sobota, 16 maja 2015

Tryumfy pana Antonio Gramsciego...

   Trzy, codzienne wydarzenia nie dawały ostatnio odpoczynku moim myślom. Od jakiegoś czasu, w ramach tak zwanych Cuestiones de teología, prowadzę na Universidad de Montevideo dość regularne zajęcia akademickie, w których brać muszą udział - bo to obowiązkowe - studenci księgowości, dziennikarstwa i ekonomii. Jedni przychodzą na zaliczenie, inni z nieco wyższą motywacją. Tak naprawdę jest to szeroki plan katechezy studentów w Urugwaju. Na ostatnim wykładzie poruszyłem kwestię trzech, słynnych mistrzów podejrzliwości: Freuda, Marxa i Sartre'a, w kontekście ich ideologii analizując pewien profil kulturowy chrześcijanina dziś. Z konieczności dotknęliśmy też komunizmu. W Urugwaju wciąż mieszka i działa bardzo silna społecznie grupa wyznawców Che Guevary, Fidela Castro oraz ich radzieckich pobratymców. Dyskusja była ciekawa lecz natychmiast po wykładzie podszedł do mnie prywatnie najlepszy spośród studentów, Juan Manuel i z intelektualnym niepokojem wypytywał o moje zdanie odnośnie spotkania-audiencji, na której papież Franciszek przyjmował Raúla Castro. Zastanowił mnie ten skrajny lek oraz dobrze ułożone argumenty młodego, inteligentnego Urugwajczyka i pomyślałem sobie wówczas: w mojej mentalności polskiego katolika istnieje oczywista granica radykalnego oddzielenia ideologii komunistycznej od wewnętrznego życia Kościoła. Ta granica jest gruba i od lat nieprzepuszczalna. Może jednak nie dla każdego chrześcijanina, nie w każdym miejscu świata i z powodu rozmaitych wydarzeń historycznych, ta linia demarkacyjna: komunizm - katolicyzm, nie jest oczywistością?
   Drugie wydarzenie z kolei wywołało już kilka poważnych szmerów w kuluarach kościelnych południowej części Ameryki Łacińskiej i mocną decyzję latynoskiego biskupa z północy Urugwaju. Oto właśnie w miesiącu maju, na zajęciach w jednym z seminariów diecezjalnych tego kontynentu, doszło do nieprzyjemnego zgrzytu. Kleryk zanegował wykład profesora, który obwieszczał, iż nie ma różnic między związkiem dwóch osób homoseksualnej orientacji a naturalnym małżeństwem kobiety i mężczyzny oraz że Komunię Świętą od tej, historycznej chwili mogą przyjmować już wszyscy ochrzczeni. Gdy twardogłowy alumn racjonalnie oponował, został wyproszony z sali wykładowej oraz obdarzony epitetami: mudżahedina, betonu, ekstremisty. Po chwili profesor dokonał jakiejś autorefleksji, zezwolił studentowi powrócić lecz do końca semestru odebrał mu prawo głosu. Na szczęście prawie natychmiast pojawiła się reakcja biskupa, odpowiedzialnego za powołanie tego kleryka. Ordynariusz wycofał chłopca ze studiów i formacji w jedynym seminarium duchownym tego kraju, od nowego semestru posyłając Go do hiszpańskiej Pampeluny. Myślałem potem długo z nadzieją, czy gdzieś wkrótce, na jakąś intelektualną rekonwalescencję, nie zostałby lepiej skierowany sam profesor? Ów alumn zresztą, w pełnym zaufaniu i z niekłamanym bólem głowy, po innych zajęciach pokazywał mi spis obowiązkowych lektur libertyńskiego wykładowcy. Na czołowych pozycjach listy nie mógł nie znaleźć się: Boff, Juan Luis Segundo, de Mello a nawet Międzynarodowa Karta Miłośników Ziemi!
   Zakończyłem właśnie - po trzecie - dość opóźniony w rozwoju, lekturę znakomitej, ciekawej i godnej polecenia książki autorstwa ks. Roberta Skrzypczaka, pod tytułem: Chrześcijanin na rozdrożu, szeroko i z teologiczno-kulturową swadą traktującej o kryzysie w Kościele posoborowym dziś. Ks. Skrzypczak mówi z wybitną inteligencją i miłością Ewangelii o najbardziej palących sprawach jakie dzieją się od lat we wnętrzu Kościoła. Diagnoza Autora jest ciekawa: różnice w łonie katolicyzmu stały się tak wielkie, że są dziś jakby nie do przekroczenia. Pisze ks. Skrzypczak: bracia już nie tylko urodzili się odmienni lecz dziś nie są w stanie siąść ze sobą do stołu i spokojnie rozmawiać. Umarła chęć dialogu pomiędzy tradycjonalistami a postępowymi. Na szczęście Autor podaje rozwiązanie, którego teoretyczny powab należałoby wypróbować szybko w praktyce duszpasterstwa: autentyczny katechumenat - czyli właściwa, radykalna praktyka wtajemniczenia chrześcijańskiego, stosowana w Kościele zarówno wobec Dzieci, czyli Rodzin, jak też wobec Dorosłych. Oczyszczenie źródła - myśli ks. Skrzypczak - spowodowałoby powrót do regularnego biegu rzeki. Mimo, iż książka jest wybitnie odważna, wciąż trapiło mnie pytanie: jak do tego doszło? Jak to się stało, że toksyna niepewnych ideologii, przez krwioobieg lektur, dysput, przemian i kryzysów, doszła naprawdę do samego serca chrześcijaństwa?
   Moje gratulacje chciałbym tu nieszczerze złożyć niejakiemu panu Antonio Gramsciemu. Był to inteligentny komunista. Urodził się na Sardynii w roku 1891, zmarł tuż przed drugą wojną światową, w Rzymie, w roku 1937. Wespół założył był Włoską Partię Komunistyczną. Do ideologii komunistycznej wniósł jednak myśl, która komunizmowi pozwoliła na poziomie teoretycznym przeżyć nawet samego siebie. Gramsci nie był wyznawcą czynnej rewolucji, wraz z obalaniem rządów lub paleniem świątyń. Przeciwnie. Ów inteligentny Sardyńczyk wymyślił teorię, która w historii filozofii rozsiadła się pod nazwą: hegemonii kulturowej. Według Gramsciego infekcja komunizmu miała nastąpić nie tyle siłą, co za pomocą inteligentnej, stopniowej, cierpliwej i narastającej infiltracji marksistowskiej od wnętrza wszystkich, aktywnie obecnych w życiu społecznym grup - nie wyłączając wcale Kościoła. Zatem Antonio Gramsci nie wniósł nic nowego do filozofii komunistycznej na poziomie teoretycznym. Rozegrał jednak genialnie problem na poziomie praktycznym. Wynalazł taktykę, która okazała się być skuteczniejsza od - traktowanej dogmatycznie w marksizmie - czynnej rewolucji. Co więcej, Gramsci zasponsorował i opisał nam strategię, która odbyła swoją rzetelną służbę już nie tylko w szeregach wymierającego komunizmu. Zapożyczyli ją sobie z powodzeniem wkrótce zarówno libertyni jak i masoni.
   Moim zdaniem, to właśnie taktyka gramscizmu sprawiła, że monumentalne mury katolickiej świątyni od wewnątrz nasiąkać poczęły stopniowo wilgocią obcych ideologii. To strategia Gramsciego przekonała wielu katolików świeckich, zakonnych i duchownych ubiegłego stulecia, że w katolicyzmie różnorodne bogactwo charyzmatów ważniejsze jest od centrum, identyfikującego ich tożsamość. Stąd każda próba zespolenia Kościoła w sprawny, dynamiczny monolit - jak choćby ostatnia za pontyfikatu Benedykta XVI - kończyła się oskarżeniem papieży o pokusę integryzmu. To praktyczny gramscizm wmówił wielu katolikom, że subiektywny, pobożnościowy powiew może skutecznie zastąpić jakąkolwiek dyscyplinę wewnętrzną, personalną, liturgiczną czy duchową w Kościele. Że zaangażowanie polityczne czy społeczne katolików świeckich wolno pragmatycznie oddzielić od chrześcijańskiego etosu, który miał stać się jedynie echem świątynnej zakrystii. To dlatego dziś, w Parlamencie Europejskim prawie każda chrześcijańska demokracja nie oznacza wcale tego, jak się nazywa. I to dlatego również choćby podjęta przed laty decyzja marszałka Marka Jurka, aby złożyć swój urząd z powodów moralnych, nie spotkała uznania wśród większości katolików polskiej prawicy - bo to nie było praktyczne! Wreszcie to taktyka gramscistów powoduje, że w świecie katolickim ktoś myśli dziś o tym, by odwieczne fundamenty Dekalogu i nieomylnej nauki o naturze łaski uświęcającej oraz nierozerwalności sakramentu małżeństwa, podporządkować wątpliwej skutecznie praktyce pastoralnej.
