czwartek, 21 czerwca 2018

KODEKS RONINA

(19) Druga młodość ronina

Życie człowieka można podzielić na to przed i na to po doświadczeniu egzystencjalnego stanu bezradności. Bezradność musi być bliską krewną naiwności. Dopóki idealizujemy fakty, nie jesteśmy w stanie postępować ani o krok w procesie podboju rzeczywistości. Natomiast heroiczne otwarcie oczu jest aktem przełomu. Bezradność ustępuje miejsca zwycięstwu lub porażce, które w każdym z tych dwóch przypadków - grając co prawda na odmiennej strunie emocji - są zdecydowanie lepsze, bo żywe i wyraźne. Bezradność nie jest również stanem codziennym. Z reguły dajemy sobie radę, usiłujemy sprostać wyzwaniom, zmieniamy taktykę lub zawieramy sojusze – i rzeczywistość da się jakoś popychać do przodu. Zdolność człowieka do adaptacji w obliczu zagrożenia, zmiany, szansy lub wyzwania jest imponująca a zarazem zupełnie przyrodzona czyli naturalna, dana w pakiecie ludziom a priori na całe życie. W tym sensie bezradność, jeśli w końcu przychodzi, jawi się człowiekowi jako moment nadprzyrodzony. Za bezradnością musi przecież ukrywać się jakiś znak od Boga, a może nawet Jego ostateczne ultimatum. Definitywnie poza linią demarkacyjną na froncie bezradności jest albo-albo, odparowanie ciosu lub śmierć, sztandar wzniesiony ponad kłębem dymu lub pierwszy krok przeciwnika na murach upadłej fortecy. Dlatego jedni z chwil bezradności dedukują potęgę doświadczenia niezaprzeczalnej interwencji Boga. Komuś, kto to przeżył, żadne przeciwne siły nie są w stanie odebrać już potem wiary aktywnej. Innych – jeśli podołają przeżyć cyklon bezradności – zawozi się natychmiast do szpitala. Całe konsylium psychiatrów klepie ich godzinami po twarzy, przywraca do życia, wybudza i ocuca. Skąd pochodzi tak drastyczna rozpiętość silnej lub bezsilnej wytrwałości? Wszystko zależy od tego: o co idzie w grze z bezradnością? Chcę dokonać radykalnej transformacji mojej egzystencji czy tylko kolejny raz przetrwać? Kładę na stole całą stawkę vabank czy tchórzliwie ukrywam samotnego asa pod kolanem?
Ponad pół roku ze szczegółami i pieczołowicie przygotowywałem się do przyjazdu młodych studentów misjonarzy z amerykańskiej organizacji FOCUS (Fellowship of Catholic University Students). Najpierw nawiązaliśmy stosowny kontakt. Wiedziałem, że Curtis Martin, który dał pierwszy impuls Focusowi, wywodził swoje duchowe korzenie z ciekawego i dającego wiele nadziei środowiska amerykańskich katolików, inspirowanych w ich głębokim nawróceniu myśleniem, pisaniem i głoszeniem George Weigela czy Scotta Hahna. Od dawna chłonąłem książki tych panów, studiując z podziwem opisywane umiejętnie, racjonalnie i z wiarą sedno nowej ewangelizacji. Musi nim być rozumne centrum, harmonijnie łączące w wierze katolicką tożsamość z misją uniwersalną wobec wszystkich. Kiedy przed laty Curtis Martin miał okazję uścisnąć dłoń Jana Pawła II i prosić papieża o specjalne błogosławieństwo, ów wielki człowiek w białej sutannie popatrzył wymownie na Amerykanina i w swoim stylu powiedział: be soldiers!
W nadchodzącym Wielkim Poście miałem więc gotowe wszystkie praktyczne szczegóły, aby przyjąć ewangelicznych żołnierzy z Focusa i rozpocząć fundamentalną misję pierwszego głoszenia Chrystusa w pięciu dzielnicach przynależących do mojej parafii w Minas – dom po domu. Piętnastu młodych ludzi miało zamieszkać w ośrodku rekolekcyjnym, położonym przy sanktuarium w Verdun. Na trzy dni przed ich lotem z Miami do Montevideo wzgórze Verdun stanęło w płomieniach. Ludzie z ostatniego slumsu, położonego wzdłuż drogi wyjazdowej z Minas do stolicy, wypalali trawę, by dostać się do obfitych pokładów drewna, służących im potem za opał podczas dokuczliwej pory deszczowej. W tym czasie nie padało wcale już od dobrych kilku tygodni. Ogień konsumował suchą trawę z zaskakującym wszystkich głodem, prędko i systematycznie chłonąc kolejne partie wzgórza i zbliżając się niebezpiecznie do rekolekcyjnego ośrodka przy naszym sanktuarium. Z okna domu obserwowałem nieudolną akcję gaszenia pożaru. Nic nie funkcjonowało dobrze a jeden bezradny helikopter z lat sześćdziesiątych tańczył nad zuchwałymi płomieniami, jątrząc dodatkowo ogień pojedynczymi splunięciami wody. Cały plan techniczny misji wziął w łeb. Gdy wyjeżdżałem po Amerykanów na lotnisko, zadzwonił do mnie biskup i wydał wyrok: instalacja elektryczna spalona, rury od wody przegrzane – straż zakazała komukolwiek podchodzić w pobliże wzgórza. Jadąc do Carrasco rozpaczliwie szukałem w głowie planu B. Nie wypalił, bo pobliskie koszary żołnierzy przeludnione były rezerwami ze stolicy, które ściągnięto do Minas jako posiłki przy gaszeniu pożaru. Pozostawał plan C – upchnąć nas wszystkich gdzieś na misji, wierząc, że trzy prysznice i cała ta stara konstrukcja dzielnie wytrzyma dwa tygodnie ewangelizacyjnej kampanii. Przez półtorej godziny drogi z Minas na lotnisko najzwyklejsi ludzie na świecie – od bogatych po biednych, sąsiedzi lub przyjaciele, parafianie i dotąd jeszcze nie ochrzczeni - dzwonili do mnie, oferując jedzenie, picie, koce i materace do spania na podłodze.
Dwa tygodnie pierwszego głoszenia w towarzystwie Focusa były dla mnie najlepszym jak dotąd czasem podczas misji. Rano odprawialiśmy razem medytację, jedliśmy śniadanie aby następnie, do południa odwiedzać ludzi w domach, zapraszając do życia wiarą. Trzeci świat jest ostatnim światem na tej ziemi i trzeba mieć tego świadomość. Wszystkie sentymentalne opowieści o urodzie ubóstwa są emocjonalną legendą, która ma podniecić znudzoną wyobraźnię mieszkańców z tej lepszej części świata. Ubóstwo jako skromność środków może być piękne, to fakt, ale większą część świata pokrywa dziś ubóstwo przeciętności – a ono zniechęca, obniża poziom życia, odczłowiecza, zabiera ludziom ich naturalne piękno i sprowadza rozumną inteligencję do cwaniackiej sprawności przeżycia w każdych warunkach i za wszelką cenę. Ostatecznie trzeci świat pozostawiony bez rozwiązań przeistacza się w formę zazdrosnej o wszystko kontrcywilizacji, która trwa z dnia na dzień, bez duchowej wizji ni perspektywy całości, dożywiając swój blady jak szkielet organizm różnymi formami depresji czy ideologii. I jeszcze te głodne, ślepe psy włóczące się po ulicach trzeciego świata, czasem zgrupowane w bandach z kłami przeciwko przechodniom. To zjawisko ciekawe lecz trudne, bo biedny człowiek nie idzie do pracy, nie ma co jeść, buntuje się, słuchając o Bogu lecz potrafi schronić w swoim podupadającym domostwie od kilka do kilkunastu nawet czworonogów. Wszystko to widzieliśmy w mieszkaniach pozostawionych na marginesie świata ludzi, którym dwa tygodnie pierwszy raz głosiliśmy Ewangelię.
Po obiedzie dzień nabierał kolorów. Godzina adoracji w ciszy, a potem przychodziły dzieci i młodzież, takie same jak na całym świecie – ufne i ciekawe życia. To dzieciaki z dzielnic zostawały z nami na codziennej Mszy Świętej i nie chciały wcale wracać do domu. Bo tak naprawdę nie miały domu. Wreszcie wieczorem, po kolacji był czas na podsumowanie dnia i osobiste świadectwa – jak to mówili Amerykanie: our high and low moments. Bardzo polubiłem tę chwilę misyjnego dnia i do dziś brakuje mi jej najbardziej. Słuchałem z wewnętrznym poruszeniem szczerych słów piętnastu młodych studentów z bogatych rodzin północnej części kontynentu, którzy jednoznacznie i bez egzaltacji w twarzach mieszkańców trzeciego świata odkrywali samych siebie z niedalekiej przeszłości. Czas misji minął nazbyt szybko. Równie szybko staliśmy się przyjaciółmi. Na chwilę przed odlotem studentów do Miami, tuż po odprawie, wyczekiwaliśmy wszyscy na lotnisku w Montevideo, zmęczeni, wzruszeni, szczęśliwi. Zmówiliśmy krótką modlitwę o dobrą podróż, pobłogosławiłem każdego z nich i powiedziałem szczerze: to był jak dotąd mój najlepszy czas na tej misji.
W znanym wszystkim spotkaniu Jezusa z bogatym człowiekiem wyczuwalna jest znaczna różnica perspektyw. Na początek trudno jest zrozumieć dwie rzeczy: dlaczego ewangeliści zdecydowali się utrwalić w swych tekstach opis rozmowy tak przelotnej i w zasadzie obarczonej porażką – człowiek ów odchodzi bowiem z pustym sercem od Pana (por. Mk 10, 22). Jezus w czasie trzyletniej misji - od Jordanu po Golgotę - musiał przecież doświadczać kilku takich spotkań na dzień. Po drugie, nieco tendencyjne wydaje się być tradycyjne interpretowanie biogramu owego człowieka w kluczu młodości – większość badaczy Pisma nazywa go przecież z uporem bogatym młodzieńcem. Z pewnością był człowiekiem zamożnym ale można przyjąć, iż w chwili spotkania z Chrystusem młode lata miał on już za sobą. Bogaty człowiek sam bowiem deklaruje wobec Jezusa, że Prawo Boże zachowywał od młodości wiernie aż do dziś (w. 20). Młodość więc uleciała – pozostało gorzkie i męczące teraz, z którym coś innego chciałby może zrobić. Świat ludzi bogatych ma swoje przywileje ale potrafi również niszczyć. Po czerwonych dywanach, w delikatnym świetle lampionów i z kieliszkami szampana w dłoniach, przechadzają się upiory. Jest to świat rywalizacji i walki. Trzeba nauczyć się przetrwać, akceptując niemiłe osobistej godności kompromisy. Chrystus przenika stan sumienia tego człowieka. To ciekawe, że Pan odwołuje się w rozmowie z bogaczem do Dekalogu, komentuje jednak tylko niektóre z przykazań: nie popełnisz morderstwa, nie dopuścisz się cudzołóstwa, nie będziesz kradł, nie złożysz kłamliwego zeznania, nie dokonasz grabieży, czcij swego ojca i matkę (w. 19). To nie są wcale wybrane ilustracje do dziesięciu przykazań. To rachunek sumienia, jaki Jezus robi bogaczowi, dotykając precyzyjnie tych punktów życia moralnego człowieka, w których nie był on już tak przyzwoity. Bogaty człowiek, pierwszy raz słysząc wyraźnie głos wybudzonego sumienia, broni się wobec prawdy, stan swojej wierności opisując zdystansowanym słowem: przestrzegałem (w. 20). W gruncie rzeczy nie znaczy ono wiele. Przestrzegać to przecież nie to samo, co identyfikować się, zintegrować światy, poświęcić karierę, popularność i twarz - czyli dać krew za wartości. Można przestrzegać zasad, za kotarą prywatności paląc Bogu kadzidło, a na wielkich estradach salonów podgrzewając diabłu ogarek.
Perspektywa Pana jest zasadniczo odmienna. Ewangelista Marek podkreśla w swojej opowieści wyjątkowość spojrzenia Jezusa. Ta chwila w istocie jest procesem: Chrystus spostrzegł bogatego człowieka, umiłował go z całym jego życiem i potem dopiero zaprosił (w. 21 a). Konstrukcja zdania sugeruje, iż Pan musiał patrzeć na bogacza długo, intensywnie. Z reguły spieszymy się od słowa do słowa, a Jezus w tej jednej chwili przygodnego spotkania gdzieś na drogach Judei, objął wzrokiem miłości całą historię życia bogatego człowieka – z jego narodzeniem i wysokim przywilejem społecznym, ze wstydliwą częścią upokarzających go kompromisów i z tą resztą godności, którą zdołał w sobie potajemnie schronić na przekór środowisku, modzie czy polityce. Dlaczego więc bogaty człowiek nie wytrzymał wzroku Jezusa i odszedł zasmucony? Decydującym momentem dramatycznego rozczarowania jest posłanie, które otrzymuje on od Pana: “idź, sprzedaj to, co posiadasz i rozdaj wszystko ubogim...” (w. 21 b). Jezus nie akceptuje uroków pobożnego idealizmu. Pragnie posłać bogatego człowieka na powrót do świata, z którego on tak bardzo starał się wyskoczyć. Bo w perspektywie Chrystusa ubodzy to również ci bogacze, sąsiedzi, maklerzy, koledzy z kursu języka obcego, z którymi tyle lat rozmówca Pana grał w golfa i o których teraz nagle pragnie jak najszybciej zapomnieć. Bogaty człowiek ma wrócić właśnie do nich. Chrystus chce, by tu i teraz wyrzekł się ducha przeciętnej asekuracji, by wyłożył karty na stół, przyznał się, ujawnił swoje prawdziwe wartości, składając tym samym świadectwo wiary w świecie, do którego nie przypadkiem został zaproszony. Dałby jednocześnie tym biedakom szansę nawrócenia. Tego właśnie bogacz nie wytrzymał. Wydaje się, że dopiero Francisco Bernardone, kilka wieków później, całkiem nagi na rynku w Asyżu, zgodził się przyjąć za swoją perspektywę Jezusa Chrystusa.
Ronina upaja się czasem drugiej młodości. Ten spokojny krok, którym niespiesznie przemierza dystans do pracy, z pracy czy w czasie spaceru. Ten harmonijny ton mowy bez irytacji, który pozwala mu snuć codzienną rozmowę ze starszą panią w sklepie tak jak i z natrętnym sąsiadem, pchającym pod nos ronina listę podpisów z poparciem dla burmistrza. Te stateczne przypływy radości, z jaką jednakowo przekłada kolejną stronę ulubionej lektury i przeczesuje jesienny wiatr w siwych włosach. Drugą młodością ronin nazywa tę część życia, kiedy po wielu bolesnych doświadczeniach zdołał wreszcie dać rzeczywistości racjonalną, adekwatną i kompletną definicję. Idealiści to tchórze, którzy dla pozorów cedzą wielkie słowa. Realiści to ludzie wstrzemięźliwej odpowiedzialności. Poniekąd o tym wspomina też genialna, chińska pisarka Jung Chang w swojej fenomenalnej epopei Dzikie Łabędzie z roku 1991. To opowieść o konsekwencjach społecznych rewolucji kulturowej okrutnego maoizmu i o gwałtownych, bolesnych przemianach społecznych w Chinach dwudziestego wieku. Pisarka mówi: “Podsumowując dwadzieścia sześć lat mojego dotychczasowego życia stwierdziłam, że doświadczałam zarówno wyróżnień jak i odrzucenia. Byłam świadkiem odwagi i strachu. Poznałam tak samo dobro i lojalność jak i głębię ludzkiego okrucieństwa. Otoczona przez cierpienie, śmierć i opuszczenie, podziwiałam nade wszystko niezniszczalną zdolność człowieka do przeżycia tego wszystkiego i ponownego poszukiwania szczęścia”.


