jeśli więc prawdą jest – na co w pismach i w gestach tak samo stanowczo, a póki co mało skutecznie, zwracał uwagę papież Benedykt XVI – że Kościół odnawia się dzięki właściwemu rozumieniu i przeżywaniu Eucharystii, to obracając bardzo optymistyczne dociekanie wielkiego teologa w autokrytyczną zadumę, winni jesteśmy przyznać, że nie idzie nam dobrze odnowa wiary, bo pogubiliśmy się w spójnym rozumieniu i przeżywaniu Mszy Świętej. Chór śpiewaków, którzy przez wieki zdolni byli jednym głosem utrzymać ton hymnu Tantum Ergo, łatwo dziś wchodzi w dysonans, dociskając przedwcześnie lub za późno, każdy inną nutę w liturgicznej kakofonii dźwięków. Jedni więc na gitarach chcą wyśpiewać w Eucharystii kontynuację żydowskiego sederu w nowo testamentalnej formie, jaką zdają się niestety narzucać im surowe komisje z Watykanu. Drudzy, zanim otworzą usta, już gubią się w przekrzykiwaniu, gdzie podczas występu umieścić krzyż lub gdzie mają siedzieć i stać tak, by każdy mógł widzieć każdego. Jeszcze inni, z dość szczerą żarliwością poszukując źródeł Mszy Świętej, za podstawową normę wierności idei Wieczernika uznają dosłowne kopiowanie przeczuwanych subiektywnie ludzkich gestów i zamysłów Jezusa. Mówią zatem: jeśli Mistrz spożywał Nową Paschę w postawie pół leżącej, to i my do kościoła przyniesiemy poduszki; jeśli On przemienił swą Krew w glinianym naczyniu, to i my usuniemy ozdobne kielichy. Tak mistyczną bliskość adoracji odziera się niskim, bardzo dosłownym naśladownictwem, z jej intymnego sekretu. Być może najtrudniejsze jest to, że żaden już dyrygent w tym momencie nie stara się zapobiec niepokojącemu roztrojeniu istoty i pozycji Mszy Świętej. Eucharystię wkomponowano gdzieś jako element duszpasterskiego oddziaływania lub doktrynalnej dyskusji. Redukcja Najświętszego Sakramentu do jednego z równorzędnych elementów chrześcijańskiego depozytu nieuchronnie prowadzi do konfuzji w wierze. Chwiejemy się więc między ewangelizatorami, dla których Eucharystia jest jedynie częścią duszpasterstwa i trzeba dać jej nade wszystko atrakcyjną formę, a kanonistami, dla których Msza Święta jest tylko przejawem doktryny, jaką w konkretnym momencie historycznym zdaje się dyskutować Kościół.
Msza Święta z istoty swej nie może być niczym mniej – ani w nazwie, ani w formie, ani wreszcie w swym znaczeniu – jak pełnią zbawienia dla ludzi. Jeśli wierzymy dziś jeszcze tak, jak zawsze wierzył Kościół, to wyznajemy w konsekrowanej Hostii na ołtarzu całkowitą - bez żadnego braku, rzeczywistą - czyli pewną materialnie mimo ukrycia i substancjalną obecność Jezusa w tym samym dosłownie Ciele, w którym został On Ukrzyżowany i w którym Zmartwychwstał. Hostia to ukrzyżowane i zmartwychwstałe, tak więc uwielbione Ciało Zbawiciela. Msza Święta nie jest jeszcze jedną ucztą lub kolejnym fragmentem Wielkiego Czwartku. Nie jesteśmy wcale w Wieczerniku. Nie przyglądamy się też samej śmierci Chrystusa na Golgocie. I nie stajemy na progu pustego grobu w zadumie, mimo, iż w tradycji nadaje się niedzielnej Eucharystii miano Małej Wielkanocy. We Mszy Świętej mieści się cała Pascha Pana. On nas tu gromadzi, jak sprowadził uczniów w Wielki Czwartek do Wieczernika. I On podczas konsekracji mszalnej zbawia nas codziennie na Krzyżu. On sam wreszcie zmartwychwstaje w nas na wieczność, gdy komunikujemy z wiarą i moralną godnością. Od początku więc każdej Mszy Świętej, aż do momentu rozesłania, dosięgamy pełni zbawienia, bez zbędnych redukcji i dociskania subiektywnych aspektów w pobożności.

Ronin chodzi na Mszę Święta i ma nadzieję być zbawionym. Zabierzcie mu Eucharystię, a większą część dni ronina przykryjecie smutnym cieniem bezsensu. Ni mniej, ni więcej. Mijają lata jego istnienia na tym świecie. Pod wieczór, podpierając na dłoni swą siwą głowę i dokonując obrachunku z życiem, ronin wie, że nie udało mu się wszystko. Są w jego życiu ludzie straceni i chwile przegrane. Nic z tym już nie da się zrobić. Trzeba uznać, po jakimś czasie, istnienie całego ciągu wydarzeń, które nie mają już naprawy - mogą być jednak zbawione! Zbawienie wieczne to coś nieskończenie większego niż ludzka umiejętność odzyskania dawniej utraconych pozycji. Na przykład, ileż to razy ronin myślał z żalem: tyle lat nie odzywałem się do mamy, zmarła wczoraj, a ja nie zdążyłem prosić jej o przebaczenie. Co teraz robić? Naprawy już nie ma. Może być jednak zbawienie. Po zmarłej matce roninowi pozostał stary mszalik i książeczka do nabożeństwa. Gdy idzie na Mszę Święta, wkłada je sobie do kieszeni. Zanim usłyszy dźwięk pierwszego dzwonka i pieśni, wyjmuje mszalik i czyta: módlcie się, aby Moją i waszą ofiarę przyjął Bóg, Ojciec Wszechmogący.



sobota, 17 czerwca 2017

KODEKS RONINA

(7)  Życie wewnętrzne Ronina

Choć znaliśmy się od lat, duszpasterski los złączył mnie z Romkiem – jak to się wtedy zwykło mawiać w Płocku – na Krzyżu. Niewielka kaplica przy rozpoczętej dopiero co budowie kościoła, gromadziła każdej niedzieli tysiące chrześcijan z północnych Podolszyc, ludzi niezwykle sympatycznych, twórczych, młodych, myślących i aktywnych. Jedne z najlepszych lat i najgłębszych kontaktów duszpasterskich na każdym poziomie jak dotąd w moim życiu. Niezwykła jakaś syntonia myśli, rozmów duchowych, współpracy i śmiałych nad podziw projektów, bez potrzeby zastanawiania się: wyjdzie coś z tego, czy nie wyjdzie? Rodziło się samo, działo się samo, byle nie przeszkadzać dobrze ukierunkowanej twórczości we wspólnocie.
Ale jak to bywa w życiu, nie wszystko w tym krajobrazie miało sobie przypisaną radosną ikonkę z uśmiechem. Przeciągająca się budowa docelowej świątyni, niezgrabności finansowe parafii, zbyt częsta zmiana proboszczów i związany z tym, mało jasny komunikat decydentów do ludzi, ciążyły i uciskały nas często do ziemi. Trzeba więc było modlić się na serio. Z Romkiem co prawda różniliśmy się i to znacznie w naszym wzajemnym podejściu do zajęć kapłańskich, natomiast bez zbędnych komentarzy czy rozszerzeń chwytaliśmy wspólną falę na poziomie życia wewnętrznego. Romek modlił się pięknie i spontanicznie. Widziałem wielokrotnie jak po całym dniu katechezy i parafialnej pracy, wpadał o późnej porze do kaplicy Świętego Krzyża i bez większego schematu adorował długo Jezusa – lekko, serdecznie, z młodością, jak dziecko. Zazdrościłem mu tego. W tamtym czasie bowiem ja sam czułem się niewolnikiem moich pobożnych schematów, robiłem co mogłem ale nie wznosiłem się wysoko w życiu modlitwy, kładąc codziennie na ołtarzu niezgrabny kamień za kamieniem. Dlatego rozbawiła nas do łez szczera, koleżeńska rozmowa, jaką niby przypadkiem prowadziliśmy pewnego popołudnia. Ja komplementowałem Romka za jego spontaniczną lotność w modlitwie, a on popatrzył na mnie zdziwiony i powiedział: a ja chciałbym tak jak ty, właśnie punkt po punkcie, zawsze o tej samej godzinie, z notatkami i Pismem Świętym w ręku.
W każdym razie, inspirowany przez kolegę i motywowany wewnętrznie, czułem, że muszę coś zmienić w modlitwie. W Warszawie jest Malbork ale jeszcze kilka lat temu nikt chyba do niego nie zachodził. Wszyscy chodzili na pobliski stadion Legii. Do Malborka przyszli mnisi i ukrytemu w architektonicznym ciężarze betonu, cegły, plastycznej chały i w sakralnym kiczu kościołowi przydali ducha. Bracia i siostry z Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich modlą się razem mniszą jutrznią o świcie, psalmami i czytaniem w południe oraz nieszporami z Eucharystią wieczorem. Modlą się z mieszkańcami anonimowych metropolii. Modliłem się i ja z mnichami. Pierwszy raz na serio, w dyskretnym i tak samo skutecznym towarzystwie brata Benedykta, który dziś z daleka nie przestaje mi kibicować w swej wiernej przyjaźni, praktykowałem lectio divina. Każdego dnia od początku tych co miesięcznych dni skupienia we wspólnocie najpierw z żelazną determinacją wypędzałem z wyobraźni oraz intelektu obrazy banalnej cywilizacji, potem zawijałem się dokładnie w kokon ciszy, otwierając przed Słowem przepaść duchowego słuchu. Biblia, gdy jest modlona, dzieli się z orantem swym wnętrzem, które ma tę samą rozpiętość co życie wieczne. Nie oczekiwałem wtedy aż takiej hojności od Biblii. Ja i Ona spotykaliśmy się w wolności, jednakowo gotowi odejść, co pozostać. Wiedziałem tylko jedno, że Bóg chce abym zrobił coś z tym irytującym już czasem schematem na modlitwie. Nieprzewidywany zupełnie i niewyrażalny w żaden sposób przełom przyszedł jak zawsze do mnie poza wszelkim, nadprzyrodzonym efektem. Nie było nadzwyczajnych ingerencji, egzaltacji, duchowych wzruszeń, dotknięć i zaśnięć, nie rozpadła się ziemia i nie pękło niebo. Czerwoniak przejeżdżał właśnie Łazienkowską, kibice Legii skandowali przekleństwa po straconej bramce, a siostra Jadwiga pisała ikony – zapadło mi się nagle serce bez śladu na modlitwie.
Wiem od tamtego momentu, że Duch Święty przychodzi w różnych epokach do Kościoła czasem tylko z jednym charyzmatem na ręku - a jest nim życie wewnętrzne. Jesteśmy niepoprawnie uparci identyfikując trzecią Osobę Boga wyłącznie z siłą wiatru, z działaniami, z cudami i apostolską aktywnością katolików. Dziś, jak zawsze podnieceni, bardziej spodziewamy się powrotu Ducha. Otwieramy więc bramy i okna Kościoła, krzycząc i tańcząc: niech przewietrzy, niech trzaska drzwiami, niech jednym pociągnięciem palca przesunie zmurszałe mury, nowa Pięćdziesiątnica, wychodźmy w korowodach na ulice. Są jednak i takie chwile w historii, gdy Duch Święty przychodzi by ukryć nas w cieniu, zmniejszyć wysokość, by powiększyć głębię i rozmach ukierunkować na jakość. Trzeba wreszcie przyznać, że tym co od strony chrześcijaństwa rewolucjonizuje całe społeczeństwa, uszlachetnia pojedynczego człowieka a Kościół czyni znów młodym, jest autentyczne życie wewnętrzne ochrzczonych. Tak wiele miejsca w nowej ewangelizacji poświęca się duszpasterskim planom i metodom, a tak mało ufa się duchowości. To dlatego, w samej końcówce dwudziestego i w początkach dwudziestego pierwszego wieku, od lat Soboru stoimy w miejscu. Przepowiadanie obróciliśmy w pobożne anegdoty, etykę w oderwane od prawdy dywagacje wszystkim przyjaznych krasnoludków, ewangelizację w uliczne manifesty, nawrócenie ateistów w statystyczne przepychanie tych samych parafian z jednej wspólnoty do drugiej,  liturgię w raut, a modlitwę w poszukiwanie cudów. Wpadło nam więc serce do innej przepaści.