   Pewnie momentów przecieku przez mur jest kilka. Najpierw źle sformułowana koncepcja dialogu Kościoła ze światem, która bardziej ceni ubieranie się katolików w kolorowe barwy coraz to dziwaczniejszych ideologii, niż własną tożsamość ewangeliczną. Następnie nasze upajanie się intelektualizmem tego świata, ta ciągła pokusa bycia grzecznie nowoczesnym, która w końcu terapią zastępuje duchowość a pogłębioną doktrynę i solidną katechezę - ewangelizacyjnym frazesem. Również błąd w reakcji i stosowanie odrealnionej retoryki wiary, bez odpowiedniego rozeznania kontekstu kulturowego, który kosztował Kościół kilka lat opóźnienia w skutecznej apologii. Potem błędna idea koniecznego w Kościele ubóstwa, jaka szczególnie w świecie Ameryki Łacińskiej lecz nie tylko, obróciła wspólnoty katolickie w biura pomocy społecznej a piękne świątynie odarła z ich godności, sakralności i ciepła. Wreszcie praktyczna taktyka uwodzenia, stosowana wobec ludzi Kościoła, którzy potem skrępowani niebezpiecznym układem, musieli milczeć albo co gorsza mówić, nauczać i żyć jak chcieli ci, którzy wiedzieli o nich więcej, niż wszyscy i zawsze mogli to wyjawić. Dość, że przeciek gramscizmu nastąpił i trwa, infekując nowicjaty, seminaria, fakultety, redakcje świeckich czasopism a w konsekwencji wreszcie nawet pobożne, katolickie parafie. Szturmu nie było. Nikt świątyni nie zdobywał atakiem. Wystarczyło toksyną, od wewnątrz, rozcieńczać siłę i spoistość muru. 
    Myślę, że problem ten krótko, dobitnie lecz genialnie w swej homilii na początek konklawe po bolesnej śmierci Jana Pawła II, nazwał kardynał Joseph Ratzinger. Któż z nas wtedy jednak słuchał? A przyszły papież mówił: "Iluż to powiewów nauki zaznaliśmy w ostatnich dziesięcioleciach, iluż ideologicznych prądów, iluż sposobów myślenia...Łódeczka myśli wielu chrześcijan była nierzadko huśtana przez te fale - miotana z jednej skrajności w drugą: od marksizmu do liberalizmu aż po libertynizm; od kolektywizmu do radykalnego indywidualizmu; od ateizmu do niejasnego mistycyzmu religijnego; od agnostycyzmu po synkretyzm i tak dalej. Każdego dnia rodzą się nowe sekty i urzeczywistnia się to, co Święty Paweł nazywa <<oszustwem ze strony ludzi i przebiegłością w sprowadzaniu na manowce fałszu>> (Ef 4,14). Posiadanie jasnej wiary, zgodnej z Credo Kościoła, zostaje często zaszufladkowane jako fundamentalizm. A tymczasem relatywizm, to znaczy zdanie się na <<każdy powiew nauki>>, zdaje się być jedyną postawą godną współczesności. Ustanawiany jest rodzaj dyktatury relatywizmu, która nie uznaje niczego za pewnik a jedynym miernikiem ustanawia własne ja i jego zachcianki". Przyznam się, że słuchając tej homilii w roku 2005, być może zwiedziony mnogością "izmów", sądziłem, iż Ratzinger opowiada o bólach ludzkiej kultury poprzedniego stulecia. Dopiero po latach homilia kardynała wróciła na moje biurko. Wczytałem się w nią ponownie i ze zdumieniem odkryłem, że przyszły papież wówczas mówił nie o problemach świata na zewnątrz chrześcijaństwa lecz o kłopotach, które miotać zaczęły wnętrzem delikatnej łódeczki Kościoła. To wszystko przetoczyło się przecież przez samo serce katolickiego świata.
   A jednak zgadzam się z odważną diagnozą ks. Skrzypczaka i również wiem, że lekarstwo istnieje. Co prawda do powrotu w stronę pogłębionego katechumenatu jako antidotum, dodałbym jeszcze dwa, bardzo praktyczne działania, w celu uleczenia organicznej gorączki: ochronę formacji przyszłych duchownych i troskę o rozum laikatu - w zarodku! Oto kilkanaście już dni temu poproszono mnie o poprowadzenie dnia skupienia w seminarium Drogi Neokatechumenalnej Redemptoris Mater w Montevideo. Do kapłaństwa i misji przygotowuje się tam szesnastu kandydatów - jak na Urugwaj to rekord. Byłem zachwycony. Seminarium Drogi to prawdziwy dom, gdzie rektor i wychowawcy nie tyle pilnują i pracują ale są ojcami dla alumnów. Biblioteka potężna, dobrze wyposażona, bez zbędnych i męczących umysł nowinek literackich - klasyka teologiczna i filozoficzna. Formacja bez zarzutu, w młodych mężczyznach czuć zdrowego ducha ofiary, miłości Kościoła i ubóstwa. Liturgia piękna i godnie przygotowana. Życie duchowe solidne. Z pewnością tacy księża nie ulegną taktyce Gramsciego, bo wiedzą, co myślą - w co wierzą. Ciekawa była przed laty rozmowa między Kiko Arguello, inicjatorem Drogi a biskupem z Montevideo. Kiko wcześniej myślał o otwarciu seminarium misyjnego w Buenos Aires lecz tę intuicje uprzedził przez swą prośbę urugwajski metropolita. Gdy Kiko zapytał: dlaczego akurat w Urugwaju, ówczesny arcybiskup Cotugno odpowiedział szczerze: "bo ja chcę mieć księży wierzących a nie ideologów...". Również co jakiś czas odzywa się do mnie jeden z kleryków, którego mój biskup z Minas posłał na studia do międzynarodowego seminarium w hiszpańskim Bidasoa, powierzonym opiece formacyjnej Opus Dei. Nicolas jest szczęśliwy. Zaczyna rozumieć Kościół powszechny. Pije wodę ze zdrowego źródła chrześcijańskiej filozofii, uczy się klasycznej modlitwy i liturgii, nabywa cnót ludzkich, tak niezbędnych do bycia człowiekiem w sutannie.
    Natomiast po ostatnim kręgu biblijnym w mojej parafii wywiązała się inna, ciekawa dyskusja. W maleńkiej miejscowości Aiguá, w której od jakiegoś czasu jestem proboszczem, było przez dwadzieścia lat kilku, różnych księży. Różne też głosili nauki. Ludzie tutaj są prości lecz niegłupi. Pytają więc o to, jak to jest naprawdę: jedni kazali klękać, inni stać prosto na Mszy; jedni wynieśli konfesjonał z kościoła, inni wozili na rekolekcje; jedni udzielali Komunii Świętej wszystkim, teraz przyszedł Polak i mówi o grzechu ciężkim. Gdzie jest, drogi Ojcze, prawdziwa nauka Jezusa? Tamtego wieczoru w odpowiedzi wziąłem do ręki Katechizm Kościoła Katolickiego, mówiąc krótko: weryfikujcie nas - myśląc! Na koniec spotkania podeszła do mnie nauczycielka Nedis, która w miasteczku uchodzi za wzór wiary, inteligencji oraz moralności i z ujmującym jak zawsze uśmiechem, dodała: sprawdzałam już od lat...I dlatego może dotąd nie zbłądziła? 
   Zgadzam się zatem z ks. Skrzypczakiem: by uleczyć, trzeba zejść do źródeł. Nie tylko jednak wracając do prawdziwego katechumenatu. Trzeba ochronić serce kapłańskiej formacji w Kościele. I osłonić od zepsucia umysł i sumienie ludzi, którzy modlą się wciąż pobożnie w katolickich parafiach. Naruszyć jest łatwo, odbudować trudniej. Cierpliwość jednak wszystkiego dosięga...