środa, 23 maja 2018

KODEKS RONINA

(18) Ronin ma prawo do miłości

Marzenie jest jak mgła gdzieś tam nad doliną. Otwierają się oczy i widać tylko szczyty gór, do których nie ma żadnego dostępu. Nagle góra oddycha wiatrem i w jednej chwili nie ma mgły lecz podnosi się ta ścieżka, po której trzeba wspinać się na szczyt i są kamienie, na których trzeba mocno wspierać konsekwentne kroki. Marzenia przeszkadzają w kochaniu. Bo miłość jest w istocie rewolucją. Gryzie rzeczywistość. Dopełnia się przez to, co realne. Miłość ludzka jeszcze nie narodzi się, a już stroni od utopii, mrzonek i snów – obłapianie odmętów wyobraźni nie pozwala kochać. Kłopot właśnie z tym, co jest poprawnym porządkiem miłości? Wielu - w momencie emocjonalnej pasji lub zakochania - bierze za coś drugorzędnego rozeznanie: od czego miłość wychodzi i ku czemu tak naprawdę zmierza? A zasada jest prosta. Jeśli u podstaw uczucia kładzie się słówka, pocałunki, pasje i obściski, podnieta co najwyżej dosięgnie pożądania. Gdy zaś fundamentem relacji będzie rzeczywistość, przyszłość, wierne postępowanie, przyjaźń i praca, uczucie przetrawi glebę świata. Przyjdzie też czułość lecz przedstawi się wówczas jako naturalna konsekwencja wespół obcowania - bez wymuszeń i bez braku dyskrecji. To dlatego ludzie konsekwentni w czynach przez miłość zmieniają świat.
Kiedy mocno spóźniony i poirytowany moją nieporadnością przy wymienianie autobusów na tramwaje, a przejść dla pieszych na kolejne stacje metra, dobiegłem wreszcie pod literkę M jak Metro Politechnika, Radek od dłuższego czasu był na wyznaczonym miejscu i czekał. Niezłomność oczekiwania zmierzyłem natychmiast intensywnością odmrożonej skóry na nosie i wargach przyjaciela. Musiał sterczeć tu ponad godzinę, selekcjonując badawczym wzrokiem wypadający chaotycznie z bramek metra tłum. I niech nikt nie pomyśli nawet, że na powitanie otrzymałem całą serię pełnych goryczy pytań z racji: gdzieś ty był tyle czasu? Nie widzieliśmy się ponad rok. Powitanie było krótkie i serdeczne. Wyjaśniłem motywy mojej bezradności. Usłyszałem oczywisty komentarz: Warszawa, po czym jadąc już w ciepłym aucie Radka w stronę Karczewa mogłem zamienić się w słuch. Radek ma nowe stanowisko w pracy. Rozpoczęli kolejny rok małżeńskiego życia z Patrycją. Brakuje mu czasu i częstszych wizyt w domu rodzinnym, w Przasnyszu. Stasiu – ich starszy syn, to arystokrata życia. Marysia za to bardziej stonowana, spokojna. Nie wiedzą tylko póki co, jak nauczyć Marysię i Stasia udziału w Mszy Świętej. Chodzą więc na zmianę do kościoła, a pragnęliby razem. Patrycję, która z radością otworzyła nam drzwi ich domu w Karczewie, znałem nie pamiętam od ilu już lat i byłem świadkiem tego, jak przechodziła wszystkie etapy życia: od młodej dziewczyny, śpiewającej psalmy na liturgiach, przez studentkę, żonę i mamę, aż do wytrawnej pani profesor od literatury. Patrycja dziś czyta książki nocą, gdy dzieciaki śpią. Radek i Patrycja to jedni z nielicznych ludzi, którzy zdecydowanie zagospodarowywują swoje miejsce w życiu i może nawet nie zdają sobie sprawy, że zmieniają tym świat. Godziny naszego spotkania płynęły zbyt szybko. Wychodziłem na przystanek gdy było już ciemno, więc Patrycja chciała towarzyszyć mi jeszcze kilka kroków. Wiedzieliśmy, że kolejny raz przyjdzie nam rozmawiać może za parę lat. Zanim nadjechał autobus, bez zbędnych sentymentów, omówiliśmy jeszcze szereg najważniejszych spraw i punktów chrześcijańskiego życia wewnętrznego.
Logika wiary pozostaje współcześnie dla wielu odległą wyspą bez latarni. Jedną z istotnych różnic w myśleniu jest też kwestia sporu o sens miłości. Otoczeni jedyną do przyjęcia interpretacją współczesnego świata zgadzamy się już dla świętego spokoju myśleć, że miłość to w istocie potańcówka, chamskie wsuwanie ręki pod sukienkę, narkotyk lub brzydki oddech pod płotem o północy – nic więcej. Dlatego Jezus, wykładając słuchaczom swój długi dyskurs w piętnastym rozdziale ewangelii Jana, dopuszcza się rzeczy współcześnie skandalicznej. Przedstawia miłość w świetle prawa i uwierzytelnia ludzkie uczucie przez kryterium przykazania. Chrystus Pan jest w swym rozumieniu miłości zupełnie kontrkulturowy, gdy mówi: “To jest bowiem moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, jak Ja was umiłowałem. Nie ma większej miłości nad tę, gdy ktoś poświęca swoje życie za przyjaciół. Wy jesteście moimi przyjaciółmi, jeśli spełniacie wszystko, co wam polecam” (J 15, 12 – 14). Przecież miłość dziś musi być wiatrem schwytanym we włosach, seksualną chimerą lub niedokończonym tajemniczo poematem, romantycznym kiczem, który będzie przeklinał klarowność definicji, bezprawnie skandowanej w przykazaniu.
Trzeba przede wszystkim zrozumieć, czym jest prawo w rozumieniu wiary? Gdyby bowiem Jezus zmuszał nas, aby miłość uwiązać do dekretu, którego autor upiera się, by jechać z taką a nie inną prędkością, podbijać dokumenty przed upływem czasu ich ważności, przysięgać na wszystkie konstytucje narodów lub przekraczać jezdnię po pasach, mielibyśmy rację, podejrzewając słowo Pana o gruby, apokryficzny blef. Prawo stanowione w ramach ludzkiej cywilizacji jest mniej lub bardziej pożytecznym paragrafem. W świecie wiary tymczasem przykazanie określa się mianem prawa naturalnego. Jest więc ono nie tyle konieczną regułą sprawnie koordynującą życie jednostek w stadzie, co niezbywalną zasadą, która pozwala człowiekowi być autentycznie sobą. Zapewne dlatego w Piśmie Świętym jest wspomniane, że fundament prawa to jednocześnie serce objawienia i nie dochodzi tu do żadnej kolizji między literą a duchem. Kochać autentycznie to pozostawać w samym sercu prawa naturalnego, gdy ten, kto przyjmuje i deklaruje uczucie, zgadza się do końca na to, kim jest. Prawdziwa miłość jest uporządkowana. Chaos przeczy miłości. Na próżno ojciec mówiłby swemu dziecku: kocham cię, odchodząc daleko i depcząc tym samym wierne i słodkie jarzmo powołania. Nie może myśleć o miłości ojczyzny zdrajca. I nie kocha Boga mnich, przeciw któremu cisza krzyczy. Tym samym miłość nie zależy od sentymentu. Człowiek ma prawo do miłości.
      W roku 2013 ronin wybrał się na premierę filmu “Ida”. Przed wygaszeniem świateł szanowny pan w oficjalnym garniturze przemawiał długo, dedykując emfatyczną laudację Pawłowi Pawlikowskiemu. Reżyser podniósł się z krzesła tylko na chwilę, niezręcznie sygnalizując, że przecież nie spodziewał się wizyty kogoś z ministerstwa. Na koniec odsłonięto blade oko ekranu. Recepcję produkcji u ludzi na widowni ronin przewidział już wcześniej – jedni ziewali znudzeni, drudzy w podnieceniu chłonęli każde przesłanie celuloidowego moralitetu. Sam ronin wysiedział na swym krześle prawie do końca projekcji. Nie wytrzymał jednak sceny, w której młody chłopak prosi Idę: pojedziemy nad morze, a ona mówi – po co? Potem kupimy sobie psa. Po co? Założymy dom, będziemy mieli dzieci – ale po co? W tym momencie ronin podniósł się z miejsca. Zaczął brnąć w stronę zaćmionego światła nad drzwiami, potrącając co chwila rozciągnięte nogi ludzi z kolczykami w nosach, ubranych w za szerokie koszule i spodnie opuszczone po kolana, palących skręty na widowni i spluwających pokątnie. Chrześcijański ronin wyszedł z kina. Ida zabrała walizkę i z goryczą wróciła do klasztoru.