Od kilku już dobrych miesięcy czytam ze wzruszeniem tekst każdego wystąpienia, książki lub konferencji kardynała Roberta Sarah. Odczuwam, że jest on człowiekiem twardym. Ma poważną twarz, jednak to wszystko w nim wywodzi się z siły, a nie z dumnej pewności siebie. Ta kamienna potęga rodzi się w człowieku tylko wówczas, gdy w pełni doświadcza on realizmu egzystencji – tej ludzkiej i tej duchowej i realizm ów potrafi on uwewnętrznić, pozostając wolnym od zwątpienia w sens życia. Poczucie siły, jakie odczuwa się w kontakcie z Sarah, nie przeczy temu, że jest on też człowiekiem z gruntu dobrym. Nie jest to jednak dobroć populisty, który za cenę pacyfistycznych kompromisów usiłuje każdego kupić na banał i uśmiech. To jest dobroć spokrewniona z wolnością, prawdą i konsekwencją – tylko taka dobroć dopomaga w rozwoju.  Mamy więc do czynienia z mistykiem. Być może bardziej niż argumenty w przypadku Roberta Sarah przemawia jego zaskakująca biografia. Scenariusz wydobycia małego chłopca z najbardziej zapomnianych regionów Czarnego Lądu, przeprowadzenia go w młodości przez nieunikniony konflikt z antychrześcijańskim reżimem, by mógł dosięgać teraz samych szczytów watykańskich odpowiedzialności, z pewnością nie pochodzi od człowieka. Sarah, jak wielu innych, mógłby zmarnować to wszystko, wygodnie moszcząc się w światowych kompromisach. Jego duszy nie da się jednak odebrać tego poruszającego do głębi, wewnętrznego skupienia, które upoważnia kardynała do mówienia choćby o tym, że albo Bóg albo nic i o tym, że cywilizacja osłabła dziś w skutek braku szacunku do ciszy albo wreszcie o tym, że od koncepcji liturgii zależy właściwy rozwój duchowości. Zastanawiam się, czy wolno mi marzyć, by móc oglądać kiedyś czarnego jak prawdziwa Afryka purpurata w pełni katolickiej bieli?


czwartek, 4 maja 2017

KODEKS RONINA

(6)  Ronin z sercem pałającym

Współcześnie nie ma nawrócenia bez adoracji. Adoracja eucharystyczna, powszechnie popularna dziś w katolickim świecie, do nawrócenia prowadzi i po nawróceniu znajduje swą nadprzyrodzoną konsekwencję. Tak więc człowiek nawraca się, gdy widzi Pana, a kontynuując ścieżkę wiary po nawróceniu, pragnie widzieć Pana codziennie. Na pierwszy rzut oka wypada się z tego tylko cieszyć. Bo gdy ja lata temu powracałem do wiary z dalekiej odległości, wszyscy prawie chodzili na niedzielną Mszę, spowiadali się w Wielkim Poście, kładli pieniążek na tacy, zmawiali różaniec w rodzinach i przyjmowali księdza po kolędzie – innowiercy odznaczali się więc partykularnie jaskrawą odmiennością. A dziś kościoły, kaplice i oratoria toną w półcieniu bladych świec. W świątyniach zaś pochylone ku ziemi głowy kontemplatyków, w przytuleniu do Jezusa, z cichym trącaniem strun lub w milczeniu, z wzniesionymi do góry dłońmi, na klęczniku, zawsze z niezachwianą wiarą w pełną obecność Boga w Hostii – pragną adorować aż do przeczucia czegoś w sobie. Jedno jest pewne – adoracja wybudza wrażliwość ducha i dalej zaczyna się już to niepewne. Może być bowiem wrażliwość na miękko - surrealistyczna i sztuczna. I może być wrażliwość na twardo - w wyzwaniu, głęboka w swym czynie, oswojona z realiami, radykalna w szukaniu sprawiedliwości.
Muszę tu dlatego wspomnieć postać księdza Stanisława Kutniewskiego. Pochodzę z Mławy. Prałat Kutniewski zdecydowaną większość swojego życia a także moment śmierci związał z Płockiem, miał jednak w swej biografii i kilkuletni epizod mławski. Byłem dzieckiem, kiedy ksiądz Kutniewski zaczął być w Świętej Trójcy, na rynku proboszczem. Należał do tego typu księży, których natychmiast kurialne archiwa przypisują do katalogu praktyków: remontował, zdobywał środki, robił w trąbę komunistów, bratał się z mławską ciżbą, tryskał humorem i sam osobiście najczęściej prowadził tak zwane Msze Święte z udziałem dzieci, wśród których stałem wtedy i ja, mikrus z otwartą buzią, rozpalonymi oczami i sterczącymi uszami ze zdziwienia, że ewangeliczne życie jest takie proste, radosne, na wyciągnięcie ręki dla każdego. Kutniewski to skuteczny praktyk – mówiło się wtedy i do dziś wspomina się to w Mławie. Pragnę przytaknąć, zwracając wszak uwagę wszystkich na jeden, pozornie niepozorny szczegół: od czasów prałata Kutniewskiego, w mławskiej Świętej Trójcy na rynku rozpoczęła się godzina adoracji eucharystycznej przed wieczorną, codzienną Eucharystią. Nic wielkiego w porównaniu z powszechnie uznaną skutecznością duszpasterską Kutniewskiego: cisza, czasem różaniec, pamiętam jeszcze lata, kiedy monstrancję przepisowo i pięknie spowijał jedwabny welon – tej niewielkiej przestrzeni modlitwy zawdzięczam moje nawrócenie.
Możesz iść na adorację po to, by przyniosła ci ona ulgę w życiu. Ale możesz też pójść adorować Hostię, aby twoje życie przyniosło ulgę światu. Dla postępu wewnętrznego nie jest dobrze myśleć, że to ciężar tego świata komplikuje nieskończenie moje życie, a nie odwrotnie – że to moje istnienie przyczynia ciężarów temu światu. Jakie więc łzy wypłakujesz na adoracji? Są bowiem łzy eucharystyczne bezrobotnego, którego nienawidzi układ i są łzy pesymisty, który zwątpił w to, że dobrych ludzi jest więcej. Łzy wiecznie niedocenionego geniusza i łzy niepoprawnego egoisty. Łzy człowieka, którego nikt nie odwiedza i łzy tego, który nikogo nie zaprasza. Łzy osoby, przed którą piętrzą się nieuzasadnione trudności i łzy kogoś, kto zrozumiał, jak bardzo jest trudny w obejściu. Łzy oschłości, która skarży się na nieobecność Boga i łzy oziębłości, która lekceważy rozwój modlitwy. Dlaczego płaczesz – na progu pustego grobu pytał Pan Jezus Marię Magdalenę, jedną z najbliższych Mu osób w szerokim gronie przyjaciół (por. J 20, 13). W tak poruszającym kontekście musiało to być pytanie zasadne, poważne, znaczące.

Prawdziwie chrześcijański ronin nie jest skłonny zamykać światła adoracji eucharystycznej w sobie. Nie przychodzi mu nawet do głowy, by promieniami adoracji wciąż oświetlać piętrzące się w jego wnętrzu piramidy kompleksów. Przeciwnie, nawykły jest przepuszczać to światło na zewnątrz, do świata, gdzie wielu potrzebuje przemilczeć słowo przekleństwa, nazwać kłamstwo z odwagą, podać rękę samotnym i położyć bezpiecznie komuś głowę na ramieniu. W hierarchii rozwoju wiary biblijnej świadek stoi wyżej od ucznia. Na ucznia wciąż trzeba dmuchać, dbać o niego, motywować. Świadek zaś dojrzał w swej poważnej odpowiedzialności za świat. To o takim chrześcijaninie ludzie zwykli mówić: człowiek z powołania. W tym sensie ronin jest już aktywnym świadkiem Zmartwychwstania. Przestał być jedynie zamyślonym uczniem Krzyża. Uczniowie bowiem zasmucali się sobą na drodze do Emaus, rozmyślając nad porażką Pana. Świadkom zaś chwilę potem pałało serce (por. Łk 24, 13 – 32).


poniedziałek, 10 kwietnia 2017

KODEKS RONINA cd.