środa, 6 maja 2015

Prolog. Droga początkujących...

   Cieszę się z każdego listu lub maila, przesłanego nie o mnie ale personalnie do mnie, w którym Człowiek dzieli się ze mną trudnością, radością lub wątpliwością, wyrażaną wobec tego, o czym tu piszę. Jak często powiada jeden z moich Przyjaciół: dziękuję za współmyślenie. Nade wszystko jednak ucieszyło mnie ostatnio to, iż wiele Osób poszukujących autentycznej drogi życia duchowego, po ostatnim artykule zapragnęło nie tyle oglądać spektakl na teatralnej scenie, show czy ekranizację. Wielu z nas opuściło wygodną lożę, oddało bilet by z pobożną ciekawością podejrzeć, co tak naprawdę dzieje się za kurtyną nawrócenia. Dlatego też postawiono mi pytanie: czym są trzy okresy życia duchowego?
   Czas płynie szybko. Ale pamiętam znakomicie, że przed kilkoma już laty, z grupą wiernych Przyjaciół, wybraliśmy się do jednego z maluczkich lecz autonomicznych teatrów warszawskich, na tajemniczą sztukę o tytule "Prolog". Nikt z nas nie wiedział wcześniej, co autor dzieła miał na myśli? To, co zdolni byliśmy poznać przed wejściem do teatru, to odczytać krótką prezentację i ogólną recenzję, dołączoną do biletu. Dopiero więc po rozpoczęciu sztuki, wszyscy zrozumieliśmy, że klasyki nie będzie. Nikt z nas nie straci oddechu z wrażenia ani nikt z nas nie będzie ziewał z nudy. Po prostu scenariusz "Prologu" został tak zaaranżowany, aby to widzowie w pewnej chwili, krok po kroku, stawali się współtwórcami dzieła. Akcja sztuki wraz z upływem minut coraz bardziej zależała od naszych reakcji, odpowiedzi i wyborów. Loża przeobraziła się w scenę a scenariusz, wraz z jego ostatnim aktem, wyprowadził nas w zimową, białą od śniegu ulicę praskiej części Warszawy - w życie. Na odchodne usłyszeliśmy wszyscy głos reżysera: nie zatrzymuj się, idź...
   Wszystkim katolikom świata, szczególnie w Europie, nie wspominając już o dziewięćdziesięcio dziewięcio procentowej Polsce, grozi w życiu wewnętrznym pokusa bezmotywacyjnej stagnacji czyli wygodnej religijności bez wyboru. Kościół katolicki jest bowiem instytucją religijną praktycznie zorganizowaną. Każdy więc katolik zostaje poinformowany, że swoje dziecko trzeba najpierw przynieść do Chrztu. Otrzymuje ono łaskę pierwszego z sakramentów ale nie jest na tyle świadome, by już coś wybierać. Chrześcijanin rośnie i zostaje zapisany do szkoły, w której chodzi na lekcje religii. Niby można nie chodzić ale nikt przecież nie wymaga zapisów czy deklaracji: jeśli chodzi się do szkoły - a to publiczny obowiązek - jest się automatycznie na liście katechety. Co najwyżej przysługuje wybór negatywny: gdy się nie chce rozmawiać z katechetą, trzeba to na piśmie zgłosić zarządowi placówki. I tak niebezpiecznie narasta proces bez refleksji lub wyboru.
   Religia w szkole przygotowuje do Komunii Świętej. Każde dziecko wie, że będą zdjęcia, filmy, goście i prezenty. W kilka lat po przyjęciu Ciała Chrystusa, rozpoczyna się religijna kampania w celu zwerbowania kandydatów do bierzmowania, wręczenia im indeksu obecności w parafii, z nieodłącznym hasłem: nie przyjdziesz na bierzmowanie to i ślubu nie będzie! Nie można więc i dziwić się, że następnie po latach, ów zaprojektowany już w pakiecie bierzmowania ślub, jest raczej dla wielu decyzją za dopełnieniem pewnej, czasem już antycznej, moralnej tradycji, niż świadomie, pięknie przeżytym sakramentem. W tym dobrze zorganizowanym, pragmatycznym, europejskim systemie kościelnym papiery są w porządku lecz bardzo mało miejsca pozostawia się własnej, niewymuszonej, refleksyjnej inicjatywie. Kancelaria parafialna funkcjonuje lecz serce nie rozeznaje czasem perspektywy ewangelicznej wolności wyboru.
   Tym właśnie różni się prawdziwe życie wewnętrzne od religijnej denominacji, że jego istotą jest wybór, a w konsekwencji wolność. Świadome uczestnictwo, a nie odgórnie zadany projekt. Bóg powołuje do udziału tylko wolnych ludzi. Wszystkie, trzy okresy życia prawdziwie duchowego zmierzają systematycznie do powiększenia obszaru wolności, która będzie główną konsekwencją kluczowej decyzji, jaką człowiek podjął w momencie pierwszego nawrócenia, całkowicie dedykując siebie Bogu. Te trzy przełomy wewnętrzne noszą nazwę: drogi początkujących, określanej też czasem oczyszczeniem; drogi postępujących lub etapem oświecenia; oraz drogi doskonałych, tudzież zjednoczeniem. Klasycy powiadają, iż nie ma tak naprawdę ścisłych sektorów. Cechy proporcjonalne dla okresu oczyszczeń, mogą powracać potem nawet na drogę doskonałych. Można jednak w duszy żyjącej duchowo rozpoznać znamiona postępu, charakterystyczne dla każdej z tych trzech, wyżej wymienionych dróg wewnętrznego wytrwania w łasce.
   Droga początkujących zaczyna się od pierwszej regularności duchowej, która trwa zazwyczaj długo po nawróceniu. Ta systematyczność nie jest jarzmem. Jest przyjemna, bo duszy postępującej w łasce towarzyszy świadomość rosnącej pobożności, błogosławieństwa, opieki Bożej w codzienności i większej wartości moralnej swojego życia. Środki do tego przeczucia są proste. Na drodze początkujących obiera się z satysfakcją jakiś pierwszy plan regularnej modlitwy, zazwyczaj dłuższej i bardziej intensywnej niż przedtem. Niedzielna Eucharystia nie jest już obowiązkiem lecz tęsknotą. Co więcej, dusze początkujące odkrywają i pragną Komunii Świętej częściej a nawet codziennie. Innym elementem oczyszczeń jest regularna spowiedź, z dobrym, coraz bardziej świadomy rachunkiem sumienia, który pozwala na poznawanie siebie. Jest się wówczas zdolnym do pewnego wysiłku ascetycznego, do stopniowej poprawy, które rozumie się jako doskonalenie i korektę duchowego organizmu. To dlatego na drodze początku dusza chętnie praktykuje rozmaite umartwienia: post, milczenie, wyłączenia telewizji, skromność oczu i języka. Najczęściej wówczas myśli się o przyłączeniu do innych pobożnych i dobrych, odkrywając życie wspólnotowe. Głównym znamieniem etapu początkujących jest też radosne przeczucie tego, że Bóg towarzyszy ludziom wierzącym w każdym, nawet najbardziej  prozaicznym momencie ich pracy, nauki albo odpoczynku.
   I oto nagle w samym centrum duchowej sielanki, w niespodziewanym choć zaiste odpowiednim momencie, pojawi się zgrzyt: Bóg, który zaprosił, odnalazł, przygarnął i błogosławił, pierwszy raz domaga się oczyszczenia. Co się stało? W momencie nawrócenia krajobraz wiary wydawał się być krainą, która opływa w mleko i miód. Tymczasem na drodze początkujących rodzą się nagle wątpliwości. Trwa modlitwa lecz gdzieś w głębi serca ożywa niepokojący dyskomfort i podnosi pierwszy raz głowę pokusa by zawrócić, odpocząć, żyć jak wszyscy ludzie, nie wygłupiać się a nawet prywatnie rozczarować się Bogiem. Co się dzieje?
   Jak mówiłem, istotą życia duchowego jest rozumny wybór, a nie bezprzytomne naśladownictwo. Podstawowym celem duchowego wzrostu nie jest sztuka ascezy ani nadprzyrodzone fajerwerki. Ascezę potrafi uprawiać tak naprawdę każdy. I każdy przeciętny, pentekostalny pastor zna się na sztuce socjotechniki czy hipnozy tłumu. Bogu chodzi jednak nie o pobożne sztuczki ale o prawdziwą motywację nawrócenia. Najczęściej bowiem na drogę początkujących - co zaskakujące lecz oczywiste - nie wchodzi się ze względu na Boga lecz ze względu na upragnione łaski. Poszukiwanie daru Bożego nie jest zaś wcale równoznaczne z poszukiwaniem Boga.
   Droga początkujących ma więc za cel oczyszczenie motywacji wiary. Pierwszy raz nawróciłeś się dla siebie, by inkasować duchowe profity: cieszyć się pobożnością, szukać w sobie nadprzyrodzoności i doceniać siebie za dobre, moralne wybory. Podczas etapu oczyszczenia jest natomiast szansa na ponowne nawrócenie, czego uczciwie domaga się Bóg. Nawrócenie od egoizmu, skupienia na sobie, poszukiwania nadzwyczajności i cudów, w stronę wolnej od tego adoracji Stwórcy. To dlatego na drodze początkujących chwile pociech przeplatają się z momentami goryczy a chwile światła z momentami buntu i zwątpienia. Wszystko po to, by dopełnił się cel tego okresu życia wewnętrznego: oczyszczenie motywacji w wyborze Boga.
   Tę przełomowy moment na drodze początkujących najtrafniej chyba, choć niezwykle radykalnie, przedstawił Jan od Krzyża, Doktor Kościoła i hiszpański mistyk XVI wieku. W swoim genialnym dziele pod tytułem: "Droga na Górę Karmel", w księdze drugiej, pisał On bowiem: "Od kiedy Bóg dał nam swego Syna, który jest Jego jedynym Słowem, nie ma innych słów do dania nam. Przez to jedno Słowo powiedział nam wszystko naraz. To bowiem, o czym częściowo mówił dawniej przez proroków, wypowiedział już całkowicie, dając nam swego Syna. Jeśli więc dzisiaj ktoś chciałby Go jeszcze pytać lub pragnąłby jakichś wizji lub objawień, nie tylko postępowałby błędnie, lecz także obrażałby Boga, nie mając oczu utkwionych jedynie w Chrystusa, szukając innych rzeczy lub nowości".
   Prolog, etap oczyszczeń albo droga początkujących to wyzwolenie autentycznej motywacji. Przyszedłeś do teatru, by przeżyć dreszczyk emocji i płakać ze wzruszenia albo ziewać i jak często to bywa - krytykować. Lecz centralna norma wolności sprawiła, że nie będziesz widzem. Zostaniesz reżyserem sztuki.

   

piątek, 24 kwietnia 2015

Impuls wobec procesu...