poniedziałek, 30 kwietnia 2018

KODEKS RONINA


(17) Ronin znalazł klucze do Królestwa

Prawdziwa przyjaźń, choćby raz tylko spotkana w życiu i odłożona na potem z powodu odległości, osobistych wyborów, zajęć czy różnicy doświadczeń, nie pozostawia człowieka nigdy takim samym jak przedtem. Przyjęte i okazane zaufanie, które jest przecież istotą przyjaźni, podsyca niezaspokojony już niczym potem głód. Poszukiwanie przeżytego raz dowartościowania staje się sensem i otwiera, daje odwagę do stawiania światu zuchwałych pytań, podnosi głowę znad piasku i nie pozwala na powrót oczu wbić w bruk. Kto jest przyjacielem drugiego, jest z zasady wrogiem ignorancji. Zawsze będę pamiętał tę chwilę, kiedy ojciec Marek Sokołowski, jezuita, podsumowując lata naszej współpracy nad mistyką Newmana, położył mi rękę na ramieniu i powiedział: dzięki za tę transoceaniczną przyjaźń. Bo studium poświęcone duchowej doktrynie angielskiego konwertyty przeprowadziliśmy rozdzieleni w tym czasie przez wielką wodę. To nie była nawet nobilitacja. Nie o to chodzi – choć usłyszeć podobne słowa od własnego profesora, znaczyło więcej niż wyróżnienie po dobrze zdanym egzaminie. Ale ojciec Marek miał to coś. Zamiast profesjonalnie, na chłodno oferować studentom warsztat promotora, ujmował osobistą kulturą bycia, mowy i myślenia. Profesor ryzykował relację. Do dziś pamiętam pierwsze wykłady z mistyki ignacjańskiej, jakie ojciec Sokołowski dawał na Bielanach. Zawsze przychodził punktualnie lecz studentom, według właściwej sobie maniery, nie starczało nigdy przerwy na złapanie drugiego oddechu. Bywało więc, że profesor rozpoczynał dyskurs w obecności połowy audytorium. Po trzech minutach, po pięciu i tak dalej, ciągle ktoś dochodził, przepraszał, potrącał ławki, szurał krzesłami. I choć to niewiarygodne, ojciec Marek za każdym razem podnosił się zza katedry, wskazywał cierpliwie wolne miejsca na sali i streszczał spóźnialskim to, co omówił już wcześniej w trakcie rozpoczętego wykładu. Miał nie tyle tytuł, co klasę profesora. Bardzo łatwo jest przecież zmiażdżyć ignoranta ciężarem autorytetu. Dużo trudniej jest udzielić maluczkim - bez autodemonstracji i stopniowo – czegoś ważnego z własnej wielkości. Pewnie dlatego każde ze spotkań z profesorem uskrzydlało, podnosiło, umacniało – więcej jakości niosłem potem w sobie.
Jednym z dowodów świadczących, iż osoba ludzka pochodzi od Boga jest to, że w każdym czasie i w każdym miejscu, niezależnie od stanu fizycznego, psychicznego czy duchowego, tryskając zdrowiem lub cierpiąc latami na wózku inwalidzkim, człowiek zdolny jest się rozwijać. Nie istnieje po prostu nic, co mogłoby ludziom przeszkodzić w postępie wewnętrznym. Progres jest nieodzownym elementem wszystkich lat człowieka. Jest to idealny refleks tej samej cechy, która oświeca dyskretnie wielkie misterium wewnętrznego istnienia Boga. On jest Stwórcą zawsze, nie przestaje stwarzać nigdy. Dlatego z kolei regres, zaniechanie rozwoju, rebelia cierpienia lub gorycz starości, która wygodne otumanienie usprawiedliwia sloganami w stylu: mój pociąg już dawno odjechał – rozeznać trzeba jako przeciwne ludzkiej naturze. Człowiek stworzony jest tak, by postępować zawsze wzwyż i do przodu, nigdy wstecz, nigdy w dół.
Mowa Piotra apostoła, który jako coś więcej niż psychiczny wstrząs przeżył moment zmartwychwstania, w gruncie rzeczy i w pewnym aspekcie, ujawnia jego nową zuchwałość w myśleniu. Niedawny jeszcze rybak staje przed pewnymi swej wiedzy Żydami, aby wykrzyczeć im: jesteście ignorantami! Piotr nie jest w tym momencie hardy. To, co robi, nie jest wadą. Apostoł widział prawdę w jej kompletnej postaci i w świetle tego wydarzenia, religijne konstrukcje faryzeuszów przypominają szkielety świątyń opuszczone przez mnichów, żałobne ołtarze bez ofiary, gardziele niepoświęconych grobów bez dymu kadzideł. Wszystkie więc dosadne zwroty z dyskursu Piotra definiują czym jest duchowa gnuśność: jest zaparciem się świętości i sprawiedliwości, jest wypraszaniem łaski dla zbrodni, jest przeciwko życiu, jest działaniem w nieświadomości, czyli jest ignorancją – najgłębszym z wewnętrznych upadków człowieka! (por. Dz 3, 14 – 17)
Biblijna ignorancja jest stanem zawinionym, wybranym i długotrwałym. Może mieć sens intelektualny, moralny, duchowy lub kulturowy - czyli społeczny. Przez to jest gorsza od grzechu, który dotyka człowieka jedynie jako konsekwencja słabości. Nie ma też nic wspólnego z prostotą, brakiem wiedzy czy niedostatkiem oświecenia. Ignorancja w Piśmie Świętym to upór przeciwko prawdzie, podyktowany którymś z następujących motywów: bo tak jest wygodniej, bo nikomu nie trzeba się sprzeciwiać, bo nie muszę iść pod prąd, bo trudno jest ścierpieć krytykę, bo łatwiej jest wyprzeć coś z siebie niż to korygować, bo jestem skreślony, gdy megafony tego świata okrzykną mnie świrem lub fundamentalistą. Ignorancja ma swoje przyczyny, przebieg oraz konsekwencje. Przyczynami są zazwyczaj przeciętność, bezmyślność, komfort lub dowolnie przyjęty kompromis. Przebieg podobny jest do stopniowego zapadania się osobowości w głąb człowieka, aż do zaniku inteligencji, refleksji oraz rozeznania. Ignorant z dnia na dzień coraz bardziej zadowala się populizmem i rozrywką, które do spółki razem warunkują znacząco jego decyzje i wybory. Wreszcie konsekwencja jest jedna – człowiek zgadza się być manipulowanym i nie ma sił by to zmienić. Prawem apostoła by mówić tak radykalnie jest historyczny fakt, że Chrystus – jeszcze tego samego dnia, w którym zmartwychwstał – oświecił umysły świadków, czyli przemógł w nich stan przeciwnej odkupionej naturze tępoty, ciemnoty, wreszcie ignorancji (por. Łk 24, 45).
Jedną z najbardziej frapujących zagadek współczesnego katolicyzmu jest dość powszechny już proceder, w wyniku którego najbardziej inteligentni, wykształceni i oświeceni członkowie Kościoła, z rozmachem wypierają się pierwszych miejsc na rzecz ubóstwa i slumsu. Jaki bowiem impuls poruszył Alberta Chmielowskiego, aby podeptać karierę genialnego malarza i zejść do ogrzewalni lub Matkę Teresę z Kalkuty, by zostawić wychowawczą pracę w kolegiach dla bogatych i żyć na indyjskiej ulicy? Albo co dotknęło inteligentnego wykładowcę i psychologa Benedicta Groeschela z południowego Bronxu, który wpoił w swych braci konieczność ponownej odnowy franciszkanizmu? Gdy ronin poznaje ich życie, podobnie zuchwały dreszcz oświecenia przeszywa jego wrażliwą duszę. Ronin doszedł przez wierność mądrości do progu tego samego w swej cenie wyboru i wie, że stał się niewygodny. Są takie gabinety i kręgi, do których nie zostanie nigdy zaproszony. Upływał czas, przemijało życie i w pewnej chwili ronin zdał sobie sprawę, że nabyta mądrość może być przeszkodą do awansu. Musiał wtedy wybrać: pozostaję mądrym roninem i nie mieszczę się albo staram się zmieścić, skrywając światło mądrości do podziemia i grając przed oczyma zazdrosnych kombinatorów. W przypadku drugiego z możliwych scenariuszy siostrą ronina stałaby się ignorancja. Co prawda, jeszcze chwilę łudził się, że może jednak ktoś tę mądrość odpowiednio wyceni i stosownie zużytkuje. Gdy przestał się łudzić, został mnichem: człowiekiem kompletnym, ubogim, płóciennym trzosem, bryłą całkowitą, milczeniem nieśpiesznym w słowach – i wówczas zmieścił się w życiu. Mnich ronin szybko wyszedł ze zdumienia – wszak salon nie zdał sobie sprawy z pożytków jego mądrości! Nie znaczyło to jednak, że nikt jej nie potrzebuje. Odesłany na margines, bez oklasków, dywanów, bez kamer, znalazł się wśród ludzi biednych, o których planach i celach świat nie chce nawet słuchać. Ubodzy i prości nie dysponują niczym, mają jednak pragnienie mądrości. Syci i wpływowi dla odmiany dysponują wszystkim, są jednak nadzwyczajnie głupi. Ronin żyje więc z daleka. Swoim zwyczajem, po jakimś czasie, powraca znów i znów do wzruszającej lektury książki Archibalda Josepha Cronina pod tytułem Klucze królestwa.