(5)  Ronin w sieci

Mgła o świcie otulała stojący w cieniu drzew autobus. Polska mgła poranna jest jak mała dziewczynka, z promieniami słonecznej jutrzenki we włosach. Płockie Międzytorze spało, nie myśląc nawet o tym, by w końcu czerwca, na początku wakacji, wystawiać z kurami swój nos spod kołdry. Od czwartej rano siedzieliśmy tak samo rozziewani, co roześmiani, każdy na przypisanym sobie siedzeniu, dziesiąty już chyba raz odczytując spis nazwisk na liście uczestników wczaso-rekolekcji w Bańskiej Wyżnej, niedaleko Zakopanego. Wszyscy obecni, pan strażak podgwizdując sprawdził ciśnienie w oponach, postawił pieczątkę na papierku, zażartował coś fachowo i odszedł – brakowało jednej, jedynej Iwony. Czekaliśmy, potem dzwoniliśmy, mijały minuty i nic – dziewczyna najwidoczniej zaspała. Ktoś podjął się jej szukać. Gęsta, jasna mgła, towarzyszka czerwcowego świtu, opuściła jutrzenkę i opadła w sam korytarz turystycznego autobusu. A wraz z  mgłą opadły i dobre nastroje. Po prawie godzinie, w towarzystwie zwiadowcy, który szczęśliwie dopełnił swej misji, z plecakiem na plecach, na pokład zadymionego złą mgłą autobusu, płacząc wdrapywała się Iwona. Przepraszała. Po prostu zaspała. Wszyscy słyszeli ją dobrze, choć każdy siną mgłą napychał sobie oczy. To zdumiewające, jak z absurdalnego banału rozumny człowiek potrafi dorobić emocjonalny problem. Zanim dziewczyna z ociężałym plecakiem przedarła się do ostatniego miejsca, które jej przyznano, ktoś wydusił całą pianę i syknął: też pospałbym sobie o godzinę dłużej. Mgła w autobusie gęstniała, posuwaliśmy się sprawnie w stronę południa kraju, nikomu nie chciało się rozmawiać, wspólny różaniec wyszedł jakoś oschle więc włączyliśmy radio. To był rok, kiedy Polskę nawiedzały ogromne, letnie deszcze, przechodzące potem gwałtownie w powodzie. Byliśmy już na wysokości Krakowa, kiedy radio podało druzgocące wiadomości: prawie godzinę temu, za Myślenicami, wielka woda zerwała wiadukt. Żywioł i ciężar przygniótł kilka aut jadących na południe Zakopianką. Z pewnością cała niedospana kompania od kilku godzin ziejącą mgłą urazy poczuła nagle przypływ wdzięczności do Iwony, tak jakby jej beztroski sen o poranku wybawił nas wszystkich od zmiażdżenia.
Dla człowieka epoki ponowoczesnej, zobowiązanego do myślenia w oparciu o pozytywistyczne dogmaty odkryć technicznych i doświadczeń fizycznych, czas jest szybko i sprawnie postępującą od jednego do drugiego wydarzenia linią. Zatem czas odmierza tylko lata pomiędzy pierwszą inwestycją a kolejną. Czas to miesiące zmiennych pór roku, tygodnie od pracy do odpoczynku i odwrotnie, dni bez pigułki, jałowe godziny w urzędzie skarbowym lub w tramwaju, nieznośne minuty bez zasięgu w telefonie i ważące wieki sekundy oczekiwania na wypłatę dolarów z bankomatu. Koncepcja czasu obliczanego fatalnie w kluczu technicznych rachunków to trauma. Ogłuszona głowa człowieka zostaje zamknięta w historycznej kapsule bez drzwi i okien, wystrzelonej z katapulty przeznaczenia w stronę czarnej, kamiennej, twardej ściany. Ta koncepcja czasu redukuje ponadto funkcje typowo ludzkie z odczuć i relacji do wyćwiczonych zachowań i odruchów: przebudzić się, wstać, nie spóźniać się, jeść sprawnie, jeździć szybko, wysuszać łzy sprayem, prowadzić rzeczowe rozmowy, selekcjonować znajomości.
Myślę, że dla Boga czas nie jest techniczną linią szybkiej produkcji pożytecznych istnień ludzkich. W oczach Boga czas przypomina sieć. A w sieci lat, miesięcy, tygodni lub dni nie przywiązuje się tak wielkiej wagi do wypłat i joggingu, co raczej do spotkań, zauroczeń, rozmów i przebaczeń. To dlatego sieć czasu rozpięta w ręku Boga czyni życie łagodnym. Kto schodzi z rozpędzonej linii ludzkiego czasu i godzi się żyć w sieci pogłębionych powiązań, nabywa szybko podstawowej dla człowieka zdolności do szczerej, bezinteresownej i wiernej relacji. Stwórca zatem to Boski Rybak, który przysiadł na brzegu czasu i tka z cierpliwością sieć ludzkich życiorysów, łączy sumiennie pęknięte liny i oczka, przewiązując powolnie jedne z drugimi. Dlaczego Bóg traktuje czas jak sieć? Bo dla Stwórcy nie ma istnień straconych. Chodzi zatem o to, aby do chwili zapadnięcia się linii czasu na progu wieczności, złożyć połamane ramiona tych samych relacji i każdego, wcześniej bądź później, doprowadzić do zbawienia. Mówiąc prościej – choć jest to nie do przyjęcia dla rozpędzonych strategów egzystencji – Bogu w jednakowym stopniu i bez zatracania cnoty sprawiedliwości, zależy na zbawieniu kata i ofiary, patrioty i zdrajcy, zakonnika i prostytutki. Stwórca pieczołowicie więc poświęca całą energię opatrzności na splatanie popękanej sieci czasu. Tak szeroki zakres myślenia przeraża nas. Uświadamiamy sobie bowiem, że w jednej sieci zbawienia poza linią wieczności znaleźć się może skrzywdzone, syryjskie dziecko i dyktator, który zdziczałym żołdakom wydał rozkaz porażenia maluczkich bronią chemiczną. Jest to jednakże zdeterminowanym pragnieniem Boga, który w ręku trzyma czas – misterną sieć powiązań.

Ronin często jest smutny. Nie jest to wszakże smutek rozpieszczonych romantyków lub egocentrycznych bogaczy. Istnieje też pewien typ smutku w wierze. Ronin doświadcza go paradoksalnie: z jednej strony przecież żyje już w pełni życiem Bożym, braterstwem i świętością, umieszcza się wygodnie w sieci i pozwala, by prowadziła go Wola Boga, co daje radość. Z drugiej strony Ronin widzi wszędzie ślady apostazji, jak wielu pracuje nad tym, bym porwać sieć Boga, zniekształcić pracę Rybaka i rozdzielić stwórcze tkanie. To wpędza wiarę w smutek pełen współczucia i obawy. Ronin znajduje tylko jedno pocieszenie. Otoczony wewnętrznym smutkiem otwiera Słowo i czyta. Ulubiony fragment pocieszeń Ronina to opowieść o bezimiennym człowieku, podniesionym z noszy przy sadzawce Betesda. „Znajdował się tam pewien człowiek – opowiada święty Jan – który już od trzydziestu ośmiu lat cierpiał na swoją chorobę” (J 5, 5). Trzydzieści osiem lat – pyta Ronin – to połowa życia, czy jedno oczko w sieci?


czwartek, 30 marca 2017

KODEKS RONINA cz. IV

(4)  Ronin w lepszym niebie

Ulicy Brzeskiej w Warszawie przyklejono brzydką i jak zobaczymy za chwilę, niczym nie uzasadnioną opinię. Że wejść tam można tylko po znajomości, że po nocy biją w twarz, że przechodniom cwaniacy z kamienic zręcznie wkładają ręce do kieszeni i że mieszkać tam lub choćby wynająć pokój to dzicz, dżungla, klin i porażka. A na Brzeskiej mieszka Pan Bóg. Skręcając w prawo z Ząbkowskiej od Carefourra i ciągnąc odważnie wzdłuż szarych kamienic ku Kijowskiej, w połowie spaceru podnieście głowę w stronę nieba. Zobaczycie bez wysiłku na poddaszu szereg białych okien, które Mali Bracia wstawili tam przed laty, korzystając z profitów wydawniczej nagrody dla Morisa – mieszkanie Boga. I nie znam innego biura, domu, warsztatu czy apartamentu, którego drzwi o dowolnej porze dnia i nocy, wiosny lub jesieni, otwierałby ktoś tak, jak robi to Kazek Dmitrzak. Niewysoki wzrostem Mały Brat, w białej krymce ściągniętej z Kazachstanu, nieważne kogo dojrzy na wycieraczce, wznosi wysoko ramiona, uśmiecha się i mówi: radocha! A wokół śmierdzi wilgocią na klatce, drewniane schody sprzed wojny jęczą duszone pospiesznymi krokami, klną cienkie, tekturowe ściany i milczą nieprzystępnie twarze w kapturach, oświetlane co sekundę na mrozie chybotliwym płomykiem tlącego się papierosa. I już dalej tworzymy sobie w wyobraźni pobożną historię o duchowych synach Karola de Foucauld, którzy bohatersko poszli tam, gdzie nie chciał nikt postawić swej stopy, stworzyli doskonałą wspólnotę, bezinteresownie kochają ubogich, żyją jak Jan Chrzciciel samym Słowem na pustyni i usprawiedliwią tym życiem wszystko. Stop klatka! Moi Mali Bracia to ludzie z krwi i kości. Pamiętam wieczór po adoracji na Brzeskiej. Zrobiło się późno, było nam radośnie, gdy od tabernakulum w niewielkiej kaplicy przeszliśmy do stołu w jeszcze mniejszym saloniku. Nagle usłyszeliśmy przekleństwa i dzwonek do drzwi. Brat Sławek podniósł się z wysiłkiem i wrócił za kilka minut ze zmęczoną twarzą. Napotkał pytający wzrok Kazka, skinął dłonią bez dyskusji i wyraźnie zmęczony, wyszeptał: znów to samo.
Nie mam zaufania do barokowej duchowości. Uchował się nam i ma się zgoła dobrze specyficzny typ wyśrubowanych przeżyć, podobnych trochę do religijności, trochę do pobożności, a trochę nawet do wiary. Barok duchowy ma na celu utuczyć duszę tak, by przez obfite fałdy emocji, proroctw, misteriów i pocieszeń, nie mogła się więcej zderzyć z twardymi kantami egzystencji. Postnowoczesność dogorywa ale dwa skutki modernizmu: wyznające rozum oświecenie i czczące serce romantyzm, nie mogą nadal oglądać się na oczy. Nawet w świątyni. Wykształceni chrześcijanie wyczytali już wszystko w bibliotekach katolickich fakultetów i broniąc w milczeniu priorytetów rozumności w wierze, zredukowali swą skąpą aktywność do tradycyjnych manifestacji. Obrażeni. Zero inicjatyw. Z kolei popularna większość parafialnych bywalców uznaje scholastykę za trudną do strawienia i z entuzjazmem ulega efemerycznej fali chaotycznej dowolności, która w ostatnich latach nie znajdując już większego oporu, robi wszystko, aby oderwać wierzące masy od istnienia. Życie jest prozaiczne, religia więc musi być wzniosła. Nie lubimy swej zmęczonej pracą twarzy. Wstydzimy się siebie, klnąc na tramwaj, co właśnie nam odjechał. Jesteśmy smutni, bo przedłużył się remont. Milczymy znacząco zatopieni w papierach. Patrzymy ukradkiem na zegarek, zwisając przy szpitalnym łóżku dziadka chorego na nowotwór. Szemrzemy, grzebiąc w pieluchach nowo narodzonego dziecka. Tutaj nie ma nieba – myślimy. To pachnie brzydko, dekoncentruje mistyka, nudzi, jest banalne i kończy się do tego tak samo. Ale przyjdzie wreszcie ta jedna godzina w tygodniu, gdy poszybujemy tam, gdzie na ołtarzykach naszych egzaltowanych pobożności tłoczą się barokowe figurki. To chyba dlatego prawie wszystkie rekolekcje w katolickich kościołach od trzydziestu ponad lat muszą przewidzieć w tytule następujące frazy: czad, odlot, doświadczenie i przytulanie się do Boga. A na drzwiach obok przybity obowiązkowo plakat z nadpobudliwą, dobrze wypasioną, przebudzoną owieczką, która hasa na zielonych pastwiskach egzaltacji, z daleka od rzeczywistości.
Ronin tymczasem pisze swój duchowy pamiętnik. Mottem wewnętrznych zapisków na pierwszej stronie mieszczącego się w kieszeni kajeciku, jest stanowcze zdanie jednego z najbardziej nowoczesnych świętych w historii chrześcijaństwa – ksiądz Escrivá powiedział: albo spotkacie Boga w podstawowej rzeczywistości swojego życia, albo nie spotkacie Go nigdy. Chrześcijański Ronin wie, że ludzkie lokalizacje nieba przekłamują fakty. Od chwili Wcielenia opustoszało niebo mitologów. Niebo jest tam, gdzie pragnie być Bóg. A Boga nie ma w adresówce wypoczętych celebrytów, jest natomiast przeczuwalny w miejscach, gdzie obficie przelewa się Krew Baranka. Ronin więc uważnie obserwuje świat i człowieka: w okopach zimnej wojny za chwilę zginie żołnierz, zagryzając z rozpaczy zęby na różańcu. Ktoś w hospicjum trzyma w dłoni bladą rękę swego brata, walcząc by ten jeszcze nie odchodził. Profesor zamyka cicho aulę, słucha sumienia i wie, że nigdy tu nie wróci, bo odmówił lojalności reżimowi. Ksiądz na Zachodzie samotnie składa co dzień ofiarę Mszy Świętej. Bezdzietne małżeństwo wygodnie zna od lat swoje wady i zalety, mimo to adoptują dziecko. Chirurg żegna się i skalpelem nacina pierś niemowlęcia - mniejszą od jego pięści. Biedny chłopak z ulicy w towarzystwie anioła stróża zwraca ze wstydem to, co wczoraj ukradł bogatemu piekarzowi. Szczupły student, nie wierząc w księży, tej nocy otwiera Biblię. Młoda matka nie śpi do świtu, nasłuchując płaczu swej córki, by żyła, była zdrowa i czuła się kochana.