   Tym dokładnie, czym iskra jest wobec ognia, tym samym jest nawrócenie w stosunku do całego życia duchowego człowieka. Tak często, długimi wieczorami, w gronie dobrych przyjaciół towarzyszy nam ta chwila ekscytującego napięcia, kiedy ktoś sprawnie przykłada zarzewie do pierwszego płomienia i nagle jasność rozświetla mroczną głębię wieczoru. Któż jednak z nas pamięta o pierwszym płomieniu, gdy nadejdzie wreszcie potęga nocy? Wszyscy gromadzą się nie wokół iskry lecz blisko ognia, poszukując ciepła, bezpieczeństwa i blasku. Dlatego od dłuższego czasu moje zdziwienie budzi chyba przesadzona, współczesna koncentracja wielu na temacie nawrócenia w wierze, przy jednoczesnym odepchnięciu precz o wiele ważniejszej kwestii wytrwania w łasce.
   W świecie chrześcijańskim trwa dziś poważna dyskusja nad przynajmniej kilkoma tematami zapalnymi życia duchowego katolików, stawiając często po jednej stronie nieufnego dyskursu sceptycznych, racjonalnych krytyków, po drugiej zaś subiektywnych, namiętnych wyznawców. Brakuje wymownie środka. Oto bowiem wyruszamy choćby do argentyńskiej miejscowości Salta, gdzie od kilku lat lokalna wizjonerka, kobieta zamężna, matka kilkorga dzieci, twierdzi, iż widzi Matkę Bożą, otrzymując od Niej orędzia i przesłania. W Salta dzieją się nadzwyczajne cuda. Do Salta ciągną co sobota tysiące pielgrzymów, pragnąc kolejnego znaku. Miejscowy ordynariusz jednak robi krok w tył, nabiera dystansu, nie chce komentować, prosi Watykan o szybką interwencję. W gruncie rzeczy, jeśli przyjrzymy się bliżej tej rzeczywistości, argentyńskie Salta to latynoska kopia bałkańskiego Medjugorje, słynnego sanktuarium w Europie, gdzie od dłuższego czasu pobożny tłum odkrywa coraz to nowe charyzmaty, widzi i słyszy Matkę Bożą, a Ona nie przestaje przekazywać wszem i wobec i często swojego orędzia. Tymczasem niepokojące moralnie rzeczy miały zaistnieć w życiu kilku widzących z Medjugorje. Biskup Dubrovnika nie chce słyszeć o sprawie. Wypisuje w odpowiedzi opinię negatywną. Wszyscy spodziewają się radykalnych decyzji Rzymu. 
   I oto kilka lat temu w polskim Niepokalanowie prowadzą rekolekcje charyzmatyczne dwaj, peruwiańscy dominikanie. Z dni skupienia potem w Kościół rusza kilkudziesięciu księży, którzy rozpoczynają w wielu parafiach i seminariach, podczas pielgrzymek maturzystów i Wieczorów Chwały, kłaść ludzi na posadzkach, twierdząc, że to jest kontemplacja, jakiej surowo nawróconym udzielać może Duch Święty. Ta kontemplacja ma uzdrawiać. Co więcej, w krok za snem na posadzce kościołów pojawiają się inne zjawiska: spowiedź furtkowa, bezceremonialny chichot podczas adoracji eucharystycznej, nazywany darem wspólnotowej radości oraz powszechne uzdrowienia na stadionach. Wszystko to tłumaczy się zwiększoną, skompresowaną, zredukowaną w czasie i przyśpieszoną - ze względu na niespotykanie pogańskie czasy - działalnością Ducha Bożego. Tymczasem zaniepokojeni teologowie wskazują palcem na doświadczenie skrajnych sekt protestanckich i stadionowe zjawisko hipnozy, nazywanej Toronto Blessing, łudząco podobnej do charyzmatycznego snu na posadzkach kościołów. W końcu Komisja Episkopatu Polski niedawno, jednym dekretem, kategorycznie nakazuje zawracać od furtek do spowiedzi generalnej. Krytycy w natarciu, wyznawcy milczą, zapewne schodząc do podziemia.
   Spróbujcie, proszę, kiedyś, publicznie, w obecności wyznawców, wyrazić swoją wątpliwość. I nie to wątpienie - co zaiste byłoby gorszące - wobec istnienia Trójcy Świętej albo realnej obecności Pana w Eucharystii. W tej kwestii rozumiałbym bez słów bezwzględność pobożnego kontrataku. Wyraźcie natomiast - co jest rzeczą naturalną, bo nawet Katechizm pozostawia nam tu pełne prawo do wątpienia - delikatny dystans odnośnie autentyczności przesłań z Medjugorje lub rzekomej kontemplatywności stanu pokładania się niektórych na posadzkach świątyń. Spadną na was gromy potępienia. Oskarżą was o ateizm. Najczęstszym zaś argumentem, w imię jakiego zamyka się usta wszelkim znakom zapytania, jest hasło: milcz niedowiarku - ja dzięki temu przeżyłem nawrócenie!
   I nie przeczę. Być może. Przecież nawrócenie w wierze nie jest ani jej punktem kulminacyjnym ani jej istotą. Do nawrócenia Dobry Bóg może doprowadzić człowieka nawet za pomocą absurdu, gdy życie ludzkie zawikła się do tego stopnia i poziomu, że już tylko Miłosierdzie pozostaje sensowną odpowiedzią. Łaskawy Pan może wzywać ku przemianie wewnętrznej nawet ustami kłamców, posługując się hipokrytą, komunistą czy bankierem, których gesty, słowa lub czyny wydrążą duszę na tyle, by ktoś pojął wreszcie, iż tylko Bóg nie zawodzi. Tylu prostych ludzi zaczęło odmawiać różaniec, gdy przed laty w Polsce zapanowała moda, by oglądać Matkę Bożą na szkłach niedomytych okien - warto więc może było! Tysiące uczciwych chrześcijan zapisało się do wspólnot Krwi Chrystusa, Ruchu Rodzin Nazaretańskich czy Legionistów Chrystusa, otrzymując dar wewnętrznej formacji, choć dopiero potem odkryto przed oczyma historii wstrząsające fakty z życia fundatorów i założycieli tych ruchów. Dlaczego? Bo wytrwanie w łasce, a nie nawrócenie jest ostatecznym argumentem. Bo świadectwa przed zgromadzeniem godny jest proces, a nie pierwszy impuls. Zaświadczyć więc może prawdziwie nie ten, kogo wczoraj podobno dotknął Pan lecz ten, który od trzydziestu lat nigdy nie opuścił Eucharystii, medytował codziennie Słowo Boże i dochował wierności własnemu powołaniu, więc przez Pana był prowadzony bez cienia wątpliwości.
   Nie ma również najmniejszego sensu używać tarczy nawrócenia jako obrony przed weryfikacją zjawisk niepewnych, nieznanych lub kontrowersyjnych. Niech jeżdżą ludzie do Salta, niech na posadzkę świątyń kładą się wybrańcy, nazywając ten moment swoim nawróceniem - nie zmienia to faktu, iż Kościół wszystko, co dziwne, obce lub nowe, musi poddać badaniu, nigdy nie odmawiając swej łaski tym, którzy pragnąć będą przede wszystkim duchowego wzrostu. I jeśli pewnego dnia, weryfikacja Urzędu Nauczycielskiego stwierdzi, że ktoś do pierwszego ziarna posiewu dodał podstępem zatrute nasiona, nie musi zmieniać to faktu, że ci, którzy pracowali uczciwie potem przy uprawie zboża, mogą słusznie szykować się do żniw. Plewa zostanie odsiana od ziarna.
   Nadmierna koncentracja na pierwszym momencie nawrócenia - w jakikolwiek sposób, za pomocą jakichkolwiek narzędzi i w jakimkolwiek miejscu by ono nastąpiło -  jest jałowa, niebezpieczna i szkoda na nią czasu. Znaczący jest proces, a nie impuls. Jeśli Kościół pozwoli dziś nadmiernie rozdmuchać iskrę nawrócenia, zaniedbując wychowanie do wewnętrznego postępu, wiara chrześcijan może stać się infantylnym sentymentem. Dziś chrześcijaństwu obok kerygmatu jeszcze bardziej potrzebna jest pogłębiona katecheza, jako sprzeciw wobec ignorancji i pozytywny wykład wszystkich, możliwych do zgłębienia, przestrzeni duchowego misterium. Klasycy wiary powiedzą, że nawróceń w życiu tak naprawdę jest wiele, zaś monumentalne etapy życia duchowego są tylko trzy: oczyszczenie, oświecenie, zjednoczenie. Nie ma sensu łzawe klęczenie w miejscu pierwszego nawrócenia. Trzeba w drodze przeżyć istotną próbę wiary. Bez wyruszenia na szlak, powstaje w duszy zagrożenie egzaltacji lub wewnętrznego niedorozwoju. Podnosi głowę szybko pokusa ciągłego oczekiwania sensacji lub nadzwyczajności, prowokując chorobę auto-adoracji maniaka duchowego, który z jakiegoś motywu uwierzył, że światło jego nawrócenie jest szczególne, inne lub przełomowe w dziejach Kościoła.
    Tymczasem entuzjazm nawrócenia w niczym nie dorównuje potędze wewnętrznego wzrostu. Niepowtarzalna przygoda, zwana życiem duchowym, zaczyna się dopiero po przejściu progu nawrócenia. Pierwsza zażyłość z Panem, zawsze obecnym w tabernakulum. Kosztowanie medytacji nad Bożym Słowem. Codzienna, półgodzinna Eucharystia, przeżyta w sposób prosty, wręcz surowy, tak, aby niepotrzebne emocje nie zagłuszały wizyt Oblubieńca. Regularna praca nad sobą w warsztacie ascezy i zwarta, systematyczna spowiedź, która pozwala wstać, nabrać powietrza, kroczyć dalej niestrudzenie. Niezdobyte szczyty pokory, chwile irytacji nad sobą i pokusy zawrócenia z drogi. Wierność, co kosztuje wiele i przechodzi stopniowo w noc ducha. Bóg jakby oddala się lecz jednocześnie nie pozwala sercu umierać z tęsknoty. Potem próby wiary, obcość świata, totalne zaufanie w porażkach i na koniec miłość, wolność, pokój tej decyzji serca, które już na zawsze odkryło, że nikt na tej ziemi dla niego nie znaczy tyle, co Bóg. To dlatego nie lubię słuchać dopiero co nawróconych. Nie mają jeszcze zmarszczek, siwych włosów i nagich stóp odartych przez pustynne kamienie. Lecz szukam jurodiwych starców. W oceanach ich oczu mieszczą się trzy epoki życia duchowego.
    Dokładnie taki tytuł nosi jeden z najważniejszych w historii Kościoła podręczników ascetyki i mistyki, autorstwa Reginalda Garrigou-Lagrange'a: "Trzy okresy życia wewnętrznego". W punkcie poświęconym wymownemu zagadnieniu oczyszczenia dna woli, wybitny Autor pisze tak: "w miłości Boga niedoskonałej, czyli służalczej, dusza prawie nieświadomie szuka samej siebie. Przed świętym Janem od Krzyża Tauler kładł wielki nacisk na to, że wola wymaga oczyszczenia z egoizmu często nieświadomego, który trwa w niej od dawna, co skłania nas do niespokojnej i jałowej rozmowy z samymi sobą zamiast uspokajającej i ożywczej rozmowy z Bogiem. Tauler mówi często o tym nieświadomym egoizmie, który skłania nas jeszcze do szukania siebie we wszystkim. Widać z daleka, do jakich skrajności może doprowadzić ten osad egoizmu i pychy, który nas zaślepia i nie pozwala nam uznać naszych błędów. Jest więc rzeczą bardzo ważną, aby światło życia wiary żywej i darów Ducha Świętego przeniknęło w głąb naszego rozumu i niejako do korzenia naszej woli. Nie wystarczy do tego poznanie litery Ewangelii i uznanie jej; trzeba przyswoić sobie do głębi Jej ducha. W przeciwnym razie, pod pozorami chrześcijaństwa, w formach języka chrześcijańskiego, zachowalibyśmy w samym naszym wnętrzu coś, co nie jest chrześcijańskie i co stawia opór światłu życia; byłaby na dnie naszego rozumu i naszej woli, jakby forteca, gdzie chroni się miłość własna, która nie chce się poddać, nie chce dopuścić, by królestwo Boże ustaliło się w nas głęboko i na zawsze". (Reginald Garrigou-Lagrange, Trzy okresy życia wewnętrznego, Niepokalanów 1998, ss. 702-703) Czy ktoś z dopiero co nawróconych otworzył już spis treści tego dzieła?
   Dziś Kościołowi potrzebna jest odważna obrona procesu wzrostu wiary, a nie banalny spór o autentyczność pierwszego impulsu. Nie wolno przecież zaniedbać ognia, bawiąc się ulotną iskierką.