środa, 18 kwietnia 2018

KODEKS RONINA

(16) Wielka cisza ronina

Intymność to cnota wyparta z wyobraźni współczesności. Myślę o powszechnym dość i bezwiednym w większości przypadków odruchu z cyklu facebook-story: wszystko co ludzkie wieszam na ekranie. Smutek po zgonie cioci z Konstancina, narodziny kociaków z kocicy, nowe zęby po wizycie u stomatologa i łańcuszek wsparcia dla koleżanki po przeszczepie biustu. Ów nudyzm emocjonalny ma za zadanie podporządkować absolutną prawdę egzystencji dowolnej fabule istnienia. Będą czytać moje donosy, wierząc, że jestem tym, kim nie jestem. Wspominam o tym z obawą, by nie wstąpić przypadkiem do kręgu celebrytów - nudystów. Zmuszony zostałem bowiem do napisania ze szczerością słów, które zrobią łatwą karierę na wszystkich estradach wirtualnej autoodsłony: miałem kryzys! Przed laty, w samym epicentrum formacji, na przejściu między filozofią a teologią, świat prawd chrześcijańskiej wiary przestał mi się łączyć w jakąś wyczekiwaną całość logicznej układanki. Filozofię studiowałem z zapałem. Bóg ujawniał się w prawdzie. Rozumiałem i wiedziałem, co z czego pochodzi. Przejście po dwóch latach od filozofii do teologii systematycznej - nawet nie wiem: dlaczego? - skończyło się dla mnie wstrząsem, tumanem intelektu i mgłą. Rozważałem po cichu przed wszystkimi dokończyć trzeci rok w seminarium i pójść sobie w świat. Wszedłem w kryzys!
Wtedy właśnie stosowni formatorzy zaprosili biskupa Edwarda Dajczaka w roli kaznodziei na kilka dni wielkopostnych rekolekcji w seminarium. Ten biskup był jakiś inny. Gdy o poranku przed jutrznią wchodziłem do kaplicy, on już tam klęczał w skupieniu. Uczył nas modlitwy nie tyle katechezą, co osobistym jej doświadczeniem. Gdy głosił nauki, patrzył przenikliwie gdzieś poza horyzont. Żył w nim pelikan Bożego Słowa. Autentyczne piękno przepowiadania wyszarpywał sobie spod serca. Zmagał się bardziej za nas, niż z nami. Wszystko to, co obserwowałem, oswoiło mnie do tego stopnia, że trzeciego dnia rekolekcji, na chwilę przed finiszem, poprosiłem biskupa o rozmowę. Mistyk ambony wielkich lotów okazał się bliskim, cierpliwym rozmówcą. Odsłuchał ze mnie wszystko. Było czymś oczywistym i dla mnie i dla niego, że w pierwszym i ostatnim, bo przecież przelotnym kontakcie, nie wolno udzielić kategorycznych odpowiedzi. Biskup Edward starał się po mistrzowsku rozszerzyć horyzont problemu, pomóc mi odejść od ściany, zobaczyć świat poza linią kryzysu. Dzielił się też otwarcie własnym życiem.
W trakcie formacji w seminarium – mówił – wszystko było rytmiczne i odmierzone. Miałem swój schemat, łatwo było pilnować modlitwy, a treść medytacji z reguły ktoś podpowiadał. Natychmiast po wtargnięciu w pracę duszpasterską, utraciłem równowagę działania i skupienia. Zajęć było za dużo. Zresztą każdą aktywność duszpasterską przeżywałem z właściwą początkom radością kapłańskich pierwocin. Ale modlitwę zaniedbałem. Pewnej soboty – kontynuował swoje świadectwo biskup – jak zwykle starałem się przygotować kazanie dla parafian na niedzielę. Otworzyłem Biblię z czytaniami, wziąłem papier do ręki i długopis. W między czasie zadzwonił telefon, a palcem lewej ręki włączyłem telewizor, nasłuchując wydarzeń z kraju. Coś pisałem. Nagle całe moje wnętrze przeszył nieznany dotąd ból: ja nie słyszę Boga!
Obserwując współczesny świat, można stwierdzić, że cała cywilizacja dziś słucha czegoś aż do przemilczenia kogoś. Jesteś w metrze, autobusie czy tramwaju i widzisz, jak ludzie mają słuchawki na uszach, gumę w ustach a szklaną watę w oczach. Nie próbuj ich rozproszyć, podpytać, zaczepić. Wyciągnięta ręka zagubi się na szlakach światłowodów, umrze z głodu w gardłach wirtualnych sieci, zagubi położenie na mapie politycznych plotek czy oślepnie do reszty w kinetoskopach kabaretów. Trzeba więc dla przyzwoitości podkreślić znaczącą różnicę między nawykiem słuchania u współczesnych a odwiecznym słuchem wiary. Metodą świata jest zewnętrzna intensyfikacja dźwięku. Chodzi ostatecznie o to, by coś usłyszeć. Duch wiary podkreśla natomiast konieczność nabycia wewnętrznej umiejętności wyciszenia. Trzeba zdobyć się na odwagę życia w ciszy, by słuchać.
Taka dychotomia słyszenia i słuchania zdradza również dwuwarstwową istotę problemu. Po pierwsze - to, że dźwięk narasta, wibruje i wypełnia sobą całą przestrzeń wokół, powoduje niedosłuch jako wewnętrzną wadę w człowieku. Ten właśnie – rozproszony kakofonią odgłosów - traci poprawną orientację duchowego słuchu. I wprost przeciwnie. Zapadająca w zewnętrzną przestrzeń cisza, potęguję zdolność zasłuchania. W duchowym znaczeniu słuchać nie tyle znaczy absorbować chaotycznie dźwięki, co myśleć, modlić się, rozróżniać, kontemplować, rachować sumienie i dokonywać wyborów. W konsekwencji intensywna kumulacja dźwięków ogranicza twórczość człowieka do płytkiej możliwości interpretowania tego, co słyszy. Natomiast umiłowanie ciszy wyzwala w nim właściwą ludzkiej osobie, pełną kreatywność, która polega na świadomym, wolnym i zorganizowanym prowadzeniu linii życia. Po drugie – uzależnienie od zewnętrznego komentarza bądź też akceptacja statusu ciszy, istotnie decyduje o tym, gdzie znajduje się centrum dowodzenia człowiekiem. Jeśli zostanie on zaintubowany kompulsywnie przez całą gamę agresywnych dźwięków, będzie decydować o nim polityka, biznes, moda lub rozrywka. Gdy potrafi zwrócić się w ciszy do samego siebie, w sobie też wcześniej czy później – przez sumienie, rozum i serce – znajdzie niezawodne miejsce podejmowania decyzji codziennych, przełomowych, trudnych a nawet heroicznych. Dla nikogo nie jest bez znaczenia, co nim rządzi? Z tego właśnie powodu odciski po słuchawkach na uszach oznaczają depresję, a pogłębiony wyraz oczu – niezależność.
Dla wielu Paweł z Tarsu przypomina aktywistę. Jest nieustannie w ruchu. Ma niespokojne wnętrze, gwałtowny, prowokuje do zmiany mentalności. Gaduła wzniecający wokół siebie wiele hałasu. Paweł przebiegł połowę świata, zakładał nieskończoną liczbę wspólnot, mieszał się do areopagów. Napominał, motywował lub karcił – ideał dla współczesnego ewangelizatora. Najczęściej więc dziś przytaczanym przez wszystkich zdaniem z listów pawłowych jest słynna lamentacja apostolska, która w Słowie Bożym zapowiada w szerokim sensie apokaliptyczne podsumowanie historii: “Biada mi bowiem, gdybym nie głosił Ewangelii!” (1 Kor 9, 16c). Niewielu jednak zwraca uwagę na to, że szesnasty werset dziewiątego rozdziału pierwszego listu do chrześcijan w Koryncie, jest złożony z trzech równoważnych części. Jedna nie jest zasadna bez drugiej. Ruch, dźwięk i aktywny radykalizm ostatniego zdania, to dla Pawła z Tarsu konsekwencja osobistego, niepowtarzalnego przeżycia duchowego, jakie opisuje on w częściach a i b, wyznając: “Nie jest dla mnie powodem do chluby to, że głoszę Ewangelię. Świadom jestem ciążącego na mnie obowiązku”. W podstawowej decyzji formującej styl życia Apostoła Narodów, trzeba odczuć ponad wszystko wewnętrzny ciężar sumienia, oświeconego rozumu i zdobytego przez Boga serca, które pozwala Pawłowi znaleźć siebie nieskończenie wolnym wobec aktualnych uwarunkowań kultury, polityki i propagandy. To właśnie nazywa on świadomością ucznia. A kiedy jej dosięgnął? Oślepiony pod Damaszkiem. Sparaliżowany słowami Jezusa. Nieco ośmieszony w swej pozie - przecież nic nie widzieli jadący obok niego żołnierze! Słyszeli coś, czego nie byli w stanie słuchać! (por. Dz 9,7). Miesiącami potem czekał na Barnabę, który zaprosił go hojnie do chrześcijańskiej rodziny w Rzymie. Odosobnienie i oczekiwanie są niezbędnymi elementami, których potrzebuje człowiek by słuchać, czyli rozeznawać i rozumieć. Tym samym Paweł z Tarsu nie jest uwiedzionym zewnętrzną aktywnością administratorem pierwotnego Kościoła. Jest za to wsłuchanym w przekaz Słowa i wpatrzonym w światło łaski kontemplatykiem. Tylko tutaj odkryć można źródło nadzwyczajnej skuteczności jego życia i totalne centrum dowodzenia jego apostolskiej misji.
Doświadczony ronin rozumie dziś życie. Dane mu było przechodzić wszystkimi ścieżkami spotkań, rozstań i wypadków. Zna dni chaosu, głośnej muzyki i pazernej propagandy megafonów. Pamięta jeszcze noce, podczas których nie gasił nocnej lampki. Potrzebował światła dla przytłumienia strachu. Spod półprzymkniętych o północy powiek śledził lot ćmy, mozolnie sunącej w stronę elektrycznej poświaty. Motylicę i szpilkę brał za jedyną, prawdziwą relację. Ronin latami gniewał się na siebie, by obrażać następnie innych, na próżno szukając spełnienie w zupełnym wyzuciu się z przyzwoitości. Pewnego ranka znaleziono go nagiego na plaży, z zaschniętymi od soli wargami, bez ubrania i portfela. W tamtej chwili pierwszy raz od lat wyszeptał ze wstydem: to już nie jest życie, tak dalej być nie może! Ale nawet do Boga powracał z krzykiem. Oskarżał siebie bez litości, siłą okrutnego ascetyzmu nadrabiając roztrwonione lata. Nie chodził do kina, chłostał wzrokiem całujących się na ulicy nastolatków, obiegał wszystkich egzorcystów świata, codziennie recytując psalmy i stare modlitwy z wydanego przed wiekami, łacińskiego śpiewnika. Pokochała go takim najmłodsza siostrzenica proboszcza. Stary kapłan katolicki słuchał ronina uważnie, z delikatną mądrością oddzielając łaskę od egzaltacji. Kiedy pierwszy raz po latach przyjmował Komunię Świętą, nadeszła burza i w mazurskiej wiosce wyłączono prąd. Drewniany kościółek nad brzegiem jeziora zatonął w wieczornym milczeniu, podobny do starego organisty, co przespał kazanie i zapomniał grać swoje pieśni, podpierając z chóru brodę na dłoni. Dziś wewnętrzna cisza stanowi centrum dowodzenia chrześcijańskiego ronina. Cisza sumienia, które odróżnia prawdę od fałszu. Cisza woli bez zawahania. Cisza rozumu odważnego w myśleniu. Cisza serca pewnego swej miłości. Jak do tego doszedł? Stało się tak, gdy ronin przestał ciskać z krzykiem twarde słowa przeciwko światu i zgodził się zwrócić Słowo Boga w milczeniu przeciwko sobie.