Od roku z mojego okna, gdy tylko wstanę ze snu, patrzę w kierunku wzgórza Verdun, na którym przed dwoma wiekami Matce Bożej postawiono niewielkie sanktuarium. W uroczystość Zwiastowania jak codziennie od lat modliłem się brewiarzem – tym razem po hiszpańsku. W hymnie z jutrzni natrafiłem na zdanie, które zmąciło spokojny nurt psalmów i nie pozwoli o sobie zapomnieć aż do śmierci. W hiszpańskojęzycznym śpiewie z laudesów tego dnia, poeta zaskakująco opisuje decyzję Stwórcy, mówiąc: jest pewne, że tego dnia Bóg zstąpił na ziemię, ale jest też pewne, że biorąc ciało z Maryi, zstąpił do lepszego nieba. Que hoy bajó Dios a la tierra es cierto; pero más cierto es que, bajando a María, bajó Dios a mejor cielo. Mówią więc, że do nieba idzie się z Bożej łaski, a nie przez wzgląd na ludzki wysiłek. Zgoda, człowiek jednak w obrębie łaski musi zdobyć się na jeden, konieczny wysiłek, aby wejść do nieba – trafić pod właściwy adres. Niebo mieści się na Brzeskiej.



czwartek, 23 marca 2017

KODEKS RONINA cz. III

(3)  Ronin ma nadzieję

Pani Gabrysia należała do tego typu kobiet, którym się niczego nie odmawia – nie dlatego, że przypominają agresywne pod każdym względem, dzikie, wyemancypowane i żądne wszelkiej krwi amazonki. Wręcz przeciwnie – pani Gabrysia nosiła w sobie tę niezaprzeczalną, miażdżącą siłę dobroci, łagodności, sympatii dla wszystkich, wobec której ostatni lew na tym świecie przyklęka. Tamtego dnia, pomimo zmęczenia i braku doświadczenia, nie umiałem Jej więc odmówić. Bałem się. A pani Gabrysia chciała bym pojechał z Nią do pobliskiego szpitala, zabrał ze sobą święte oleje i wiatyk – na ciechanowskim oddziale intensywnej terapii odchodził z tego świata Jej dziewiętnastoletni syn, Bartek. Znałem go chyba wtedy od jakiegoś czasu. Przypominał mi młodego geniusza. Od wczesnych lat znakomicie malował. Jego obrazy były poniekąd piękne, poniekąd filozoficzne, raz zaangażowane tematem, drugi raz znowu nieobecne, młode jeszcze i jakby już dojrzałe. Ale w liceum wykryto u Bartka nowotwór. Z wielkim wysiłkiem zaleczono raka, chłopak zdał maturę i jako jeden z kilkunastu artystów w Polsce został przyjęty na krakowską ASP – człowiek bez pleców, żaden tam synek znanego celebryty, nikt z tych sławnych dynastii, które pojawiają się już taśmowo i pokoleniowo na ekranach naszych telewizorów. Nic podobnego – Bartek pochodził z prowincji, wychował się w nauczycielskiej rodzinie, a na krakowską ASP wszedł siłą czystego talentu. Senne marzenie tysięcy studentów z całej Polski mógł sobie włożyć do kieszeni. Wtedy przyszło właśnie to najbardziej niezrozumiałe od Boga – nowotwór powrócił ze zdwojoną siłą tak, że chłopak nie miał nawet możliwości fizycznych, aby uczyć się malarstwa za pierwszym dzwonkiem. Zaczął ASP od dziekanki na drodze wyjątku. Terapia okazała się nieskuteczna i po kilku miesiącach walki staliśmy oto z panią Gabrysią nad łóżkiem nieludzko wychudzonego, całego sinego artysty – malarza Bartka. Byłem wtedy bardzo młodym księdzem i bałem się: co powiedzieć? Czy nie wchodzę w kompetencje nieobecnego tego dnia kapelana szpitala – wiedziałem, że księża katoliccy w Polsce lubują się w schematycznym przestrzeganiu duszpasterskich konwenansów? Jak się zachować? Czy stać mnie teraz na bycie adwokatem Boga? Wtedy niespodziewanie inicjatywę przejęła pani Gabrysia. Wyraźnie wzruszona i potężnie spokojna poprowadziła mnie, duszpasterskiego żółtodzioba, w całej tej złożonej sytuacji. Był to jak dotąd najbardziej poruszający moment w moim kapłańskim życiorysie. Paradoks Stwórcy, który po coś daje wiele, a potem nagle wszystko odbiera, talent sięgający nieba i śmierć z otchłani, ból serca i siła woli pani Gabrysi, ja pośrodku tych żywiołów. W czasie modlitwy Bartek przeszedł ostatnią zmianę. Zastaliśmy go nieobecnego, zmiażdżonego bólem, wepchniętego butem smutku za cmentarny mur. Gdy uściskałem panią Gabrysię, kierując się ku wyjściu, spojrzałem w stronę łóżka – ciało Bartka odpoczęło, jakby otworzyło się w naszą stronę, rozbiło skorupę trwogi. Kto dał mu ostatnią nadzieję? Nie zdążyłem tego dnia dojechać od szpitala do domu, gdy zadzwonił telefon. Pani Gabrysia poinformowała mnie, że Bartek odszedł łagodnie.
Zaufanie jednak różni się czymś ważnym od nadziei. Być może jest jej praktycznym elementem ale czuję, że całego etosu nadziei nie wolno nam zredukować tylko do poziomu ufności. Bo nadzieja jest jeszcze tam, gdzie ufności już nie ma. Myślę, że w dużej mierze na tym niestosownym pomyleniu żeruje całe to męczące spłycenie współczesnej cywilizacji. Ulice metropolii, miast, miasteczek wypełniają się prawie powszechnie dziś wisielcami. To smutny krajobraz. Człowiek zawisł na człowieku. Szczupła dziewczyna wisi na muskularnym chłopcu, matka wisi na przyszłej karierze swego syna, dziecko nie zgasi światła bez misia, a na jazgocie polityków zawisł światopogląd obywateli.  Jest taka propaganda, która udowadnia nam, że jeśli na kimś nie wiszę, to nie zaufam, nie doświadczę pociechy, jestem beznadziejny. Nieprawda. Pomiędzy nadzieją a zaufaniem jest jeszcze jedna różnica. Szukanie ludzkiej pociechy jest jak gwałtowne łapanie powietrza w gardło. Nadzieja przypomina zaś regularny oddech w piersi. Zaufanie jest kwestią psychologicznego treningu – terapeuta, co zna się na sztuce, stawia więc delikwenta plecami wobec tłumu, zawiązuje mu oczy i każe rzucać się do tyłu, podczas gdy każdy wie, kto, kiedy i przez kogo zostanie zaraz schwytany. Jakaż to nadzieja? To zaledwie przerabianie pociech. Nadzieja natomiast to absolutna pewność egzystencji. Jeśli wiem: skąd pochodzę, dokąd zmierzam, kim jestem, jakie jest moje powołanie i Kto wiecznie uzasadnia to, że jestem, wówczas żadne ręce ani mi nie wyrwą, ani mi nie podeprą nadziei. Od człowieka można doświadczyć jedynie pociechy, nadziei trzeba uczyć się od Boga.