wtorek, 7 kwietnia 2015

Piętnaście chorób i tylko jedno lekarstwo...

   Przeżyć pierwszy raz wielkoczwartkową Mszę Krzyżma w nowej kulturze, w obcym języku i wśród dopiero co poznanych księży to wymagająca łaska, dar a zarazem lawinowy zawrót głowy misjonarza. Na tę poranną Eucharystię, złączoną z odnowieniem przyrzeczeń kapłańskich, dotarliśmy do katedry w Minas wszyscy, w liczbie dwunastu otaczając ołtarz i naszego biskupa. Z potoku sentymentów, wspomnień i refleksji skutecznie wyprowadziło mnie dobre kazanie biskupa Fuentesa, który w pewnej chwili cofnął się do pierwszego z Wielkich Czwartków, jaki rok temu przeżywał z Kościołem powszechnym nowy Papież Franciszek. Mój biskup Jaime przywołał w swoim rozmyślaniu fragment papieskiej homilii sprzed roku, w której Ojciec Święty mówił do księży: jak dobrego pasterza poznaje się po tym, czym pachną i jak tłuste są jego owce, tak dobrego księdza poznaje się po tym, czym nasycone są dusze jego parafian. Można by więc zawsze wnioskować tak: jeśli parafianie znają Ewangelię, szanują przykazania, modlą się i celebrują sakramenty, ich duszpasterz jest niewątpliwie godnym podziwu kapłanem. To rozmyślanie pochłonęło mnie bez reszty. Ciekawy to motyw i ciekawy argument kapłańskiej apologetyki na niełatwe czasy, które nieproszone przyszły.
   Pokusiłem się też i o to, by w kontekście powyższej refleksji Papieża, wrócić chwilę do innego momentu Jego dyskursu z księżmi. Pod koniec Adwentu ubiegłego roku Franciszek przyłożył bowiem z kolei siekierę do korzenia, wygłaszając słynną już mowę o piętnastu chorobach kapłańskiego żywota. Co prawda sprawa wówczas dotyczyć mogła jedynie pracy urzędników kurialnych lecz w szerokiej perspektywie uznać ją trzeba za radykalny komentarz adresowany do kapłanów w ogólności. Papież zatem wyliczał bezlitośnie to, co dręczy duszę księdza w szeregu następujących po sobie piętnastu toksyn ascetyczno-moralnych: choroba utraty autorefleksji, nadaktywizm, skamienienie umysłowe i duchowe, sztywny funkcjonalizm, chora rywalizacja, brak osobistej więzi z Chrystusem, szukanie próżnej chwały kosztem innych, podwójne życie, plotkarstwo i szemranie, lizusostwo wobec przełożonych, obojętność, smutek pogrzebowej twarzy, materializm, kolesiostwo zamkniętych kręgów i pożądanie władzy. Wtedy, w Adwencie ten opis wydawał się być bezlitosną diagnozą nowotworu, który toczy środowisko duchownych. Kiedy jednak zestawimy ten adwentowy rachunek sumienia z wielkoczwartkową nauką o duchowej kondycji owiec, zrozumiałe jest to, że Franciszek jedną ręką twardo przecina zgorzel i gangrenę - lecz zaraz drugą łagodnie podaje kapłanom zbawienne medykamenty.
   Myślę, że istnieje kilka typów antyklerykalizmu. Przede wszystkim uznać trzeba fakt antyklerykalizmu dobrego, ewangelicznego, który od serca Kościoła, od wewnątrz dąży do zdarcia fałszywej maski z oblicza księdza. Wszyscy święci byli tak naprawdę ewangelicznie antyklerykalni. Dowód na to znalazłem w myśleniu choćby świętego Josemarii, założyciela Opus Dei, który w opublikowanym już lata temu wywiadzie pod tytułem "Rozmowy z prałatem Escrivą", w punkcie 47 tej książki dowodził, że wolno nam mówić o dobrym antyklerykalizmie, który zabrania księdzu przekraczać swoje kompetencje, marginalizować i ubezwłasnowolniać świeckich, parać się politykierstwem lub zaniedbywać świat duchowy poprzez przesadne zaangażowanie w sprawy remontów, zakupów i przetargów. Taki antyklerykalizm ratuje księdza - mówili święci. Jest też antyklerykalizm prymitywny, autobusowy, złączony z szyderstwem, obelgą i opluciem. Nie można jednakże traktować go poważnie, bo stanowi niestety smutny, chodnikowy przejaw upadku kultury codziennego życia. Bywa jeszcze antyklerykalizm pobożny, taki z pierwszej ławki kościoła, kiedy niedoceniony, parafialny dewot, miast kierować się zasadą szczerości w cztery oczy, zwyczajnie obmawia swojego księdza, trawiąc godzinami w kościelnej kruchcie jego zwykłe, ludzkie, naturalne wady lub niedociągnięcia. To przykre. Jest wreszcie i antyklerykalizm ideologiczny, spadek komunizmu lub wykwit masoński, który w białych rękawiczkach, medialnie i systematycznie, inteligentnie, z drakońską konsekwencją, przerabia kapłanów na męczenników. I dobrze.
   Natomiast w rozmowach z niektórymi księżmi - szczególnie uformowanymi w kulturze polskiej, starszymi, przyzwyczajonymi do bardzo wysokiej pozycji kapłana w społeczeństwie - wyczuwałem od dłuższego czasu obawę o to, że we współczesnym świecie głowę podnosi osobliwa i nowa forma antyklerykalizmu: antyklerykalizm papieski! Czy zatem papież Franciszek jest antyklerykałem? Nie sądzę. Runie życie tego, kto pod sobą samym wybija fundament, na którym stoi. Ojciec Święty jest natomiast typowym jezuitą XX wieku z lekkim, latynoamerykańskim nachyleniem lewicującym. Jako typowy i taki właśnie jezuita totalnie utożsamia się z duszpasterzem, który przestał pilnować plebanii, nasłuchując odgłosów z kamienic, placów, slumsów i przedmieści. Papież jest też misjonarzem z delikatnym kompleksem niedokończonego doktoratu, który nie godzi się na to, by elitarnie wysłużone lub wykształcone tytuły i stopnie, oddzielały księdza od świata biednych, zwykłych ludzi, jaki w pejzażu życia społecznego ciągle jest absolutną większością. Franciszek czuje się wreszcie reformatorem Kościoła - taką zresztą misję nałożył na Niego kontekst epoki - i ukryć się nie da, że w pierwszym szeregu aktualnej reformy trzeba ustawić relacje świata kapłańskiego i biskupiego.
   Może więc zamiast obrażać się, narzekać, robić Ojcu Świętemu na złość, powołując nowe kapituły kanoników i prałatów, wyciszać oraz przeczekiwać, warto raz jeszcze przełknąć podawane nam lekarstwo? Zabieg Franciszka, jaki Papież chce przeprowadzić na ciele pacjenta - kapłana, polegać właściwie ma na tym, co On sam, w swojej jedynej jak dotąd adhortacji, nazwał nawróceniem pastoralnym. Mimo, iż diagnoza jest trudna, to rehabilitacja powinna być prosta: ksiądz odnajdzie zdrowie duszy, gdy przesunie centrum weryfikacji wartości swojego życia, apostolstwa i posługi z opinii kurialnych struktur na miłosną wdzięczność i zażyłość owiec. To naprawdę proste. Przestań myśleć, kiedy otrzymasz lepszą parafię, tak zwany awans, zgodę na dłuższy urlop lub zagraniczne studia, kiedy taki czy inny funkcjonariusz kurialny obdarzy cię strzępem zaufania oraz to, czy pod koniec życia ktoś przypomni sobie o twoich zasługach i wyślę ci jakiś tytuł na otarcie łez? To jest źródło zapalne choroby. Wielokrotnie ja sam, ze zdumieniem widziałem, jak dziesiątki wybitnych duszpasterzy, zmęczonych poważnym trudem apostolskim w swoich placówkach, wchodziło w progi tej czy innej kurii diecezjalnej: jakby z góry skruszeni, pochyleni, w poczuciu niższości, zastraszeni, poniżeni w lęku. Nie ma do tego żadnego powodu, bo po po to właśnie w każdej diecezji działa struktura urzędowa kurii, by to ona pełniła dyskretną, kompetentną, grzeczną i całkowicie służebną rolę wobec każdego, uczciwego wysiłku duszpasterza, który przecież stoi na pierwszej linii frontu. Zacznij więc bardziej  niż kurialnej opinii szukać tego, czego pragnie twoja owca i czego jej jeszcze brakuje, zbuduj pomost między ulicą, aulą, teatrem a plebanią, godzinami rozmawiaj z ludźmi i bądź dla nich mistrzem życia wewnętrznego. Pod wieczór twojego istnienia odkupiony człowiek zweryfikuje obiektywnie wartość twoich święceń. To jest papieskie źródło kapłańskiej rewitalizacji.
   Ucieszyłem się bardzo, gdy prawie rok temu, na prymicyjnym obrazku jednego z zaprzyjaźnionych i młodych księży mojej diecezji, znalazłem - wyjęte z ust Franciszka Papieża - argentyńskie motto o pasterzu pachnącym owcami. Czas oczyści intencje, nieubłaganie udowadniając, czy sutanna młodych księży przeniknięta będzie kiedyś zapachem kurialnych korytarzy, czy też kurzem konfesjonału? Przed laty zapamiętałem znakomite kazanie, jakie głosił w seminaryjnej, płockiej kaplicy ksiądz Tomasz Opaliński, dziś już moderator krajowy Kościoła Domowego. Środowy Kaznodzieja odwołał się wówczas do jednego z aforyzmów księdza Twardowskiego, pytając nas: ośle, gdzie są twoje ideały? I kazał nam wtedy do zaklejonej koperty włożyć list napisany do samego siebie - list z jasnym ustaleniem ideału służby, apostolstwa i kapłańskiej modlitwy. Należało go otworzyć po latach, po latach, po latach. Rzeczywiście, na piętnaście śmiertelnych chorób księdza, istnieje tylko jedno, autentyczne lekarstwo.