czwartek, 1 lutego 2018

KODEKS RONINA

(15) Kotwica ronina i zasada kopernikańska

Najsilniejszymi mocarzami, którzy sprawnych w gębie ideologów powalają bez widowiska, krzyku czy propagandy, są ludzie przeciętnej postury, mrukliwi stratedzy i mali rycerze z legend. Taki nie łamie podkowy w ręku i nie śpieszno mu do bitki na gminnych potańcówkach, ale kiedy już sprowokuje go życie do zaciśnięcia pięści, marnie kończy ten, kto niepozornemu gigantowi chce zakroczyć drogę. Zawsze miałem wrażenie, iż tak bez hałasu a skutecznie, o najważniejsze rzeczy na świecie walczył Paweł Milcarek. Właściwie nie wiem, czy możemy nazywać się przyjaciółmi? Chronicznie ogołoceni – pan Paweł i ja - z chwil wolnego czasu dla siebie, rwaliśmy na wszelkie sposoby konieczne do wspólnego myślenia i modlitwy momenty. Stwierdzę trochę z przekąsem, że najwięcej wolnej przestrzeni dla wymiany poglądów mieliśmy gdzieś w podróży. Jeśli przywołuję nazwisko Paweł Milcarek, to zawsze pojawia się w mojej pamięci człowiek w warszawskim metrze, owinięty w zimowy szal na kolei w Kutnie, wybiegający szybkim krokiem z Dworca Centralnego, z plecakiem na prawym ramieniu, witający się serdecznie, by natychmiast porwać mnie do wspólnego korowodu na spotkanie w radiu, wydziale czy innym wydawnictwie. Przemierzaliśmy wiecznie spóźnieni serpentyny ruchomych schodów, zmyte deszczem chodniki i szklane windy, właśnie wtedy najgłębiej dyskutując o tradycji, Newmanie, sumieniu i liturgii. Pan Paweł wyglądał jak przeciętni Warszawiacy wokół – z wełnianą czapką nasuniętą na wysokość okrągłych okularów – ale mówił jak nieprzeciętnej klasy filozof, pisarz, analityk. Mylę się – w Pawle Milcarku, młodym niegdyś harcerzu, potem głowie wielodzietnej rodziny, katoliku świeckim i założycielu ambitnego czasopisma, zawsze odzywał się mnich.
Tamtej zimy po spotkaniu w Płocku odwoziłem Milcarka aż do Kutna. Dany nam był tym razem rzadki luksus godzinnej, swobodnej rozmowy. Już na samym dworcu, jakby sumując to wszystko, pan Paweł jeszcze przed wejściem na peron, odwrócił się i powtórzył po swojemu, z naciskiem: proszę księdza, suaviter sed fortiter...tak trzeba! Skąd ci skromni ludzie mają tak niezwykłą siłę? Pamiętam jeszcze, jak późnym wieczorem gdzieś w styczniu, podróżując z Warszawy do swoich, przejechałem przez urokliwy Brwinów, by dostarczyć jakiś tekst do redakcji. Milcarków w niezliczonej ilości zastałem na modlitwie w ich domu. Nieco speszony sytuacją i moim natręctwem nie w porę, chciałem tylko zostawić papiery, podpisać co konieczne, pozdrowić noworocznie i wycofać się dyskretnie. Pan Paweł poprosił mnie tuż przed drzwiami o błogosławieństwo. Z ochotą podniosłem prawą rękę, gdy wszyscy obecni tam – od dzieci po dziadków – klęknęli z powagą i wiarą, kreśląc znak krzyża na czołach.
W pobieżnym czytaniu dwóch monumentalnych pism doby wczesnego chrześcijaństwa – przynależącego do porządku objawienia Listu do Hebrajczyków oraz należącego do porządku patrystyki Listu do Diogneta – można popaść w płytką i pozorną sprzeczność, cechującą z reguły przejściowy zapał natchnionych chwilą lektorów. Anonimowy chrześcijanin z drugiego wieku wyjaśnia swemu przyjacielowi, nieochrzczonemu Grekowi, tajemnicę wiary, umieszczając chrześcijaństwo śmiało w zmiennym kontekście kultury, polityki czy społeczeństwa. Jest to bez wątpienia koncepcja religii otwartej na różnorodność. Jeśli Diognet zostanie chrześcijaninem, tlenem jego wiary będzie świat i zmienna egzystencja człowieka, cała ta rzeczywistość tętniąca wielobarwnym rytmem, tańcem, reformą, karnawałem. Zastanawia więc siłą rzeczy, że z kolei w szóstym rozdziale Listu do Hebrajczyków, autor nowotestamentowego pisma zdobywa się na jednoznaczne przywołanie znaku kotwicy – stałości pośród rozszalałych fal, oporu wobec przypadkowego losu, fundamentu, portu, kawałka stali podobnego skale, którego nie przesuną ruchome piaski czasu, wytrwałego podtrzymania kierunku wobec kaprysów namiętnego wiatru – mówiąc z żelazną pewnością ducha: “Dlatego Bóg, pragnąc okazać ponad wszelką miarę dziedzicom obietnicy niezmienność swego postanowienia, wzmocnił je przysięgą, abyśmy przez dwie rzeczy niezmienne, co do których niemożliwe jest, by skłamał Bóg, mieli trwałą pociechę, my, którzyśmy się uciekli do uchwycenia zaofiarowanej nadziei. Trzymajmy się jej jako bezpiecznej i silnej kotwicy duszy, kotwicy, która przenika poza zasłonę, gdzie Jezus poprzednik wszedł za nas, stawszy się arcykapłanem na wieki na wzór Melchizedeka” (Hbr 6, 17 – 20).
A jednak w świecie stworzonym przez Boga ani wewnątrz wiary, która przyszła od Niego, nie ma sprzeczności. Tak samo nie znajdzie się realnego konfliktu między wiernym trwaniem w stałości a dynamicznym udziałem w różnorodności. Jest możliwe harmonijne łączenie świadomej tożsamości z otwartym dialogiem. Co więcej, w chrześcijaństwie ewangelicznym naprawdę zdolny do misji w świecie – czyli do spotkania z tymi, którzy nie słyszeli jeszcze lub już nie chcą znać głosu Chrystusa – jest świadek – czyli człowiek pokornie świadomy tego, kim w istocie jest. W najbardziej oddalony kres zwątpionego świata nie ma co iść chrześcijanin niepewny swego rozumu, sumienia czy ducha. Jak można liczyć na sukces przedsięwzięcia, wchodząc na ruchome piaski tak niepewnym krokiem? Nieść misję najdalej oznacza stąpać z konsekwencją naprzód, a jednocześnie nieustannie czuć w dłoni ciężar kompasu, który niechybnie wskazuje na dom. Irytującym znakiem naszej jakże chwiejnej kultury, jest dręczący dziś człowieka, świat a nawet Kościół, sztuczny rozdział: różnorodność w opozycji do wierności, otwartość wobec tożsamości, czy misja w sprzeczności z tradycją. Wielu sądzi zatem, że wybierając różnorodność, musi zaprzeć się tożsamości. Że idąc na krańce świata, trzeba wytrzeć z pamięci jego centrum. I że nazywać się misjonarzem może tylko człowiek o zaburzonej i chaotycznej nowinkowości, zdolny w swej zuchwałej odwadze łamać w łapach z trzaskiem wątły pień tradycji.
Jeśli w którejkolwiek z przestrzeni wartości podstawowych człowiek ulega ciężkiej konfuzji i popada skutkiem tego w gniew, uprzedzenie lub podziały, tam z pewnością obfite żniwo zbiera ignorancja. Tak samo w podstawowej kwestii odnalezienia się między wielobarwnością a wspólnym mianownikiem, człowiek zaczął gubić się w swych podstępach, gdy zrezygnował z szacunku wobec jednej z głównych zasad klasycznej filozofii, uczącej bezbłędnie odróżniać istotę rzeczy od jej akcydensu albo formę od materii. Żonglując swobodnie między esencją rzeczywistości a jej mutacjami, zastępując jedno drugim dowolnie, bez logiki i sensu, człowiek pomieszał w rozeznaniu to, co jest przejściowe - więc nie decyduje o jego przyszłości, od tego, co jest niezbywalne - co zatem podtrzymuje oddech w jego płucach, bez czego żyć się nie uda. Obecna epoka jest tak niespokojna, ponieważ stanowi uciążliwie przedłużający się moment wychodzenia z hylemorficznej katastrofy. Panika błędu chwyciła ludzi za gardło, zaczęli więc wszyscy pędzić w stronę wyjścia ewakuacyjnego. Każdy jednak napiera z furią na własne podwoje. A tłum zamarł zmylony gdzieś między tymi, którzy za drogę wybawienia uznają absolutyzowanie formy, a tymi, którzy w oburzeniu konserwują istotę rzeczy. Wreszcie przyjdzie ktoś mądry, kto krzyknie: nie tędy! Możesz zmienić buty, język, adres, nazwisko i architekturę – nie stanie się nic. Musisz zachować jednak prawdę, sumienie, rodzinę, liturgię i dogmat – bo zginiesz. W jednych drzwiach wówczas modernista poda rękę integryście.
Ronin chwyta kotwicę w dłoń i odcumowuje łódź od brzegu. Jest nowoczesnym obywatelem świata, który wszystko, co święte konserwuje w sercu. Zmieniający się krajobraz otoczenia nie jest w stanie zmylić go lub sprawić, by zgubił stały kierunek swej drogi. Chętnie przysiada się na targowisku idei do wspólnego stołu słuchając tylko, z rzadka dyskutując. Tamci już wiedzą, kim on jest. Widzą, co czyta. Słyszą o jego wyborach. Dociera do nich, jak żyje, który dzień jest dla niego święty, z jakiej klasy ludźmi poprzestaje. Wszyscy mówią z przemawiającym do innych szacunkiem: ten katolik ronin to twardziel ale swój.
Musi być zatem centrum integrujące różnorodność z fundamentem. Aby uleczyć dysonans między tym, co stałe, a tym, co ruchome w religii, kulturze lub społeczeństwie, trzeba może jeszcze wrócić na chwilę do sedna nauk ścisłych. Współczesny dylemat ludzkiej dysproporcji między materią a formą, warto analogicznie rozczytać w świetle znanej reguły fizyki, nazywanej zasadą kopernikańską lub kosmologiczną. Głosi ona – choć sprawiedliwie mówiąc, nie wymyślił jej wcale Kopernik – że wszechświat jest jednorodny, izotopowy w dużych skalach przestrzennych. Dzięki temu dla wielu obserwatorów, umieszczonych w dowolnych miejscach kosmosu, wygląda on podobnie a uśrednione parametry obliczeń są wszędzie jednakowe. I kto jest zdolny wyjaśnić, w jaki sposób całe galaktyki ciał niebieskich mieszczą się w jednej źrenicy człowieka?