Prawdziwy ronin ma niezłomną nadzieję. Przecież chodził różnymi drogami i jak powiadają ludzie prości: jadł chleb z niejednego pieca, a bywały czasem i takie długie dni, kiedy brakowało pieca, ludzi, chleba. Ronin nie jest więc w stanie swej nadziei zredukować tylko do człowieka. Nie, nie jest rozgoryczony lecz patrzy na ludzi z poziomu rzeczywistego doświadczenia – nie potępia, nie ubóstwia, jest realistą i z wielkim wyważeniem rozeznaje w człowieku tę chwilę, w której to, co po ludzku prezentuje się wspaniale, w następnym momencie przyprawić go może o upadek. Ronin nigdy więcej nie przeżywa już zawodu Mojżesza w Refidim (por. Wj 17, 3 – 7). W człowieku łaska zawsze zmagać się będzie z naturą, to nieuniknione więc, że Mojżesz poczuł się liderem ludu na pustyni, gdzieś w głębi siebie sobie przypisał sukces Czerwonego Morza, zawisł na poklasku ocalonych z Egiptu migrantów. W miejscu buntu pod Massa i Meriba poczuł pierwszy raz ludzką gorycz w kącikach swych prorockich ust – gorycz, która w długim procesie następujących po sobie wydarzeń, wyzwoliła go jednak z ufności pokładanej w narodzie i doprowadziła do źródła wiecznej nadziei. Dlatego niektórzy badacze Biblii nazwę Refidim tłumaczą jako „opadłe ręce”. Myślę, że tamtego niezapomnianego dnia w ciechanowskim szpitalu, pani Gabrysia opuściła ludzkie ręce, by Bartka poniosły odtąd niezawodne ramiona Boga. Tym samym przepuściła go od pociechy do nadziei. Dlatego Bartek odpoczął.


wtorek, 14 marca 2017

KODEKS RONINA cz. II

(2)  Ronin podziwia piękno

Jak na czasy wczesnych lat dziewięćdziesiątych moja szkolna koleżanka Jola jawiła się wszystkim raczej ekscentrycznie. Odstawała w licealnym towarzystwie, do którego ja wtedy i od początku, złakniony autosukcesu, przystąpiłem totalnie, radykalnie, bezkrytycznie. Ubierała się jakoś ciężko, niewidocznie, po polsku. Miała gruby warkocz i ciemne okulary z rogówkami. Nie odzywała się często, a już na pewno nie mówiła głośno nigdy. Tylko w jednym nas wyprzedziła. Pamiętam, jak pewnego dnia Jola siedziała jak zwykle odosobniona na ławce przy drzwiach licealnej biblioteki, a w uszach zamiast kolczyków miała wpięte dwa, białe, opadające w dół kabelki – nieobecna. Ona pierwsza posiadała walkmana. Głupio zaciekawiony podszedłem do koleżanki Joli i bez pytania wyjąłem jej z ucha kabelek, przystawiając go sobie do głowy: pierwszy raz w życiu usłyszałem jazz. Byłem zakochany. Do matury spędzałem z Jolą większość przerw i dokonywałem historycznego, egzystencjalnego odkrycia. Wszystkie moje dotychczasowe koleżanki z tak zwanej pierwszej półki licealnej – z makijażem grubszym od gęby, miniówką i grzywką a al barbie – za pierwszym dźwiękiem zasłyszanego swingu potraciły fikcyjne punkty. Chciałem siedzieć na lekcjach przy Joli, słuchać jej myślenia, rozmawiać o jazzie, poezji i filmie, spierać się o Boga. Zza rogówek antycznych dawniej okularów wyglądały na mnie piękne, bo mądre oczy, uśmiechały się do mnie bielą piękne zęby i tańczył na powiewach wiatru w parku piękny, bo skromny warkocz. Dokładnie na dzień przed ostatnimi wakacjami, na górnym piętrze pierwszego liceum imienia Stanisława Wyspiańskiego w Mławie, nagle cała piękna koleżanka Jola, jako jedyna dotąd powiedziała mi zdanie, które miało mnie poprowadzić przez życie: nie wahaj się, przyjaźń jest najwyższą postacią miłości.
Pozornie cała współczesna cywilizacja nastawiona jest na uspołecznienie człowieka. Wszystko wydaje się więc pracować na sto procent pary wdmuchiwanej w gwizdek, aby z jednej strony indywiduum odnalazło się wśród wielości, a z drugiej by społeczność komfortowo przysłużyła się jednostce. Taki paradygmat obowiązuje dziś w niepisany lecz skuteczny sposób w psychologii, ekonomii, publicystyce, turystyce i rozrywce. Od rozświetlonych neonami kulturowych centr snobistycznej Europy, po oddzielone murami od slumsów reprezentacyjne dzielnice Trzeciego Świata. Wzdęta nieludzkim wysiłkiem cywilizacja wespół w zespół dosięga już szczytów elegancji, wygody, techniki i komfortu – nie znaczy to jednak, że dosięga piękna. Odmalowano świat na nowo, a jednak zabrakło w całej tej sztuce jakby ostatniej barwy, bez której nie da się dostatecznie przytapetować szpetoty. Pamiętam jak pewien duchowny opowiadał kiedyś o tym, że kilka lat życia przyszło mu spędzać w Wenecji, której mieszkańcy podobno w specyficzny sposób przeżywają karnawał: na smutno. Stroją się więc w ciemne płaszcze i plastikowymi maskami osłaniają twarze. Ksiądz tamtego wieczoru wracał od zajęć do swojego domu. Cały plac wypełniały biało – czarne, roztańczone chybotliwie postaci. Nagle w półcieniu jednej z bocznych ulic spostrzegł nieznanego człowieka, który odłączył się od karnawału. Biedak ów zerwał z siebie maskę, z kieszeni spodni wyjął plastikową butelkę i zmęczony, okryty potem, w pośpiechu, sycił się kilkoma kroplami chłodnej wody.
Egzystencja chrześcijańskiego Ronina skłania się w stronę piękna. Dzięki czystemu motywowi, który przenika jego duchowe zmysły, Ronin dynamicznie dochodzi w pewnej chwili do jego doświadczenia. Jednak owo przeżycie piękna, rażąco odstaje od wspomnianego wyżej dążenia świata - do upiększania cywilizacji elegancją bądź wygodą. Nad wszystkim tym zaważył nieznaczący szczegół, który zmienił zasadę: piękno oddaje się kontemplatykom lecz opiera się konsumentom. Konsument separuje od siebie pierwiastki piękna, osłabia je tym podziałem, a potem pochłania, podsycając siebie. Kontemplatyk potrafi ogarnąć piękno w całości, odnieść się do piękna z szacunkiem, a przez to wyjść poza siebie, czyli wejść w relację. Elegancja więc czy komfort, choć mile pociągające, stanowią zdecydowanie peryferyjny procent kanonów piękna. Jeśli ktoś zaprze się na nich, posiądzie jedynie powszechny dziś instynkt konsumenta, a więc rechot, konwulsyjne napełnianie się, pławienie, kopulację. Prawdziwe piękno nie jest talonem do przejedzenia lecz dyskretnym zaproszeniem do wnętrza. Dlatego ma ono charakter duchowy, intelektualny, uczuciowy i moralny. Nie uwierzycie, ale najpiękniejszy jest człowiek, który odchodzi właśnie od spowiedzi. Piękny jest też ten, który rodzi życie. Jakże piękny jest człowiek na modlitwie. I jakim pięknem promieniuje człowiek, który w heroicznej wierze przełożył cierpienia na sens życia. Takiej głębi wierne jest prawdziwe piękno i takiemu pięknu Ronin pozostanie wierny do końca.

Domyślam się, że takiego wreszcie bezmiaru piękna w Jezusie dotknęli niespodziewanie trzej prostaczkowie na Taborze w chwili przemienienia. Piotr, Jakub, Jan a nawet inni mieszkali z Nim trzy lata, widzieli wiele i wszystkiego byli świadkami - moment przemienienia jest przecież na kilka chwil przed ukrzyżowaniem. A jednak pierwszy raz widzą Jezusa pięknym, tak pięknym, nieskończenie, bosko pięknym (por Mt 17,1-9). Ośmielam się myśleć, że o późniejszej – wprawdzie niedoskonałej lecz jednak konsekwentnej – wierności uczniów wobec Chrystusa, zadecydowała nie tyle bezdyskusyjna pewność zbawienia w Krzyżu, co raczej niezapomniana chwila przeczucia piękna w Przemienieniu. Ronin jest piękny, dlatego jest też najlepszym przyjacielem. Nie pożera. Zaproszony – przygląda się, dostrzega, kontempluje.