wtorek, 24 lutego 2015

Msza dla mistyków...

   Gdy człowiek podejmuje decyzję o wyjeździe misyjnym, z miejsca staje się medialną gwiazdą. Dziennikarze kupują temat, sądząc, że misja to bieganie po buszu, gorący tropik, pająki w łóżku albo zupa z małpiego ogona. Przeżyłem to na własnej skórze, gdy na miesiąc przed wyjazdem do Ameryki Łacińskiej, otrzymałem od jednego z redaktorów Gościa Niedzielnego listę egzotycznych pytań odnośnie do. Odpowiedziałem szczerze, a po dwóch tygodniach przeczytałem samego siebie, ze zdumieniem konstatując, że przeszły wszystkie wypowiedzi przyszłego misjonarza - poza jedną! Nie puszczono mojego zdania o tym, że dla potencjalnego księdza w kryzysie widzę dwa, pomocne rozwiązania: po pierwsze - by skorzystał z kanonicznego prawa do odpoczynku w roku sabatycznym i dobrze zaplanował ten czas na studium, rodzinę, przyjaciół, podróże, lekturę oraz modlitwę; po drugie - by nauczył się odprawiać Mszę Trydencką, a jak sądzę, kryzys nadaktywizmu, wypłukania lub zwątpienia powinien ustąpić. Wówczas nie zrozumiałem, dlaczego to jedyne zdanie rozbiło się o mur współczesnej, wewnątrzkościelnej cenzury?
    W swoim życiu wielokrotnie odprawiałem Mszę Trydencką. Najpierw wynikało to z prośby pewnej grupy katolików, którzy pragnęli uczestniczyć w tej formie liturgii Kościoła i na mocy decyzji Benedykta XVI, mieli pełne prawo oczekiwać takiej posługi od swojego duszpasterza. Lojalność duszpasterska szybko jednak przerodziła się w osobistą formę pobożności. Widząc, jaki dar otrzymałem od Jezusa przez Kościół, rozmiłowałem się w Tridentinie. Jest to bowiem liturgia, która bez dwóch zdań obdarza kapłana bezwzględnym przywilejem skupienia i niepowtarzalnej bliskości Jezusa Eucharystycznego. Pokochałem szczególnie ten moment Mszy Trydenckiej, który nosi prastarą nazwę: Introit. Cudowna chwila pochylenia ciała, recytacji psalmu i aktu pokutnego, której nie zastąpi nawet najbardziej kunsztowny śpiew utalentowanego organisty, kantata chóru parafialnego ani długa procesja na wejście z mnóstwem ministrantów na czele. Zatapiałem się potem w nieskończoną ilość ucałowań ołtarza, które - dla nieznanego mi niestety motywu - zignorowano w odnowionej formie liturgii posoborowej. Nareszcie podczas Mszy mogłem nasłuchać się ciszy. Wzruszało mnie oparcie ciała księdza o ołtarz podczas konsekracji i wyniesienie żywej Hostii wysoko w górę, ponad świat cały, przy jednoczesnym uniżeniu się - klęczącego w tym odwiecznym momencie - odkupionego stworzenia. Rozumiałem też, że Tridentina jest Mszą bardzo dedykowaną dla kapłana, z dyskretnym udziałem Ludu. Pojmowałem, że w tej formie liturgii mogą owocnie uczestniczyć tylko ci chrześcijanie świeccy, którzy zostali odpowiednio przygotowani i wtajemniczeni w całą głębię i bogactwo monumentalnych obrzędów. Choć znałem też ludzi, którzy na Mszę Trydencką weszli z biegu, nie czytając wcześniej żadnych instrukcji i zostali dotknięci w duszy pięknem czystej, niczym nieprzesłoniętej, obecności Pana. Uważam, że Msza Trydencka to liturgia mistyków.
    Nie wypraszajcie, proszę, mistyków z Kościoła. Wraz z ich odejściem zabrakłoby Kościołowi mądrości i głębi. Mistyk bowiem to chrześcijanin, który za życia doczesnego przeczuwa już to, czym wszyscy zostaniemy poruszeni w wieczności. Niepokoję się bardzo, że w chwili, gdy zamknięto na klucz monastyczną pustelnię mnicha Benedykta XVI, zawężono jednocześnie najszersze horyzonty chrześcijaństwa, które ten Papież chciał przed nami odsłonić. I dziś ogarnia nas, katolików, jakaś mocno męcząca mania duszpasterska. Jakby katolicy stali się czytelnikami tylko jednej i tej samej adhortacji. Wszyscy więc nagle jesteśmy ewangelizatorami albo misjonarzami. Kościół chwili obecnej, że posłużę się pewnym obrazem, zdaje się przypominać pewną grupę parafialnych aktywistów, którzy z autentyczną gorliwością zapragnęli w swoim mieście zorganizować procesję, aby wyjść z Jezusem na ulice. I oto mają w swych rękach już wszystko: feretrony, transparenty z iście porywającym hasłem - Bóg cię kocha, to wielka radocha - świece, ulotki ewangelizacyjne, obrazki z papieżem Franciszkiem, aby rozdawać je dzieciom na chodnikach. Procesja rusza z głośnym śpiewem i pobrząkiwaniem gitar. Akcja ewangelizacyjna zaplanowana z entuzjazmem. Wiosna wspólnoty, wszystko będzie dobrze, szerokie uśmiechy na twarzach. Tylko z ołtarza parafialnego kościoła, w misyjnym rabanie przygotowań i metod, zapomniano jakby zabrać monstrancji...
    Otóż nie wszyscy w Kościele będą misjonarzami albo ewangelizatorami. W świecie chrześcijańskim każdej epoki dziejów jednakowym szacunkiem cieszyć się będą jeszcze mnisi, opiekunowie biednych, teologowie, rodzice katolickich dzieci i milczący pisarze ikon. Na szczęście w Kościele wszystkich wieków mieliśmy i mieć będziemy zarówno aktywistów jak i kontemplatyków, ubogich duchem oraz wybitnych myślicieli, duszpasterzy i profesorów, kaznodziejów i mistyków, którzy z jednakową godnością dziecka Bożego oczekiwać mogą zbawienia. Należy pokornie pamiętać, że każda, skuteczna akcja misyjna w Kościele ma u swoich źródeł zdrową doktrynę i milczącą modlitwę dusz klauzurowych. Jestem więc przekonany, że jeśli do głównej nawy współczesnego Kościoła wstawiono bez kontroli rozliczne metody protestanckiej ewangelizacji, to choćby skromnego, bocznego ołtarza nikt nie odmówi i mistykom. Mówiąc inaczej - jeśli w Kościele katolickim mieszczą się Wieczory Chwały, nie widzę żadnego powodu, by z tego samego Kościoła rugować liturgię Mszy Trydenckiej. Czyż nie uczymy się dziś wyrozumiałego dialogu wszystkich ze wszystkimi? 
          Dlatego tym razem ja nie wierzę w autentyczność kolejnego przecieku z Watykanu. Plotkuje się już tam i tu, iż podczas ostatniego spotkania z księżmi Rzymu, papież Franciszek miał powiedzieć: że zgoda na przywrócenie rytu trydenckiego to pomyłka, że papież Benedykt XVI zrobił to, by udobruchać lefebrystów i konserwatywną flankę w Kościele oraz że niektórzy księża, związani z nowym ruchem reperacji liturgicznej, mają problemy psychologiczne i moralne. Nie wierzę w takie przecieki. Mój Papież nie mógłby nawet wypowiedzieć tak niewyważonej opinii. Nie mógłby, ponieważ jest to zdanie nielogiczne i z gruntu krzywdzące, które oznaczać by miało, że księża niezwiązani z Mszą Trydencką nie mają problemów moralnych i psychologicznych? Franciszek, wychowany w zakonie jezuitów, gdzie dominuje logika w edukacji, nie mógłby wypowiadać tak nierzeczywistych teorii. I nie mógłby, ponieważ wielokrotnie odwiedzał Benedykta XVI, przez długie chwile dialogując z Papieżem emerytem. Franciszek pojmuje więc doskonale, że motywem zgody na powrót Mszy w rycie nadzwyczajnym do Kościoła, nie jest podlizywanie się tradycjonalistom ale wielka, naczelna idea pontyfikatu Raztingera o ciągłości chrześcijaństwa. Jestem pewien ponadto, że kardynał Bergoglio - jak każdy szanujący się biskup i ksiądz - na kolanach czytał nie tyle książkę Waltera Kaspera, co ponad wszystko wiekopomną pozycję o tytule: "Duch liturgii". Dlatego nie mógł tego powiedzieć również i z tego powodu, że Papież spotyka się z księżmi, by ich wzmacniać i formować, a nie obrażać. A we współczesnym świecie chyba żadna inna grupa kościelna nie potrzebuje tak bardzo Piotrowego umocnienia jak kapłani. I na koniec, papież Franciszek nie mógłby tego powiedzieć, bo sam siebie definiuje jako praktycznego duszpasterza. Obeznany więc w realnej rzeczywistości pasterz bez trudu odróżnia tych księży, którzy wiążą się z tradiświatem dla własnych, niespełnionych ambicji, tytułów, strojów, rękawiczek, koronek lub złoceń - od tych księży, którzy kochając Tridentinę, po prostu pragną w Kościele większego szacunku dla Eucharystii. Dlatego nie piszcie już takich zdań więcej. Nie wierzę w żadne przecieki. Choć rozumiem, że w Kościele dziś żyją ludzie, którzy treść takich przecieków, dla wiadomych sobie powodów, mogliby łatwo wymyślać.
        Kilka dni temu otrzymałem z Polski przesyłkę. A w kartonie cała zakrystia: piękny ornat i godne sprzęty liturgiczne, które służyć będą przez lata w dopiero co powstającym kościele urugwajskiego sanktuarium na wzgórzu Verdun. Ten dar przesłał mi, zupełnie bezinteresownie, kierując się czystą miłością do liturgii, między innymi ksiądz Marcin Węcławski, proboszcz na poznańskiej Wildze, kapłan wzorowy i dojrzały, mistrz, który podczas wielu spotkań w Polsce, uczył mnie postaw ponadprzeciętnych. Wszyscy też wiemy, jak wielkim miłośnikiem Mszy Trydenckiej jest właśnie ks. Marcin Węcławski. Wznieca się więc w Kościele prawdziwe światło ewangelizacji, gdy misjonarze szanują mistyków.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Chapucera...