środa, 20 grudnia 2017

KODEKS RONINA

(14) Ostatnie spojrzenie ronina

Nie ma spojrzeń nic nie znaczących. Nawet unikanie wzroku ma swoją wymowę. Myślę, że znacznie szybciej i dużo głębiej uczymy się mowy oczu niż języka ust. Ludzkie słowa potrafią kłamać. Oko człowieka jest zaś spontanicznie szczere, widoczne w pierwszym kontakcie i przejrzyste. Niektórzy więc usiłują zakrywać wzrok jak dzieci dłońmi lub jak kłamcy podczernionymi okularami. Na próżno. Oczy ukryte deklarują swoje coraz śmielej. Relacje ludzi wypełniają się niewypartą treścią, gdy krzyżuje się w nich ufny wzrok dziecka, gniewne spojrzenie wojownika lub miłosna tęsknota zakochanych. Wyraz oczu jest syntezą ludzkiej osobowości. Być może dlatego do dziś noszę w jasnej pamięci – jakbym zagapił się zdumiony w drugą stronę zwierciadła czasu – trzy spojrzenia pana Janusza i jedno jego żony. Nie wiem, który to był rok ery Pańskiej ale czułem jak w samo południe doskwierał nam sierpniowy upał. Ledwo ruszyliśmy z płockiej katedry na pielgrzymkę w stronę Częstochowy. Na pierwszym postoju w lesie za rezerwatem pan Janusz ściskał mnie serdecznie. Wiele lat pielgrzymował, w tym roku musiał jednak zaraz z Gostynina zejść na powrót do Płocka. Od krótkiego czasu zamieszkiwał go nowotwór, trzeba więc było rozpocząć długie, męczące, chemiczne zapasy z egzystencją. Wzrok pana Janusza tego dnia miał w sobie wolność, swobodę i modlitwę. Takim akcentem napełniają się oczy każdego, kto od świtu - nie ważne, że chwilę - może pielgrzymować.
Po kilku miesiącach, zimą, zadzwoniła do mnie żona pana Janusza - zresztą kobieta wspaniała, dyskretna i silna. Chodziło o to, by przyjść do ich domu z namaszczeniem chorych i adwentową spowiedzią, a potem regularnie, co miesiąc zanosić panu Januszowi Komunię Świętą. Spotkałem go wtedy powalonego potęgą bezwzględnego przeciwnika, w łóżku. Pan Janusz patrzył na mnie zrozpaczony. Żona nie przestawała się krzątać, zagadując ciążący nam wszystkim pesymizm sytuacji. Cóż jednak z tego? Strumień słów z przemowy o bożonarodzeniowej radości deptały bezwzględnie, trupio zdradzieckie legiony łez, płynące z kącików oczu żony pana Janusza. Minęły prawie trzy lata, gdy ksiądz Romuald poprosił mnie o prowadzenie dnia skupienia przed Wielkanocą w Miejskim Hospicjum na płockim Międzytorzu. Choć nigdy nie dane mi było służyć tam za kapelana, byłem i jestem od lat osobiście, duchem, sercem, uczuciem związany z tym miejscem, środowiskiem i ludźmi. Po medytacji odprawialiśmy szczególną Drogę Krzyżową, rozważania poszczególnych stacji prowadząc w pokojach pacjentów. Przy Weronice, która ociera twarz zmęczonemu Chrystusowi – nawet nie przypuszczając – znalazłem się w sali pana Janusza. W pobliżu łóżka śmiertelnie chorego stała jego żona, z chusteczką przy oczach i wzrokiem pełnym przedwczesnego cienia. A on sam nie mógł nawet już mówić. Po modlitwie wyciągnął do mnie rękę i tę ostatnią chwilę patrzyliśmy sobie w oczy. Pan Janusz na kilka godzin przed śmiercią miał w sobie jasny wzrok nowonarodzonego dziecka.
Od bardzo wielu lat noszę w sobie bezgraniczny respekt dla postaci Ambrożego z Mediolanu. Wczesnochrześcijańskie podania głoszą, że przy narodzeniu niemowlęcia około 340 roku w niemieckim dziś Trewirze, rój pszczół osiadł nagle na ustach maleńkiego chłopca. Dla pokąszenia warg czy dla obłożenia ich miodem? Przerażona matka gestem ręki chciała odegnać pszczoły jednak ojciec powstrzymał żonę, czekając aż one same zostawią niemowlę w spokoju. Ambroży był bratem dwóch świętych: Marcelina i Uraniusza Satyra. Śmierć tego ostatniego, którą biskup Mediolanu opłakiwał z bólem, dogłębnie poruszony, skłoniła go do napisania okolicznościowego dziełka, kryjącego w sobie jednak wstrząsające przesłanie. W „Mowie o życiu brata Satyra”, Ambroży  wychodząc od pawłowej logiki jakościowego rozdźwięku między śmiercią, która podobna jest do zysku, a życiem na tym świecie, które przypomina nieustanne cierpienie (por. Flp 1, 21 – 24), niespodziewanie dochodzi do gloryfikacji aktu śmierci, jako definitywnej dla dziejów świata decyzji Boga. Przez ukrzyżowanie Syna Bożego człowiek dosięgnął zbawienia. Z tego powodu też świat chrześcijański celebruje śmierć Chrystusa jako najbardziej wzniosłą rocznicę w ciągu roku. Śmierć zatem nie była częścią ludzkiej natury od początku – konkluduje Ambroży – ale dobry Bóg dołączył ją do losu człowieka jako uleczenie! W efekcie bowiem separacji stworzenia od Stwórcy, egzystencja ludzka stała się nieznośna, pełna ciężaru pracy i nadmiernych cierpień, które człowieczy los uczyniły żałosnym. Nieśmiertelność bez łaski obróciła się w przekleństwo. Aby więc wybawić człowieka od ciążącego nad nim wiecznie ucisku, Bóg pierwszy raz okazał swe miłosierdzie i zesłał Adamowi śmierć dla uzdrowienia (por. Św. Ambroży, Mowa o życiu brata Satyra, księga II, 40 nn). Kto miałby śmiałość pomyśleć, że śmierć nie przynależy do atrybutów Bożej sprawiedliwości lecz w istocie jest aktem Bożego miłosierdzia? Nie skazuje lecz wyzwala? Pszczoła, co obsiada wargi dziecka, chcę ukąsić czy osłodzić?
Chrześcijański ronin przez całe życie uświadamia sobie w jaki sposób będzie odchodził z tego świata. Śmierć dla ronina jest logicznym wyprowadzeniem podstawowej linii jego myśli, słów i uczynków poza próg wieczności. Jak nie może być istnienia, którego nie zakończyłaby śmierć, tak samo nie ma śmierci odmiennej od stylu istnienia. Jeśli ludzka egzystencja jest w gruncie rzeczy systematycznie narastającym procesem wyzwalania się człowieka z rzeczy, które przeszkadzają w dosięgnięciu pełni, tak śmierć będzie momentem wiecznego wejścia w posiadanie tego jedynego, co konieczne. Na ile zatem oddałem, na tyle i dosięgnę. Człowiek nie wyzwala się przy tym tak, jak sam chce, z tego, czego już nie potrzebuje lub wtedy, gdy tego zapragnie. Cykl odbierania złudzeń w życiu jest zaskakujący, gwałtowny i obiektywny – krótko mówiąc, nie jest zależny od naszych upodobań. Tak więc ronin z całych sił, rozumnie, w sposób moralnie uporządkowany, bez niepokojącej niedojrzałych sztucznej zwłoki, staje się gotowym by ostatni raz tutaj i pierwszy raz tam, objąć pełnym spojrzeniem cztery rzeczywistości podstawowe dla życia. Ronin patrzy na cały świat bez podziałów. Ronin spogląda na wszystkich ludzi z jednakowym szacunkiem. Ronin widzi swoje serce całkowicie otwartym. Wreszcie ronin rozpoznaje Boga takim, jakim On naprawdę jest, a nie takim, jakim chciałby Go odczuwać. Ronin może już odejść.
Ten sam ksiądz Romuald, który przed laty prowadził mnie po Drodze Krzyżowej salami płockiego hospicjum, napisał mi w liście, że jest gotowym na śmierć. Lubię chodzić ulicami Płocka – mówi – lubię wejść do katedry. Czuję, że nie gnębią mnie już ludzkie ambicje, nadmierne plany i rywalizacja. Chcę być naturalnie dobry i żyć w zgodzie ze wszystkimi. Jedyne czego pragnę dziś, to by świat szedł dalej drogami prawa objawionego. Poruszyło mnie bardzo to ostanie zdanie, choć zarazem ufam, że nie było ono zdaniem do mnie ostatecznym. Pewne jest tylko to, że jak żyłeś, tak też ostatni raz dane ci będzie spojrzeć na ten świat.