środa, 8 marca 2017

KODEKS RONINA

         7 lutego 2017 roku kardynał Angelo Amato, w imieniu papieża, w ogromnej hali Osakajo-Ho-ru w japońskiej Osace, beatyfikował wygnanego samuraja Justusa Ukona Takayamę. Jeśli cokolwiek zdolny jestem dociec z fascynującej kultury słynnego kraju Kwitnącej Wiśni, to rozumiem, iż odrzucony, bezpański samuraj przekształcał się natychmiast w ronina. Ronin to słowo przynależące do oryginalnego języka Japończyków, oznaczające człowieka podobnego do fali, którego ścieżka życia biegnie tam, dokąd zechce wiatr. Świat samurajów wpychano w sztywne granice kodeksu bushido. Ich naruszenie było zabezpieczone nieodwracalną, ostateczną regułą seppuku. A czy istniał jakiś kodeks roninów? Wydaje się, że własne zasady życia wygnany ronin czytał z codziennej egzystencji, przejmował je z bezkompromisowego głosu wewnątrz siebie, interpretował ze spotkań i doświadczeń. Bywało, że to swobodnie wędrujący ronin bronił biedne dziewczęta od gwałtów, które po wioskach zadawali im po cichu rozwydrzeni samuraje. Nie łatwo było tak żyć, ale w istnieniu ronina obecne było to, czego kodeks bushido pozbawiał samuraja: wolność. Ilekroć studiowałem co nieco historię roninów, nigdy nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ich wezwanie życia jeśli nie mogło pochodzić z Ewangelii, to wszakże całą siłą intuicji biegło w jej kierunku. Jezus przecież w trzecim rozdziale księgi Jana powiedział do Nikodema: „Wiatr wieje tam, gdzie chce i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd pochodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, kto narodził się z Ducha” (J 3,8). To jest kodeks chrześcijańskiego ronina.
            Nie wierzę, że japońska beatyfikacja Takayamy to przypadek albo watykański ukłon w stronę katolickich, zmarginalizowanych, nagle modnych antypodów Kościoła. To Duch i tylko On rodzi świętych. Jeśli podnosi ich dziś w Japonii, to jest w tym obecny aktualny przekaz. Justus Ukon Takayama urodził się w Osace w 1552 roku, od dziecka znał kodeks bushido i według niego uczciwie postępował. Z rąk portugalskich jezuitów przyjął również Chrzest. Pociągało to Justusa do radykalnych wyborów. Sumienie samuraja i dusza chrześcijanina wierzącego Ewangelii to nieuchronny zaczyn radykalizmu, a nawet męczeństwa. Takayama przynależał do średniej klasy japońskiego społeczeństwa, tak zwanych daimyo, ponad którymi stali już tylko shoguni i cesarz. W wypadku zmian politycznych, jakie opanowały Japonię w 1587, kiedy to władca Hideyoshi dla zjednoczenia cesarstwa zdecydował się z kraju wyrzucić chrześcijaństwo, Justus utracił wszystko: majątek, stanowisko rycerza, stabilizację, bezpieczeństwo, zdrowie, a w efekcie nawet życie – wszystko, poza wolnością ducha. Kiedy 4 lutego 1615 roku, wyczerpany Justus Ukon Takayama wraz z towarzyszami przybył do wybrzeży Filipin, nie miał fizycznej siły by żyć. Jezuici proponowali mu polityczną umowę: za pomocą sił hiszpańskich usunąć wrogi katolikom układ rządzący w Japonii. Wielki patriota dyskretnie odmówił. Kilka dni później pochowany został z rycerskimi honorami w Manili.
            Naszej epoce dziejów potrzebnych jest kilku chrześcijańskich roninów we wszystkich zakątkach świata i Kościoła. Mam dość chrześcijan przyłapanych współcześnie w dwie, katolickie klatki: tych, którzy mówią, że mają twarde głowy, a tak naprawdę noszą w piersiach kamienne, okrutne serca i tych, którzy mówią, że mają wrażliwe dusze, a tak naprawdę są klęczącymi przed światem tchórzami, których silną wolę od trzydziestu lat za gardło trzyma strach. Między duchowym światem samurajów i roninów łeb podniosła praktyczna schizma. To dlatego odważyłem się pisać ten kodeks. Moi przyjaciele skarżą się, że produkuję zbyt długie teksty, nie da się tego czytać, zdania wychodzą wielokrotnie złożone, człowiek czasem nie wie, co było na początku, gdy szczęśliwie dobrnie do kropki. Reguły kodeksu chrześcijańskiego ronina to kilka, krótkich opowieści, których nie wahajmy się bardziej stosować w praktyce, mniej zaś czytać z ciekawością.

(1)  Ronin jest wstrzemięźliwy

Nie doliczę się ile to lat już temu poznałem księdza Janusza. Spotykałem go co prawda często – kręciło się wokół niego zawsze wielu ludzi, bo dla wszystkich i dla mnie też, przeznaczał nazbyt dużo przestrzeni w swoim świecie, nie okupując jej nadmiernie sobą – ale poznałem dopiero tamtego wieczoru. Piliśmy słodki kompot w upalny wieczór po kolacji, a on z błyskiem w oku opowiadał mi, że starszy kolega Wojtek Ciak w płockim seminarium był chyba jedynym klerykiem, który nigdy nie narzekał na kiepską jakość posiłków. Zawsze mnie uczył, że ten niesmak można dobrze wykorzystać dla postu. A potem został karmelitą – zakończył wspominanie, z jakąś dobrze skrywaną tęsknotą w głosie. Po kilku latach ksiądz Janusz mógł zrobić tak zwaną karierę diecezjalną. Dostał probostwo w jednej z najlepszych parafii, miał zbudować ładny kościół. Po roku jednak, w obliczu rozmaitych trudności, zrezygnował. Zżymałem się na jego decyzję. Więc dyskutowaliśmy przy kolejnej, ziołowej herbacie, gdy ksiądz Janusz powiedział mi tak: widzisz – zawsze mówił spokojnie, z lekko zapartym na ważnych sprawach oddechem – bo po drogach tego życia posuwają się do przodu dwa rodzaje pojazdów. Są takie ogromne, ciężarowe, na które można zapakować wszystko, a one to uniosą. I są takie małe, transportowe - gdy je przygnieciesz, nie pojadą dalej. Ja jestem z tych drugich.
To prawda, że życie duchowe chrześcijanina zmierza do wewnętrznej intymności. Bóg jej ulega, człowiek zaś jej szuka. To znaczy, że żadna z modlitw chrześcijańskich nie polega jedynie na jej odprawianiu. Nawet liturgia w bezbrzeżnych głębiach własnych celebracji za swój podstawowy punkt obiera bliskość Absolutu i duszy. Dlatego w świadectwie mistyków – mistrzów tego zbliżenia – odczuwalny jest pewien niedopowiedziany refren o prostocie, naturalności, dziecięcej szczerości. Żaden z mistyków nie chce tworzyć szkoły duchowej – w to z zapamiętaniem bawią się raczej skopiowani z mistrzów, tak zwani następcy, uczniowie, kontynuatorzy. To oni upierają się filozoficznie klasyfikować narzeczeństwo Boga z duszą. Ale mistycy jeśli coś nam opowiedzą, to dyskretnie, mówiąc na milcząco i wiele milcząc w tym mówieniu, zażenowani w swoim zakochaniu. W tym rumieńcu mistycznym znajdujemy dowód na to, że warunkiem dojścia do wewnętrznej prostoty właściwej chrześcijańskiej dojrzałości jest najpierw wstrzemięźliwość życia. Mówiąc jednoznacznie – nie będziesz mistycznie prosty na modlitwie, jeśli nie będziesz wstrzemięźliwy w codzienności.
Ale wstrzemięźliwość chrześcijańskich roninów to nie to samo co dieta, jogging, rolki po godzinach pracy lub wyłożona dzikim kamieniem ściana nad przytulnym kominkiem. Ulice tego świata pełne są dziś nadchudzonych nerwowo postaci, które stworzyły sobie wygodnie kontrolowane pojęcie wstrzemięźliwości – wstrzemięźliwości, dzięki której wszyscy z gwizdkiem na ustach zwrócą na nich uwagę: twój super dres, zazdroszczę ci takiej figury, jaki piękny dom z drewna nad urwiskiem, a mogłeś mieszkać w Wilanowie. To żadna wstrzemięźliwość. To powszechny dziś wizjer społeczny, inny rodzaj zamaskowanego komfortu, czyli stały już element tej epoki, który wyżej wzmiankowanych stawia w samym centrum ich jaźni. Dzięki temu wiedzą, że są obserwowani, że wysłucha ich terapeuta, że liczą się w tym skrawku świata, który zdecydowali się sobą okupować. Utkwieni w samym centrum społecznym, mają wobec niego taki gest, który umówili się nazywać wstrzemięźliwością.

Tymczasem sednem wstrzemięźliwości chrześcijańskich roninów jest sięgać do samego dna egocentrycznej jaźni, by uporać się ostatecznie z męczącym wspomnieniem o sobie. Pisze o tym Kohelet: „Nie bądź pochopny w słowach, a serce twe niech nie będzie zbyt skore, by wypowiedzieć słowo przed obliczem Boga, bo Bóg jest w niebie, a ty na ziemi!” (Koh 5, 1). Ronin nie zajmuje wiele miejsca, niewielu chodzi po jego śladach, nie rzuca sobą grubego cienia i nikt nie powtarza jego słowa jak plotki. Nie ma własnego terapeuty, nie zmusza innych by słuchali go bez końca. W świecie ronina jest tak wiele przestrzeni dla drugiego, że zaproszeni chcą tam powracać. Istotą bowiem wstrzemięźliwości nie jest dietetyczna rezygnacja z pewnych elementów materialnego przesytu, ale ascetyczny dystans do zajmowania sobą całej, egzystencjalnej przestrzeni. Im więcej takiej wstrzemięźliwości na co dzień, tym więcej mistycznej bliskości na modlitwie.


piątek, 17 lutego 2017

Ksiądz w społeczeństwie postchrześcijańskim...