   Jednym z ciekawych odkryć podróżnika jest ewolucja mowy, jaka dokonuje się w krajach, które czasem - z racji kulturowych, politycznych lub historycznych - zapożyczają swoje narzecze urzędowe od silniejszego, sąsiedniego kraju, w którym taki język służył od wieków jako naturalny i oryginalny środek komunikacji. Wówczas, w kraju kopiującym narzecze pojawia się wiele, dowolnych wariacji gramatycznych, fleksyjnych i słowotwórczych. Słyszałem to wielokrotnie choćby w Irlandii, która swój rodzimy język celtycki, z racji złożeń historycznych, zastąpiła już faktycznie angielskim. Ileż to Irlandczycy mają wyrażeń, których próżno szukać w poważanych słownikach brytyjskich. Podobnie jest w Urugwaju, który od konkwistadorów iberyjskich nauczył się przed wiekami hiszpańskiego. Czasem więc z radością obserwuję dialog rodowitego Hiszpana z Urugwajczykiem, gdy zakłopotany Europejczyk, który teoretycznie wyraża się w tej samej mowie, nieśmiało przerywa i dopytuje Latynosa: co też on przez to słowo chciał mu przekazać? Tak też było ze mną parę dni temu, gdy na ulicy, podczas spaceru, usłyszałem urugwajską mutację słówka, którego próżno szukać w oficjalnych słownikach hiszpańskiego: chapucera... Po wielu konsultacjach ustaliłem, że to tajemnicze określenie oznacza tu osobę nieczystą, nieuporządkowaną, brudną i byle-jaką w swoim zewnętrznym zachowaniu.
   Słówko chapucera wróciło do mnie podczas medytacji nad pierwszym rozdziałem ewangelii Marka, który zanotował z dokładnością, nie jeden raz cechującą i weryfikującą pozytywnie kronikarską robotę Ewangelistów, że Jezus w synagodze w Kafarnaum wyrzucał demona - to fakt - ale wyrzucał demona o konkretnym przydomku: duch nieczystości (por. Mk 1, 23-26). Chwilami myślę, że dożyliśmy czasów, w których ogólnie bardzo rzadko mówi się o cnotach. A chyba najczęściej przemilczaną dziś taktownie, poprawnie, z palcem na ustach i spuszczonymi oczyma, jest właśnie cnota świętej czystości. Nie wiemy jak poradzić sobie z tematem. Mam odczucie powszechnej kapitulacji. Bezradni rodzice - statyczni obserwatorzy erupcji zdrowych zasad moralnych, zawstydzeni prawie powszechnie legalnym już nawykiem konkubinatu przedślubnego ich dzieci. Posądzani o tradycjonalizm wychowawcy, którym do szkół lewicowi politycy próbują wstawić maszynę z prezerwatywą. I represjonowani duchowni, których postawiono do kąta z piętnem medialnego przewinienia, bo przecież oni sami nie potrafią posprzątać we własnych szeregach, więc jak mogą innych pouczać o czystości. Boję się, że ostatnim aktem kapitulacyjnym Kościoła w tym temacie jest obecny synod o rodzinie, którego zarząd jednoznacznie i bez zbędnych frazesów, wywiesił białą flagę, w myśl tchórzliwej ideologii: jak nie potrafimy sobie poradzić z nieczystością, to musimy ją zalegalizować duszpastersko. Czy za chwilę brukowe słówko "chapucera" zostanie wpisane przez sekretarza synodu do oficjalnego słownika teologicznego chrześcijaństwa naszego czasu?
   Chciałbym więc stanowczo powtórzyć za Josephem Ratzingerem: ja wierzę ewangelii. Nasz Pan jednak wyrzucał, a nie legalizował. Jezus z Nazaretu, dokładnie w czasach, kiedy w ostatnim paroksyzmie obyczajowej śmierci wił się w śmiertelnym bólu wielki, starożytny Rzym - Rzym ostatecznie dobity ostrzem etycznego zepsucia, które w swej nieczystości sięgnęło wówczas zenitu hipokryzji - twierdził uporczywie, że tylko ludzie czystego serca będą oglądać Boga (por. Mt 5, 8). Nasz Pan nie był surrealistą ale Bogiem wcielonym w Człowieka. Jeśli więc wymóg czystości był możliwy w czasach agonii zepsutej kultury antycznej, musi być on tak samo aktualny i dziś, w łudząco podobnych okolicznościach. Czystość seksualna jest zawsze możliwa.
   Co więc oznacza cnota czystości? Pragnę najpierw zauważyć, że nie godzi się rozpatrywać jej wartości w świetle jakiejkolwiek restrykcji obyczajowej. Nie dlatego chrześcijanie powstrzymują się od współżycia pozamałżeńskiego, chronią siebie i dzieci od pornografii, cenią wciąż wstydliwość oraz intymność ciała ludzkiego, bo tak nakazał im kiedyś jakiś kostyczny papież. Nie prawda. Przestrzegamy czystości, ponieważ w ciele człowieka ochrzczonego przemieszkuje Stwórca. Ciało nie jest więc godnym pogardy dowodem przemijania ale świątynią Boga. Ponadto, rzekłbym, iż cnota czystości jest wprost odpowiedzialna za równowagę osobowościową człowieka. Mówiąc prosto, człowiek czysty jest jednocześnie radosny, entuzjastyczny, podziwia piękno świata, mówi pozytywnie i chce mu się żyć, pracować, działać, poszukiwać. Człowiek owładnięty nieczystością ma oczy pełne palącego płomienia, trawi go wewnętrzny niepokój, smutek, nieład, całe jego wnętrze jest zacienione podstępną toksyną pożądania, które narasta, konsumuje nadzieję i pozostaje niezaspokojone w swej posesywności drugiego. Tak ważna jest cnota czystości. Jest źródłem entuzjastycznej żywotności człowieka.
   W jaki więc sposób dziś praktykować czystość seksualną? Osobiście złożyłbym odpowiedź z trzech poziomów ascetycznego wysiłku rozumnego przecież człowieka. Czystość jest wciąż możliwa dzięki pracy na poziomie: naturalnym, personalnym i nadprzyrodzonym.
   Poziom naturalny to przede wszystkim słowo: porządek. Ciało wymaga pewnego respektu. Należy okazać ciału szacunek głównie przez uznawanie praw ludzkiej płciowości. Mężczyzna musi być mężczyzną, musi ubierać się jak mężczyzna, pracować, mówić i chodzić jak prawdziwy mężczyzna. Podobnie i kobieta musi być sobą: w wyglądzie, słowach i czynnościach życia codziennego. Wówczas ciało zachowuje swój porządek, który wspomaga wzrost w cnocie czystości. Do poziomu naturalnego respektu dla praw fizycznych należeć też będzie harmonia aktywności i odpoczynku, postu i zabawy. To wszystko jest tak proste, a jednak ma swoje znaczenie. Odebranie specyficznej odpowiedzialności i charakterystyki płciowej mężczyźnie i kobiecie, kończy się właśnie wrzuceniem ich w nieład zmysłowości.
   Poziom personalny to z kolei słowo: taktyka. Każdy człowiek posiada swą własną wrażliwość seksualną. I zmysły oraz uczucia każdego z nas przeszły już przez swoją, własną historię. Sądzę więc, że nie da się zbudować podręcznikowej metody w przestrzeganiu cnoty czystości. Dążąc w jej kierunku człowiek musi znać siebie, nazwać własną wrażliwość, rozeznać punkty słabe i mocne, chroniąc linię wyobraźni i zmysłowości od nadmiernego lub nawet zbytecznego napięcia. Brak roztropnej taktyki, naiwna otwartość na pokusę lub lekceważenie higieny seksualnej, kończy się wypluciem biednego rozbitka poza burtę czystych obyczajów.
   Wreszcie poziom nadprzyrodzony to: umartwienie. To banalne lecz trzeba modlić się o cnotę czystości. Myślę, że szczególnymi wspomożycielami chrześcijan będą tu Najświętsza Dziewica i święty Józef, Jej przeczysty Oblubieniec. Szkoda, że w naszych kościołach tak rzadko śpiewa się dziś akty uwielbienia po wystawieniu Najświętszego Sakramentu. A one właśnie są prostym memento codziennej czystości dla prostych i pobożnych. Nigdy nie można czuć się pewnym siebie w kwestii czystości, ciało bowiem człowieka najbardziej obarczone jest efektem grzechu pierworodnego i cierpi jego skutki. Ważne więc będą również drobne, stosowne, fizyczne umartwienia, motywujące ociężałą seksualność do pójścia w górę: czasem odrobina chłodnej wody, skorygowanie spojrzenia i dotyku, ograniczenie bodźców słuchu, zapachu lub wzroku, mała dawka niewygody fizycznej, która uczyni ciało bardziej surowym lecz także zwartym i sprawnym, sport lub wreszcie cały szereg godnych umartwień fizycznych, których katalog z łatwością odnajdziemy w starych katechizmach, wyrzuconych na strych książeczkach do nabożeństwa lub archiwizowanych tu i tam podręcznikach mistyki i ascetyki. Zdrowe umartwienie, wbrew sądom ekologów i obrońców praw człowieka, w niczym nie deprecjonuje godności ludzkiego ciała.
   Ponad tę triadę istotne znaczenie ma jednak zasada fundamentalna. Współczesnym dyktatorom propagandy udała się jedna sztuczka: przekonać nas, chrześcijan, że seksualność ma charakter absolutny i jej prawom nie można się sprzeciwiać. Co więcej, że wykładnia Kościoła o czystości, o wolności wobec samogwałtu i pornografii, o wzajemnej wierności lub powściągliwości, a szczególnie o dyscyplinie celibatu wśród duchownych, jest przeciwna naturze. To kłamstwo. Fizyczność ma zawsze charakter podległy i nigdy nie jest absolutna. Fizyczność kończy się kiedyś, marnieje i przemija, stąd jakiekolwiek jej prawa należy poddać wymogom ducha, który jedynie w człowieku jest wieczny. I tu tkwi odpowiedź o praktyce czystości dziś. Stosunek ciała do ducha opisałbym za pomocą przykładu dłoni oraz rękawiczki. Nikt rozumny nie będzie twierdził, że rękawiczka odkształca się samoczynnie. Nie, ona reaguje tak, jak działa cała dłoń. Otóż właśnie rękawiczką na dłoni jest seksualność człowieka. Jeśli więc dłoń jest spokojna, harmonijna i ułożona z życiem, tak samo odkształcać się będzie rękawiczka zmysłów. Jeśli jednak szaleje serce człowieka, niszczy go pycha, lęk, nieład i zmienność - rękawiczka zwariuje. W ładzie ducha znajduje swe skuteczne źródło codzienna praktyka seksualnej czystości.
   Odwagi. Trochę żałuję, że gdzieś i nagle z pejzażu polskiego duszpasterstwa zniknął ruch, który kiedyś narodził się, ogłaszał i ucichł: Ruch Czystych Serc. Pewnie to było tak, że ten i ów duszpasterz ogłosił spotkanie i do salki parafialnej przyszła trójka młodych osób, którzy w myśl polskiego tryumfalizmu skończyli swą formację w Oazie. Dobre i to lecz mnie tutaj, w Urugwaju, misyjna siostra bieda nauczyła już pracy jeden do jednego. Zresztą właśnie cnota czystości rozwija się nie inaczej jak przy wsparciu intymności. Warto więc rozpocząć od trzech, duszpasterzu. Nasz Pan rozpoczął kiedyś od Marii Magdaleny.