czwartek, 23 listopada 2017

KODEKS RONINA

(13) Wszystkie ciężary ronina
Tuż przy trzecich drzwiach od lewej na górnym piętrze domu Sióstr Misjonarek Świętej Rodziny w Mławie, od wewnętrznej ściany - więc widoczny dopiero dla tych, co przekroczą próg konwentu - wisiał obrazek z Afryki. Kto zająłby się wyceną jego prawdziwej wartości? Wykonano go z afrykańskiej, taniej trzciny, naniesiono węglanym rylcem czarne postaci w tańcu na tle słomianych chałupek. Nigdy nie zwróciłbym oczu na obrazek, gdyby nie przyszło mi wyczekiwać tamtego dnia spotkania z przełożoną domu. Drzwi otworzyła sędziwa siostra Krzysztofa. Pozdrowiła mnie ciepło jak zawsze, po czym zanikła w przyciemnionym korytarzu, ofiarowując się w poszukiwaniu przeoryszy. Wodziłem wzrokiem po ścianie, aż dotarłem okiem do afrykańskiego obrazka. Przełożona zwlekała dłuższą chwilę z audiencją więc zajęła się mną dobra siostra Krzysztofa. Zrobiła ciepłą herbatę w mroźne popołudnie. To ona ten obrazek wiele lat temu przywiozła z Libii. Nie pomyślałbym nawet, że siostra Krzysztofa mogła być dawniej misjonarką. Chyba od dziecka tak jak i potem zresztą, bez przeobrażeń ni upływu czasu, widywałem ją na ulicach Mławy. Od dnia, gdy zamieszkała w klasztorze nad plebanią czas się dla niej zatrzymał. Miałem wrażenie, że zawsze wyglądała tak samo, chodziła tym samym krokiem i dźwigała ze sklepu te same ciężary z zakupami. Siostra Krzysztofa dbała w Mławie o zakonną kuchnię i pralnię. Pachniała więc proszkiem od ciasta i prania, miała niesłychanie dobrą twarz, spracowane dłonie oraz rozmodlone oczy. Aż do rozmowy pod obrazkiem przypisywałem jej tylko dwie funkcje. A ona była misjonarką. Miałem szczęście, bo potem zostaliśmy rzadkiej klasy przyjaciółmi: siostra Krzysztofa – doświadczona wiekiem zakonnica i ja, klecha smarkacz. Żyliśmy daleko jedno od drugiego ale zawsze pytaliśmy o siebie. Mieliśmy zaledwie chwilę na rozmowę i wiedzieliśmy o sobie wszystko. Nie często spotyka się człowieka o duszy tak po prostu szlachetnej, jakby najdalszej od korupcji. Siostra Krzysztofa odeszła jak istniała, nikomu sobą nie robiąc problemu. Wszak żyła tak, jak afrykański obrazek, który sama przywiozła z Libii – na drugim planie, z taniego materiału, za drzwiami. Aż po dziś dzień, gdy przekraczam próg domu Sióstr Misjonarek w Mławie, instynktownie wzrokiem poszukuję obrazka, a w korytarzu widzę wychodzącą ku gościom siostrę Krzysztofę. Tak nas wszystkich jakoś dźwigała ku górze i odmawiała stanowczo, bym jej siatki z zakupami choćby raz mógł udźwignąć na piętro.
W umysłach i ustach ideologów oraz reżyserów propagandy bycie katolikiem to przede wszystkim doświadczenie ciężaru wiary. Zwątpienie jest przytłaczające, to fakt. Nie dziwi zatem, że ludzie zmiażdżeni depresyjnym pesymizmem epoki, pragną to samo smutne uczucie przypisać wszystkim innym, zwłaszcza tym, którzy mają nadzieję, ufają miłości lub poszukują zbawienia. To dlatego w podejrzeniach wielu chrześcijaństwo od pierwszego kontaktu wyraża zawsze, wszędzie i przez wszystko deprymujący ciężar Krzyża. Być katolikiem – udowadniają nam powszechnie – to uginać się tym samym pod ciężarem drastycznej moralności, która w swym etosie pozostaje idealistyczną tęsknotą, w praktyce okrutnych norm nie do wypełnienia. Ile cierpienia sumieniu przydają niczym nie poskromione skrupuły. Na drugim miejscu doskwiera kościelna instytucja, do której z zapisu, od dziecka przynależeć musi katolik, uwikłany bezsilnie w pajęczą sieć świąt, przykazań, relikwii czy odpustów. Nie do zniesienia jest tryumfalny klerykalizm. Wreszcie przytłacza nawet ta niepewność bycia zbawionym. Nikt nie potrafi wskazać ile umartwień trzeba ofiarować, by uciszyć trwogę, anulować wyrok, oswoić pomruk słusznego gniewu Boga. Od chwili przybicia przez Lutra wszystkich tez na drzwiach wittemberskiej katedry, od momentu gdy Memling postawił ostatnią, czarną kreskę pędzlem na obrazie Sąd Ostateczny, Kant wzywał do wyjścia z niedojrzałości wieku dziecka i odwagi w korzystaniu z własnej inteligencji – sapere aude, Novalis wskrzeszał bohatera w podróżniku a Nietzsche ogłosił śmierć Boga – rozstrzygnięto arbitralnie, że katolicka wiara jest ciężarem.
Bywa więc, iż ludzie, których bezwzględnie prześladuje cień podejrzliwych idei, paraliżowani ich złowrogim przesłaniem, nie są w stanie słuchać Bożego Słowa. Oto bowiem już w Księdze Wyjścia jej autor sporządza poruszającą wszystkich listę imion i osób. Uwaga dobrego Boga zdaje się spoczywać na ludziach, którym trzeba przynieść wytchnienie: wdowa, sierota, ubogi, obcokrajowiec i człowiek z jednym tylko płaszczem (por. Wj 22, 20 – 26). Powiedz wdowie, że jutro znów umrze ktoś w jej domu, a nie uniesie w sobie więcej żałoby. Wyrwij sierocie dłoń z dłoni w ciemnościach, a pęknie mu serce z bojaźni. Zdzieraj lichwę z ubogiego, a zawiąże sobie sznur na szyi. Wydaj przybysza dyktaturze. Bez wahania przegryzie kruchy plastik cyjanku. Bóg precyzyjnie wylicza imiona tych wszystkich, którym nie wolno już więcej nakładać ciężarów. Ponadto On sam pierwszy chroni uciśnionych i skłonny jest darować ulgę temu, kogo życiowy kompleks przytłoczył nadmiernie ku ziemi. W Bogu nie ma żadnej potrzeby przeciążania człowieka, stąd każdemu cierpieniu towarzyszy pociecha, upadkowi przebaczenie, zwątpieniu umocnienie a wysiłkowi odpoczynek. Kto wierzy w Boga, doświadcza wytchnienia.
Ronin jak nikt inny przenika dwuznaczną konfuzję swoich czasów. Przypatruje się uważnie kulturze, punktując precyzyjnie wszystkiemu winny paradoks: człowiek współczesny wziął pozory za głębię, satysfakcję za szczęście, propagandę za przesłanie. W efekcie domagał się wolności lecz dał się katu posadzić na krześle. Odrzucał jarzmo i wierzgał przeciw brzemieniu, po czym tryumfalnie runął w gardziel  nienasyconej depresji. A chrześcijański ronin nie cofa się, gdy patrzy cierpieniu prosto w oczy. Lecz nie wytkniesz mu jednej, starczej zmarszczki na czole. Codziennie unosząc ciężary świata zachował dłonie artysty. Racjonalnie rozpoznaje ogień na linii horyzontu, mimo to zasypia z równym oddechem w piersi. Bywa, że ktoś ważny z kręgu wpływów przełamuje samego siebie, a upewniony, że nikt go nie widział, łapie ronina za rękaw i pyta: nie miałeś nigdy prywatnego jachtu, nie płaciłeś adwokatom, nie klaskałeś na wiecach i nie prosiłeś o pomoc terapeuty – czyś ty sam sprostał wszystkiemu?


czwartek, 26 października 2017

KODEKS RONINA

(12) Ronin humanista

Jaime Fuentes to biskup z Minas. A Minas to niewielka stolica skomplikowanej historycznie i administracyjnie małej diecezji w Urugwaju. Przyszło mi towarzyszyć biskupowi Jaime jakby w dwóch odsłonach mojego misyjnego życia. Drugi etap był najciekawszy – chodziło bowiem o wypracowanie dyskretnej lecz radykalnej reformy duszpasterskiej i administracyjnej struktury Kościoła katolickiego na tych terenach. Mówiąc najprościej i bez zbędnego wnikania w szczegóły, zewnętrzny organizm kościelny jakby nie nadążał za przyśpieszającym od czterdziestu lat procesem wewnętrznego opustoszenia, co i raz prowokowanym głębiej przez modernizm czy teologię wyzwolenia ad intra oraz agresywnie lewicową ideologię społeczną ad extra. Przed wyjazdem wszystkich biskupów urugwajskich do progów Piotrowych należało papieżowi przedstawić możliwe rozwiązania sytuacji. Pracowaliśmy z biskupem zazwyczaj we wtorki. Robiłem, co zostało mi zlecone. Z biegiem czasu jednak utarło się, że wtorkowe bloki robocze kończyliśmy wspólną kolacją i zgoła lżejszymi w swej formie tematami. Biskup Jaime lubił opowiadać. Spośród wielu anegdot tamtego czasu szczególnie wspominam tę jedną. Młody ksiądz Fuentes miał szczęście w trakcie studiów z dziennikarstwa dwa lata spędzić u boku świętego już dziś Josemarii Escrivy w Rzymie. Wspominał, jak to pewnego dnia założyciel Opus Dei przechadzał się swoim zwyczajem po korytarzach rezydencji, otoczony grupą młodych studentów - rozprawiając, żartując, dyskutując. W pewnej chwili zbliżył się do księdza inżynier, który nadzorował pracę przy budowie jednego z nowych ośrodków dla młodzieży w Wiecznym Mieście. W centrum tym ze szczegółami planowano umieścić dyskretną kaplicę – oratorium. W pewnej chwili rozmowy inżynier miał zapytać Escrivę: Ojcze, które z naszych oratoriów podoba ci się najbardziej? Energiczny z charakteru ksiądz bez wahania podbiegł w stronę najbliższego okna, otworzył je na oścież i wyciągając palec ku zatłoczonym ulicom Rzymu, krzyknął: to oratorium jest najpiękniejsze!
Kościół ma instytucje ale nie ma granic. Kościół stawia budynki ale nie mieści się w nich Ewangelia. Kościół administruje hierarchicznie ale nie związuje tym uniwersalnego działania Ducha Świętego. Jeden z modeli interpretacyjnych zbawienia to uczucie zaufania między Bogiem a człowiekiem. Stwórca stworzył wszystko, bo zaufał. Najbardziej ufał w człowieka. Obdarzył go w zaufaniu rozumem, wolnością, duszą i sumieniem. W efekcie ostatecznym zbawienie oznaczać będzie powrót do harmonii powszechnego zaufania, jakie upadek pierwszych ludzi zerwał między Stwórcą a stworzeniem. To prawda, że w Kościele z woli Boga wszystkie środki do zbawienia są kompletne. Bóg więc zaprasza człowieka do Kościoła, aby go zbawić z pewnością. Dziś i do końca czasów - przez Ducha Świętego - Bóg będzie wracał do powszechnego zaufania ludziom, działając zwyczajnie w murach Kościoła lecz innym razem przełamując je. Aż przeskoczą wszyscy do wieczności. Chrześcijanin, rosnąc w duchu, nie może więc ustawicznie podejrzewać świata o najgorsze. Elementem dojrzałej wiary jest odczuwalne zaufanie do tego, że Duch Święty celebruje chwałę Stwórcy również w oratorium niekonsekrowanego świata.
W pierwszym liście świętego Pawła z Tarsu do chrześcijan w Tesalonice znajdujemy tymczasem krótki lecz dogłębny dyskurs apostoła na temat zbawienia. Swoje rozumowanie Paweł zdaje się dzielić na dwie części. W pierwszym wątku dowodzi, że bez najmniejszego wahania wolno uznać, iż chrześcijanin doświadcza zbawczego działania Ducha Świętego w Słowie Boga, na modlitwie, w świątyni, w kulcie chwały. I któż temu zaprzeczy? Wielokrotnie było nam dobrze w kościele. Spoczywaliśmy na piersi Pana. Jednocześnie apostoł idzie śmiało dalej by dostrzec różnorodność darów Ducha Świętego, których nie można skrępować, zliczyć czy administrować. I choć nie jest to już tak namaszczone jak obecność Boga w świętych znakach, to jednak wypada stwierdzić, że niejednokrotnie zaskakiwał nas blask łaski, rozpraszając cienie najbardziej zapadłych zaułków tego świata. Pisze więc apostoł: nasze głoszenie Ewangelii wśród was nie dokonało się samym tylko słowem, lecz mocą i działaniem Ducha Świętego oraz wielką siłą przekonania (1 Tes 1, 5a). Słowo słyszy się w świątyni, działanie zaś widzi się w świecie.
Na prawach tej samej zasady Jezus pewnego dnia, w kolejnym z rzędu swych trudnych dialogów z faryzeuszami, wypowiada jedno z najbardziej popularnych zdań Ewangelii: dajcie co Bogu – boskie lecz co cesarskie – Cezarowi (Mt 22, 21). Już od epoki Ojców Kościoła przyjęła się wobec tej frazy Pana interpretacja w duchu separacji: świat duchowy jest tym docelowym, a doczesny jest pełen korupcji, trzeba się z niego wyzbywać, wysilając ducha ku czysto boskim ideałom. Dla przykładu Święty Ambroży, w jednym ze swych komentarzy, napomina jednoznacznie: “Jeśli ty nie chcesz być nieposłuszny, nie posiadaj tego, co należy do świata. Jeśli posiadasz bogactwa, jesteś poddany Cezarowi. Jeśli nie chcesz być winny królowi ziemskiemu, porzuć wszystko, co twoje i idź za Chrystusem”. A jeśli interpretację separacji zastąpić komentarzem implikacji? To w intencji podchodzących podstępem do Jezusa faryzeuszy kryje się logika rozdzielenia: płacić podatek, czy nie? Szanować świat, czy lepiej okazać mu religijną pogardę? Chrystus nie ma takiego problemu, a Jego odpowiedź prowadzi nas raczej do myślenia spójnego: można czcić Boga, nie obrażając Cezara. Dlatego historia chrześcijaństwa od samych początków odznaczała się postawą czysto ludzkiej roztropności. Gdy dogorywał starożytny Rzym, a na gruzach jego bogatej kultury stawiało stopę chrześcijaństwo, Kościół wiedział z niezbitą pewnością, że nie należy z tego, co rzymskie wyrzucić wszystkiego. Korupcję moralną cesarstwa udało się oddzielić od kulturowego dziedzictwa imperium. Z tego powodu aż do dzisiaj prawo rzymskie choćby jest legislacyjnym fundamentem wszystkich kodeksów Zachodu.
Wrażliwy w wierze ronin bez trudu odkrywa, do jakiej granicy pragnie dojść w swym działaniu Duch Święty. Różnorodność darów trzeciej Osoby Boga zwyczajnie nie zna granic. Chrześcijański ronin dojrzewa duchowo wówczas, gdy zdobywa się na harmonijne scalenie pobożności z czynem. Tak było, jest i zapewne będzie, że przed złożeniem ziarna w glebie, roztropny rolnik wytrwale oczyszcza teren. Dlatego procesom ewangelizacji towarzyszy z konieczności praca nad humanizacją kultury. Trudzić się nad głoszeniem Ewangelii bez troski o pogłębienie bogactwa kulturowego, to tak jak zapładniać martwe łono. Nie jest to łatwe w tej epoce, nie było też proste kiedyś. Ronin studiuje więc z uwagą klasyczne zasady etyki, estetyki czy antropologii. Iluż to ludzi żyje w zaniedbaniu, gardzi pięknem, popada w depresję brzydoty? A ronin nie tak. Jest piękny swą elegancją. Iluż ze współczesnych to zgniecione butem czasu mrówki, to galernicy zamknięci po nadgodzinach w metrze? Nie tak ronin. W najbardziej skromnym miejscu pracy kładzie on najlepsze talenty, czyniąc sztukę z nużącego rzemiosła. Ile osób nie patrzy sobie w oczy, ilu okłada pięścią innych po policzkach, ilu warczy jak zwierzę, w pogardzie za bydło uważając drugich?  Inaczej ronin - łagodny, światły, dobry. Jak łatwa jest pobożność w świątyni, tak naturalna będzie jej ewangeliczna konsekwencja w świecie. Życie chrześcijańskie nie wyczerpuje się w umiejętności pójścia w niedzielę do kościoła. Być chrześcijaninem to również umieć wychodzić z kościoła do sensownego życia w świecie.
Z bogactwa misyjnych przygotowań, które dane mi było przeżyć, najbardziej wspominam jeden z wykładów, jaki prowadził dla nas początkujących inny doświadczony misjonarz. Streszczał nam on sprawnie tego dnia podstawowe idee encykliki Redemptoris Missio Jana Pawła II. Pamiętam od tamtej chwili zasadę, która uczy, że każdy misjonarz - nawet jeśli posłany jest do miejsca, w którym nie głoszono nigdy Ewangelii albo ludność nie była gotowa jej przyjąć, w skutek czego nie urosła struktura widzialnego Kościoła, jego budynków, szkół czy instytucji – musi wiedzieć z niewzruszoną pewnością, że w sercach tych ludzi jednakowoż Duch Święty zaczął już swoją robotę.