Mąż Boży – takim to na poły anachronicznym, humorystycznym, a na poły pachnącym biblijnymi sagami, benedyktyńską duchowością i bohaterskimi opowieściami tytułem zwraca się do mnie najczęściej jeden z moich przyjaciół, księży, ilekroć jestem gościem w jego plebanii: czy mąż Boży już wstał? Co mąż Boży chce zjeść na śniadanie? O której mąż Boży odprawia? Historia Kościoła katolickiego, w rozmaitych swych momentach, miejscach i zwrotach, zaiste pełna jest intensywnej działalności kapłanów – mężów Bożych, którzy znani z imienia bądź zupełnie anonimowi, starali się sprostać w różnym zakresie zazwyczaj skomplikowanym kontekstom kultury. W Europie byli więc nieodzownym elementem bogatej i starożytnej mozaiki społecznej. Ksiądz europejski widoczny jest na wszystkich prawie płóciennych obrazach, biało-czarnych zdjęciach i prymitywnych jeszcze kadrach z celuloidu. W Ameryce łacińskiej katolicki duchowny przekształcił się szybko w obrońcę ubogich, polityka, społecznika, gorącego komentatora napiętej sytuacji publicznej. Nie było więc sporu, dyskusji a czasem niestety starcia, w którym latynoski ksiądz nie miałby dać swojej twarzy. W Azji wreszcie kapłani ginęli powszechnie jako męczennicy – cierpiąc latami podejrzenia, pokonując nieufność, szukając świadomie sposobów ryzykownej inkulturacji. Zawsze jednak - a kieruję się wygłaszając ten sąd osobistym doświadczeniem - tak zwane kapłaństwo diecezjalne, świeckie, duszpasterskie, było najlepszym narzędziem dotarcia do ludzi nowych, by łowić ich w sieć wiary. Ksiądz bowiem, wchodząc w dziewiczy duszpastersko teren lub nieopisany społecznie kontekst, niezależnie zupełnie od zmian kulturowych i nie dbając o promocję zakonnego charyzmatu, był po prostu reprezentantem Kościoła, nadchodzącego z całym jego, bezpośrednim, misyjnym przesłaniem. Ksiądz żył zawsze i w każdym miejscu na granicy dwóch światów: ziemskiego oraz nadprzyrodzonego. To stuprocentowo zbliżać musiało go do ludzi.
Z premedytacją i trochę dla prowokacji używam, wspominając ten historyczny panteon mężów Bożych, czasu przeszłego, który chyba najlepiej może wyrazić niepokojącą dziś wszystkich wątpliwość: czy tak będzie dalej? W naszej bowiem epoce dziejów księża katoliccy doświadczają pierwszy raz z miażdżącą intensywnością trzech poważnych i nieznanych w takiej skali pokus: skrajnej decentralizacji w interpretowaniu doktryny, skrajnej dowolności w dyscyplinie kapłańskiego życia oraz skrajnego osamotnienia wobec antyklerykalnej fali, która niepodzielnie dominuje w świecie. Być może trochę lecz tylko trochę przesadzę, jeżeli powiem, że mąż Boży dzisiaj pierwszy raz nie jest pewien, czego i jak nauczać? Nie wie, jak się ubierać, co mówić, jak żyć? Zdaje się też, że nikt już skutecznie go nie chroni.
Mam pełną świadomość, iż pojęcie postchristianitas, nadmienione w tytule bieżącej refleksji, na wejście wywołuje kontrowersje. Dla tak zwanych katolików twardogłowych, podobne myślenie – że tkanka społeczna ogromnej większości państw nie jest już chrześcijańska - jest niedopuszczalne, być może nawet zaciąga jakąś winę moralną. Na ustach postmodernistów wizja minionego chrześcijaństwa przywołuje złośliwy uśmiech nieskrywanej satysfakcji. Dla chrześcijan liberalnych, wyskakujących z trojańskiego konia wpuszczonego do wnętrza Kościoła, bycie ubogą mniejszością w świecie to moda i symbol pokory. Mój prywatny pogląd ma jeszcze inny kontekst. Zanim ułożeni wygodnie wobec powszechnego trendu bieżącej epoki znów zakasamy rękawy do zapamiętałej pyskówki na krawędzi światopoglądów, pragnę oddzielić od siebie dwie wartości: uważam, iż to, że większość organizmów państwowych dziś przestała być chrześcijańska nie oznacza jeszcze, że chrześcijaństwo jest mniejszością - tak jak utrata oddechu nie równa się jeszcze zanikowi życia. W efekcie więc pewnych obserwacji, spekulacji i obliczeń, ośmielę się zasugerować paradoksalne dość spostrzeżenie: zaczyn różnorodnych kultur jest u swych podstaw wciąż chrześcijański, utracił on zarazem swój wpływ na realne wybory większości organizmów społecznych. Chrześcijaństwo przypomina dziś pewną nieuporządkowaną masę, stagnację, materię uśpioną, ukrytą pod powierzchnią, odrętwiałą i instytucjonalnie źle zorganizowaną, która z tych właśnie powodów – dysponując wciąż ilościową potencją – nie jest w stanie jej używać tak, by dało to jakościowe efekty w postaci ewangelicznego przetworzenia teatrów, szkół czy administracji.
Niechrześcijańska mniejszość przez to sprawnie, od kilku dekad przejęła zarząd sumień i umysłów w świecie. Choć nie planowałem tego ani z tym sympatyzuję, moje życie księdza stało się ze swej natury bytowaniem wędrownym. Jak głosi stare, polskie porzekadło: podróże kształcą – ktoś, kto wystawi nogę na prawo lub lewo poza granicę Polski, jeśli odrobinę obserwuje i myśli, to po prostu widzi, czyta i wie. Społeczeństwo świata współcześnie nie jest chrześcijańskie – chciałbym ośmielić się to stwierdzić bez dodawania zbędnych dookreśleń już, przed czy po. Świat przestał być chrześcijański ale – co ważne – przestał być chrześcijański dlatego, że sam z Ewangelii zrezygnował. Uważam to za znaczące uwarunkowanie. Chrześcijaństwu w nowożytnym dialogu ze światem nie zabrakło niczego. Kościół, jako nośnik ewangelicznego przesłania, zdobył się na ogromny wysiłek autoreformy, czego znakiem był Sobór Watykański II. Jest dla nas wszystkich oczywiste, że sensem tego wysiłku przekształcenia była jedna idea: stać się zrozumiałym dla współczesnych. Przez to Kościół zbliżył się do świata - niektórzy twierdzą, że stał się nawet światowy lecz to już kwestia reformy do reformy – ale w epoce ponowożytnej, jak nigdy dotąd w historii ludzkości, to świat oficjalnie, publicznie, przez niezliczoną ilość aktów prawnych a nawet konstytucyjnych, świadomie oddalił się od Kościoła, rezygnując z żywotnej interpretacji zjawisk według klasycznych reguł chrześcijaństwa.
            Na jakiej więc podstawie ośmielam się tu stawiać tezę, że w neopogańskim świecie jednak pierwiastek chrześcijański jest ukrytą, uśpioną, przyduszoną większością? Oto bowiem rezygnacja z chrześcijaństwa, jaka dokonywała się w ostatnich dekadach w skutek machinacji, programów i świadomych działań niezliczonych partii liberalnych, bogatych sponsorów, teatralnych snobów, stronnictw ubóstwionego postępu, uniwersytetów czy partykularnych myślicieli, na naszych oczach kończy się nieprzewidywalnym jeszcze kilka lat temu, a dziś nieodwracalnym procesem: tak zwani zwykli ludzie chcą absolutnie rezygnować z tych, którzy od kilku dekad opresyjnie chrześcijaństwo wyznaczali na stos. Zrezygnowani a odprawieni precz czują się obrażeni i dotknięci. Stopień pychy lewicowych liberałów, którzy dzierżąc władzę nad światem od lat, oderwali się daleko od ziemi i nie są w stanie wylądować, zaiste przeraża. Większość reprezentantów liberalnej lewicy bezpiecznie wierzyła w to, że da się stworzyć społeczną konstrukcję, która albo szybko zastąpi albo w dłuższej perspektywie chociaż przeżyje chrześcijaństwo. Konstrukcję stworzyć się dało, to fakt, ale niemrawi chrześcijanie okazali się być żywotni, trwają, istnieją i to oni dziś – niezorganizowani wprawdzie - decydują, by lewactwo ustąpiło. Jeśli bowiem współcześnie odprawia się z niczym ludzi skompromitowanych, to nie dlatego, że jakaś chrześcijańska demokracja zorganizowała imponujący ruch europejskiej czy amerykańskiej odnowy społecznej. Nic z tego. Radykalna wyprawka lewaków dokonuje się na zasadzie instynktownego, etycznego odruchu: że prawda musi być transparentna, polityka dostępna dla wyborców, elita zmienna a przywileje lub obowiązki proporcjonalne dla wszystkich. Ten bezwarunkowy odruch społeczny to dziedzictwo chrześcijańskiej moralności, estetyki i duchowości, dziedzictwo głęboko wszczepione w sumienie większości, dziedzictwo odruchowe, naturalne, oczywiste. W nieprzewidzianym przez nikogo, publicznym starciu od Waszyngtonu, przez Paryż, aż do Budapesztu, ujawniło się w całej swej sile zakorzenione przez wiekową kulturę chrześcijaństwo instynktowne: spontaniczne, zupełnie nieuformowane, chaotyczne, które pomimo tego lewicowy aparat – potęgą czystego żywiołu - wytrąciło z równowagi.
            To dlatego, ni mniej ni więcej, znaleźliśmy się niespodziewanie dla wszystkich w bardzo niewygodnym momencie cywilizacyjnej historii. Zorganizowane bowiem, lewackie struktury, wypracowały już swój schemat, który choć skorumpowany i płytki, na zewnatrz jakoś działał. Nagle te organizacje zaczynają być wypierane tu i tam przez silniejszy, żywotny lecz bezkształtny żywioł chrześcijaństwa podświadomego, instyntktownego, domowego, rodzinnego czy jak go jeszcze nazwiemy. Ów masyw jest zdecydowanie silniejszy. Tak samo jednak jak silny, jest równie zdezorganizowany: jakby nie miał głowy a tylko ramiona i nogi, które rozpychają się i kopią do przodu. Z jednej więc strony czujemy zaskakującą ulgę – lewactwo z goryczą pakuje tobołki. Z drugiej strony ciąży nam chaos. Plac niedawnych jeszcze przepychanek, szturchańców i kłótni, opuszczają powoli najważniejsi protagoniści niedokończonego eksperymentu, pozostawiając jednak w centrum zlepioną przez nich skorupę. Wierzę, że za jakiś czas pojawią się wychowawcy, którzy ponownie rozpoczną wielowiekowy mozół inteligentnego przeformowania ożywionej raz jeszcze lecz póki co bezkształtnej, chrześcijańskiej masy. Tymczasem wielu musi nauczyć się trwać w opuszczonej skorupie. Wśród tych wielu jest i katolicki ksiądz – nowy, inny, zaskoczony, samotny, mąż Boży w społeczeństwie postchrześcijańskim.