czwartek, 14 września 2017

KODEKS RONINA

(11) Ronin walczy o życie
To jest dzielnica Jana Pawła II, a parafia pod wezwaniem Matki Bożej z Częstochowy. Nie, nie jesteśmy w Wadowicach ani w Krakowie, gdzie od lat na każdym, brukowanym placyku ustawia się pomnik polskiego papieża na tle Jasnej Góry. Brazylia, stan Sao Paolo, suchy, ciepły, przyjemny klimatycznie interior wielkiego jak kontynent kraju. Znajdujemy się w urokliwej miejscowości Sao José de Río Preto, gdzie na ulicy imieniem Rosa Generosa Pinheiro proboszczem od niepamiętnych lat jest polski misjonarz ksiądz Tadeusz Szerszeń. Zainicjował pracę w slumsach, nocą słuchał ulicznych strzałów, mieszkał długi czas w jakiejś cerowanej budzie, skorpiony rankiem wyjmować musiał z butów. Złączył ludzi w katolicką wspólnotę, zbudował duży kościół i solidną kaplicę w drugiej części powierzonej mu dzielnicy, otworzył prężnie działające przedszkole a biskupa przekonał, żeby patronką parafii została jakaś polska Matka Boża z Częstochowy. Miejscowym trudno jest tę nazwę przecedzić przez zęby, sanktuarium trzeba lokalizować gdzieś palcem na mapie, w dodatku nie jest to Aparecida. Pomysł jednak przyjęto z szacunku dla zasług kapłana.
Szerszeń nie jest typem medialnego misjonarza, którego facjatą wykleja się pocztówki znad dalekiej, romantycznej Ucayali lub Niagary, z czarnoskórymi dziećmi na ramionach. Kto słyszał o padre Tadeo? Nie znaliśmy się przedtem z Polski. Ojciec Szerszeń nawiązał z nami kontakt internetowy, potem wymieniliśmy wspólne odwiedziny dla wzmocnienia misyjnej znajomości. Ksiądz Tadeusz lubi towarzystwo, dużo opowiada, choć żartuje niewiele. Mam wrażenie, że obserwuje człowieka, studiuje jego gesty, niby nie patrzy ale widzi, nie ocenia lecz dosadnie powie, co myśli. Gorzej jeszcze, jak nic nie powie. Siedzieliśmy sobie czasem przy popołudniowej kawie, korzystając z ciepła, gdy nagle Tadeusz Szerszeń ni stąd ni zowąd potrafił zapytać: a ty co nauczasz o łasce Bożej? I w dobie, w której połowa księży katolickich nie ma pewności: jak i komu udzielać Komunii Świętej, bezceremonialnie robił nam katechezę o tym, że łaska to życie Boże w duszy człowieka. Niedawno świętował pięćdziesiąt lat kapłaństwa, z czego dwadzieścia sześć spędzonych w Brazylii. Powróciły wspomnienia. Tadeusz Szerszeń zapatrzył się w okno z zamyśleniem i wrócił pamięcią do lat seminaryjnych z Drohiczyna, kiedy za wykładowcę hebrajskiego miał słynnego księdza Jana Zieję. W połowie lat formacyjnych młodego Tadeusza dopadły wątpliwości – bo był jakiś inny, nie mieścił się w tym miejscu i układzie, zamierzał więc skończyć semestr i odejść. Pamięta, że długi czas chodził z wahaniem ukrytym głęboko w myślach. Pewnego dnia spacerował po ogrodzie i mijał przechodzącego Zieję. Ni stąd ni zowąd ksiądz Jan położył Tadkowi rękę na ramieniu, spojrzał alumnowi w oczy i nie wiadomo dlaczego powiedział: nie bój się, wszystko dobrze, jesteś na swoim miejscu.
Powołanie chrześcijańskie niesie w sobie wezwanie do zwycięstwa. Każdy chrześcijanin pielęgnuje dumną godność, przeżywa wiarę w perspektywie dojrzałej wolności i nikt nie jest w stanie wyrwać mu z piersi oddechu nadprzyrodzonego sensu. Taki i tylko taki jest charakter chrześcijańskiego zwycięstwa. Kroczenie przez ten świat pewnym krokiem i z podniesionym czołem nie wchodzi w konflikt z pokorą. Chrześcijańskie zwycięstwo bowiem nie jest tym samym, co doczesny sukces, zręczność polityczna lub siła pięści. Człowiek dziedziczy duchowe zwycięstwo chrześcijan wchodząc konsekwencją wiary w Paschę Chrystusa. To dlatego również nie godzi się wiecznego kapitału paschalnej wiktorii poświęcić marnym, doczesnym potyczkom. Potencjału krzyża i zmartwychwstania wolno użyć jedynie w tej części bitwy, w której rozstrzyga się walka o samo jądro ludzkiej egzystencji.
W konsekwencji tego prorok Jeremiasz odkrywa zaskakującego przeciwnika, którego zmuszony będzie pokonać orężem paschalnego zwycięstwa. Znów nie jest to czysto ludzka potyczka, w której krzepki pachołek podaje stojącemu naprzeciw proroka żołdakowi tarczę, hełm i miecz. Za chwilę skrzyżują się pięści, poleje się krew, na balkonach cyrku mdleć będą wątłe kobiety i zdzierać swe gardła podnieceni panowie. Tryumfatorom zaś na opasłe karki mecenasi i humaniści nałożą pozłacane wawrzyny. To nie jest ta walka. W paschalnym zmaganiu nikt przeciwko nam nie napina muskułów. Przeciwnikiem proroka jest tylko on sam, musi pokonać samego siebie, sprostać rękawicy rzuconej przez życie, przełamać siebie na ubitej ziemi własnej egzystencji. Prorok nie widzi innego zagrożenia z zewnątrz, gdy wyznaje: „zaczął trawić moje serce jakby ogień, żarzący się w moim ciele” (Jer 20, 9b). Wróg nie podszedł pod mury twierdzy, nie trzeba uderzać w bębny na trwogę, niczemu nie służy mobilizacja sił. W sobie mam żagiew i płomień przeciwnika.
Nawrócony ronin zatem wyczuwa, że dużo łatwiej było przedtem tryumfować nad lękiem, smutkiem, biedą albo samotnością, niż teraz z wiarą stanąć do zapasów o życie. Wiara zmusza do konfrontacji z rzeczywistością w jej najgłębszych pokładach, bez wikłania się w spory na poziomie jej społecznych, psychologicznych czy politycznych przejawów. Człowiek po pierwsze musi walczyć duchowo, by zdać sobie sprawę, że bez Boga nie może dalej istnieć, że nie ma siły postawić na ziemi następnego kroku. To zwycięstwo aktu wiary. Po wtóre ronin pokonuje w sobie pokusę wielkości, uznając siebie za jednego z maluczkich tego świata. To bitwa o pokorę. W konsekwencji chrześcijanin zdobywa się na miłość bezinteresowną, deklarowaną i dozgonną, pokładając upodobanie serca nie tylko w tych, którzy są tego warci ale jeszcze bardziej w tych, którzy tę miłość potrafią utrącić. To tryumf heroizmu. Być może definitywnym wywieszeniem sztandarów na murach przeciwnika będzie ocalenie sensu życia, który jest darowany wszystkim od poczęcia aż do chwili śmierci, niezależnie od tego, jaki przyznano nam tytuł, ile wpłacono nam na konto i kto przygląda się nam raz przychylnym, raz krzywym dla kaprysu spojrzeniem. To przewaga ładu sumienia. O to walczy ronin i tak on w Bogu zwycięża.
Byłoby więc czymś dalece nieroztropnym ograniczać siłę paschalnej wiary jedynie do szukania pocieszeń, które chwilowo są w stanie dać nam wytchnienie od psychologicznych, społecznych lub kulturowych stanów trwogi, choroby, zdrady czy cierpienia. Walka o życie w istocie znaczy więcej. Gdybyśmy moc Boga zredukowali jedynie do uzdrowień i pocieszeń, On sam znalazłby się na szerokiej liście naszych doczesnych terapeutów, a życie wewnętrzne łatwo zniekształcilibyśmy w zwierciadle ludzi płaczących po kościołach, nadwrażliwych na cudowności, które pozwalają zwrócić uwagę od koszmarów życia w stronę egzaltacji. Zresztą, w ostatnich latach taka postać katolicyzmu - zredukowanego do pewnej formy terapeutycznej religijności - okupuje dużą przestrzeń Kościoła. Lecz Bóg nie tyle służy by pocieszać bez końca i uzdrawiać. On przede wszystkim wie, jak definitywnie rozwiązać problem naszej egzystencji. Terapeutyczne szukanie religijnej pociechy to jeszcze nie to samo co wewnętrzna naprawa życia. Dlatego tę egzystencjalną walkę ronina Bóg ma zwyczaj przeprowadzać od początkowej pociechy do praktycznych i trwałych cnót, postanowień, nawyków.