            Uważam z wielką ufnością, iż kapłan rzymsko – katolicki, brutalnie skonfrontowany z całą siłą wymienionych już we wstępie pokus, przeżyje ten moment powszechnego kryzysu, jeśli zda sobie sprawę z realnej sytuacji i z konsekwencją, determinacją, uporem zastosuje specyficzne środki. Ponowne zorganizowanie tożsamości księdza w odmiennej, naszkicowanej tu perspektywie społecznej, jest zagadnieniem tak samo trudnym, co ciekawym. Wydaje się, że aby odrodzić i podtrzymać żywotność katolickiego kapłaństwa w tak skomplikowanym pejzażu kulturowym, mąż Boży musi najpierw uniknąć dwóch tendencji, które w ostatnich latach ewaluowały zdecydowanie negatywnie. Po pierwsze - w postchrześcijańskiej skorupie nie przeżyje ksiądz jako funkcjonariusz defensywnej instytucji, która przede wszystkim, kurczowo, zachowawczo i za wszelką cenę, broni ustalonego terytorium przed wymyśloną inwazją światowego demona. Należy powiedzieć sobie szczerze, że w większości prowincji kościelnego terytorium nie ma już czego bronić: ławki, konfesjonały i parafialne konta są puste, a mąż Boży zmuszony jest przejść do apostolskiej, katechetycznej, modlitewnej, powołaniowej i moralnej ofensywy. Po drugie – w ostatnich dekadach zdemaskowany został również typ księdza bez radykalnej, duchowej tożsamości, konsekrowany urzędnik pożyteczności publicznej, który z pobożnym uśmiechem oprowadza japońskie wycieczki po muzealnych zakrystiach, organizuje koncerty organowe przed pustym tabernakulum czy zbiera na miskę ryżu dla ubogich - więcej nic. Na taki profil kapłaństwa mąż Boży – by przeżyć – dalej zgadzać się nie może. Myślę więc pozytywnie, że ksiądz katolicki dziś zreorganizuje się skutecznie w postchrześcijańskim świecie, gdy zgodzi się być od zaraz: zmarginalizowanym społecznie lecz płodnym religijnie; przewodnikiem świadomej mniejszości; lekarzem połamanych jak nigdy dotąd życiorysów oraz cierpliwym wychowawcą duchowych ignorantów.
            Już w roku 1958, na progu swej profesury, kiedy świat funkcjonował jeszcze jako katolicki monolit, wybitny i proroczy Joseph Ratzinger opublikował głośny – zaatakowany przez jednych, przez innych zrozumiany - artykuł pod tytułem: „Neopoganie i Kościół”. Tekst został przypomniany między innymi jako swoiste zakończenie ostatniego chyba w życiu wywiadu udzielonego niedawno przez papieża emeryta Peterowi Seewaldowi. We wspomnianym artykule Ratzinger wzywa do jak najszybszej i koniecznej przed upadkiem wszystkiego, ponownej sakralizacji Kościoła, pisząc: „Na dłuższą metę Kościołowi nie zostanie oszczędzona konieczność stopniowego pozbywania się tożsamości ze światem i stania się znowu tym, czym jest: wspólnotą wierzących. W rzeczywistości te zewnętrzne straty zintensyfikują tylko jego misjonarską skuteczność. Jedynie wtedy, gdy przestanie być tanią oczywistością, a zacznie ponownie przedstawiać się jako to, czym faktycznie jest, uda mu się znowu dotrzeć z własnym przesłaniem do uszu nowych pogan, którzy jak dotąd oddają się życiu w iluzji, przekonani, że takimi nie są. Oczywiście, rezygnacja z zewnętrznych godności przyniesie ze sobą utratę cennych przywilejów, jakie bez wątpienia wynikają z obecnego uwikłania Kościoła w sferze publicznej. Chodzi przy tym o przemianę, która nastapi niezależnie od udziału w niej Kościoła, na co musi on być przygotowany. Ogólnie rzecz biorąc, w tym koniecznym procesie sakralizacji należy dokładnie rozróżnić trzy płaszczyzny: sakramentów, przepowiadania oraz osobisto – ludzkich relacji pomiędzy wierzącymi i niewierzącymi”. (J. Ratzinger, Neopoganie i Kościół, [w]: P. Seewald, Benedykt XVI. Ostatnie rozmowy, Kraków 2016, s. 299).
Myślę, że w drugiej połowie ubiegłego stulecia, ku zaskoczeniu wszystkich, doszło nie tylko do pogańskiego drenażu wewnątrz wspólnoty Kościoła. Spoganieniu, zeświecczeniu, odduchowieniu, uświatowieniu i powszechnemu spłyceniu jak nigdy przedtem, co być może było poniekąd bezpośrednią konsekwencją wspomnianego drenażu, dotknięte zostało w Kościele również kapłaństwo służebne. Ksiądz stał się prawie wszystkim: pisarzem, dziennikarzem, inżynierem, bankierem, politykiem, a nawet motocyklistą i hippisem – natomiast z pewnością najtrudniej przychodziło mu być po prostu duchownym. Pora więc jasno powiedzieć sobie w innym sposób za Ratzingerem, że resakralizacji w Kościele najbardziej potrzebuje kapłaństwo. I pozornie postchrześcijańska rzeczywistość, odbierając bezkrompromisowo księżom ich uprzywilejowane miejsca na estradzie, jest najwłaściwszą okazją do nowego uduchowienia rzymskiego księdza. Kiedy kapłaństwo przestaje być elementem świata, może wreszcie służyć jako podstawowy element ewangelicznego świadectwa. Bo ksiądz studiując doktrynę staje się wyśmienitym katechetą, czego nie da się powiedzieć o księdzu zaczytanym w ideologiach. Kapłan odnoszący się z należytym szacunkiem do obecności Boga w sakramentach, Słowie lub liturgii, bez trudu odnajdzie tego samego Boga w obliczu dziecka, kobiety i ubogiego, co nie jest już tak oczywiście widoczne w wyborach moralnych nazbyt wielu skandalistów w koloratce z minionego stulecia. Reasakralizacja katolickiego kapłaństwa może po prostu polegać na ponadepokowej kontynuacji wyboru Pana Jezusa, który dyskretnie uchwycił Ewangelista Marek, zapisując: „I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli...” (por. Mk 3, 14 a). To pierwszy z charyzmatów księdza. Ma on towarzyszyć Panu, reszta pochodzi od tego. Zapewne współcześnie sól kapłańska uległa nadpsuciu, ponieważ nowożytny ksiądz modnie towarzyszył wszystkiemu, za wyjątkiem Boga.
            Pierwsza z nazw nowego miejsca kapłańskiego w postchrześcijańskim świecie w języku socjologów zabrzmi twardo: marginalizacja, lecz w języku wiary przynosi stosowne pocieszenie: ukryty zaczyn. Ksiądz w pejzażu postchristianitas jest postacią zstępującą z estrady, trybuny i wypełnionej auli w zacisze konfesjonału, rozmównicy, samotnej ścieżki w parku lub bibliotecznej ciszy. To bardzo dobrze, że społeczność pochrześcijańska nie widzi już dalej księdza w kręgu swoich ulubionych celebrytów. Ma on teraz szansę - transponując wyrok społecznej, nieuchronnej marginalizacji, na proces duchowego, koniecznego uniżenia, wyrzeczenia się siebie i pokory - narodzić się jako ojciec duchowy. Ojcostwo duchowe w bezlitosnej skorupie współczesności, zamieszkanej przez niezliczoną ilość terapeutów, trenerów psychiki, chiromantów czy menedżerów, to niezastąpiona cnota i zdecydowanie pierwszy atut społecznej odnowy. Duchowny w postchristianitas nauczy się słuchać, towarzyszyć i spowiadać, przechodząc w ukryciu od tak zwanego duszpasterstwa masowego do indywidualnego kontaktu z człowiekiem. Przy czym personalne podejście w duszpasterstwie nie jest tanią pociechą, ratującą nam jakoś twarz wobec depresji spadających na łeb statystyk. Indywidualne kierownictwo duchowe nie jest tak spektakularne jak liderowanie na wypełnionych stadionach, to fakt. Jest natomiast niezastąpionym narzędziem dojrzałego wzrostu, wolnego wyboru, radykalnej świętości. Z tysięcy żmudnie wypalanych cegieł wznosi się mur nie do zdobycia.
            W tym procesie przemiany ukrytego zaczynu kapłańskiego wiele zależeć będzie również od cnoty męstwa. Kontakt indywidualny kapłana z człowiekiem, współczesne kierownictwo duchowe czy nowe wychowanie do mistyki, przypomina obecnie coraz częściej stanięcie wobec pejzażu ezechielowej doliny suchych kości. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek ludzkość była w tak słabej kondycji moralnej, psychicznej i duchowej jak dziś. Całe to niesłychane poranienie jest natomiast najlepiej widoczne, odkryte, ujawnione właśnie w indywidualnym kontakcie. Ksiądz więc – zdecydowanie zajmując postchrześcijańskie miejsce ojca duchowego – jako przewodnik wewnętrzny będzie z konieczności najgłębiej, najdelikatniej lecz najbardziej bezpośrednio, dotykał całej biedy współczesnego człowieka: jego łez i samotności, porzucenia, upodlenia i porażki. Ignorancja i odkształcenie antropologiczne naszej epoki jest bowiem przerażające. Tak więc ewangeliczny kapłan nie może już dziś oczekiwać tego, że z jego duchowej posługi w konfesjonale korzystać będą co krok dusze mistyczne, gotowe do zjednoczenia. Do tego samego celu mistycznego co zawsze ojciec duchowy w skorupie postchrześcijaństwa prowadzić musi zaczynając w większości spotkań od zera, od ignorancji, od podstaw, latami, z cierpliwością, sięgając po środki klasyczne, czyste duchowo, nieskażone zweryfikowaną negatywnie w XX wieku psychoanalizą. W ten sposób nowy czas ukształtuje nowego księdza: wolnego od pokusy natychmiastowego efektu, bogatego cnotą długomyślności.
            Nie wiemy, ile lat to potrwa. Jesteśmy natomiast pewni jednego: kapłaństwo katolickie, podobnie jak całe postchrześcijaństwo po rozprawieniu się z wpływami lewicowych ideologii, zdziesiątkowane medialną interpretacją ostatniego Soboru i wystawione na wiele znaków zapytania w postnowożytnej rzeczywistości, jest w stanie kryzysu. Przeżywa więc gwałtowne wzloty i upadki, zdumiewa śmiałością bądź zawstydza skandalami, wzbudza nadzieję lub zasmuca. W niewielkiej jednak swej liczbie, jak mi się wydaje, kapłaństwo to wyraźnie idzie ku lepszemu. I chciałbym szczerze zapewnić tę małą trzódkę wiernych, którzy wyglądają jeszcze powrotu procesji do ołtarza, że wraz z nieuchronnymi przemianami społecznymi, które widzimy, już wychodzi w ich stronę nowy ksiądz. Nie będzie ich wielu lecz będą z wiary, wolni od żądzy sukcesu, naprawdę ubodzy, pociągająco skromni, mocni zaufaniem do Boga, roztropni wobec pokus światowości, duchowi duchowni. Tylko taki ksiądz w publicznej przestrzeni postchristianitas zdobędzie konieczny do ewangelizacji autorytet męża Bożego.

            Gdy wracam pamięcią do wielu kapłanów, którzy z krucyfiksem nad głową, w sutannie, przeszli trudnymi szlakami ludzkiej historii, coraz chętniej sięgam do biografii popularnego w Ameryce łacińskiej księdza – pierwszego świętego z Argentyny: Cura Brochero. Wiele się mówi o zwykłych a niezwykłych wydarzeniach z jego życia, był on bowiem – jak wszyscy święci – prawdziwym oryginałem. Osobiście najbardziej cenię tę anegdotę. Kiedyś Cura Brochero przystąpił do zuchwałego projektu budowy nowego domu rekolekcyjnego w biednych okolicach argentyńskiej Cordoby. Teren górzysty, zapadła prowincja w interiorze, bieda mocno podupadającej gospodarczo w końcu dziewiętnastego wieku Argentyny. Kto wpadłby na tak szalony pomysł? A Cura Brochero chciał tam organizować rekolekcje ignacjańskie dla ludzi ze swoich parafii. Gdy więc położył kamień węgielny pod budowę domu, podniósł głowę i zwrócił się w wewnętrznym dialogu do demona, mówiąc w argentyńskim żargonie: i już przegrałeś, sukinsynu!