wtorek, 27 stycznia 2015

Plus przed imieniem Franciszka...

   Wszystko zaczęło się od tego, że nie wytrzymał Ziemkiewicz i zbyt głośno rąbnął twardą ręką w rozgrzaną do białości klawiaturę. Dwa dni później znakomity publicysta swoje emocje racjonalnie i dużo spokojniej wyłożył w osobnym, szczerym i autentycznym do bólu felietonie. Uprzedził zresztą polskiego dziennikarza sam Papież, który w trakcie środowej audiencji, jednoznacznie i w sposób godny swojej funkcji, odwołał chaotyczne wypowiedzi o królikach, besztaniu jakiejś kobiety po wielu cesarkach oraz kopaniu w cztery litery i udawaniu głupka. Potem na jakimś publicznym portalu społecznościowym, przeczytałem krótką refleksję Pawła Milcarka, który podróżując zapewne kolejką WKD z Warszawy do Brwinowa, napotkał jegomościa, co prawda nieznanego mu bliżej lecz doskonale zorientowanego w meandrach katolickich dysput i konfliktów. Ów pan, po chwili oswojony, miał zapytać Milcarka: "czy Pana stosunek do Papieża jest ambiwalentny?" Być może liczył na złożoną wykładnię filozoficzno-antropologiczną ale otrzymał prostą odpowiedź wierzącego szczerze katolika: "Ależ skąd! Przecież to Ojciec...".
   Przedwczoraj zadzwoniła do mnie z kolei znajoma Siostra z Tanzanii, z którą warto rozmawiać na powyższe tematy, bo nie tyle jest bezwzględnie uformowana w pobożności zakonnej, co raczej myśląca. Podczas długich minut szczerego dialogu s. Monika poprosiła w końcu: "ale przecież Duch Święty nie mógł dopuścić do pomyłki podczas liczenia głosów na konklawe. Więc z pewnością i ten pontyfikat ma swoje dobre strony, które trzeba by jakoś wypunktować, aby - w ogniu podnoszonej coraz mocniej krytyki - nie zlekceważyć tego, co do nas mówi dziś Duch przez Franciszka." Na drugi dzień, jak zawsze z rana, modliłem się w ciszy mojej, misyjnej, parafialnej kaplicy, mając przed oczyma, zawieszony wysoko na bocznej ścianie, portret argentyńskiego Papieża. I wówczas pomyślałem: ilekroć w swoim życiu otrzymywałem jakiś list lub mail lub choćby wiadomość telefoniczną od katolickiego biskupa, zawsze przed jego imieniem podpisany był tradycyjny plus albo tak zwany krzyżyk. Na portrecie Papieża w mojej kaplicy widnieje tylko, streszczone pochyłą, niepewną kursywą, suche imię: Franciszek. Po tamtej, rannej medytacji, stanowczo postanowiłem dopisać tam plus albo nawet kilka plusów trwającego prawie od dwóch lat, latynoamerykańskiego pontyfikatu.
   Pierwszy plus to zdecydowanie duszpasterska orientacja papieża Franciszka. On nie jest i już nie będzie wytrawnym teologiem. Nie głosi płomiennych kazań i zapewne nie napisze żadnego dokumentu, który prawdy katolickiej wiary oświecałby przez wieki. Zresztą, jak można ocalić w głowie intelektualny dryl, prawie połowę życia biskupiego dedykując slumsom? Ale jest niezmiernie utalentowanym duszpasterzem. Lubię oglądać amerykańską telewizję katolicką EWTN, która dobrych parę miesięcy temu transmitowała klasyczne Nabożeństwo Fatimskie z Placu Świętego Piotra. Prowadził modlitwę sam Papież. Osobiście, ze skupieniem, jak znakomity, bliski człowiekowi proboszcz. A przecież tym właśnie jest posługa biskupa i księdza. Jest twórczym duszpasterzowaniem. Do tego wolno nam sprowadzić kapłańskie powołanie. Nawet ci spośród nas, którzy obdarzeni są wybitnym światłem intelektu i prowadzą akademickie badania, zawsze powinni spowiadać, głosić kazania i choćby przez kilka dni pomagać duszpasterzom w kolędzie. Żeby nigdy nie wywietrzał z ich serca zapach owiec.
  Drugi plus to - w linii prostej konsekwencji - zdecydowanie duszpasterskie nominacje biskupie ostatnich lat. Jakoś skończyły się nam sakry profesorów teologii, sekretarzy, kurialnych urzędników, salonowych dyplomatów lub specjalistów od noszenia teczki. Na stolice biskupie coraz odważniej powoływani są wykształceni i zdolni proboszczowie, wybitni i spracowani misjonarze lub skromni ojcowie duchowni tych seminariów, w których zdrowa formacja zapewnia wciąż stały dopływ nowych powołań kapłańskich. I bardzo dobrze. W ten sposób ludzie w diecezjach otrzymują bliskich im pasterzy, a oni do swoich braci mówią normalnym językiem. Co więcej, tacy biskupi zaczynają pisać jakikolwiek program ewangelizacji Kościoła nie od pytania: jak to będzie widziane w Watykanie? Lecz od życiowego doświadczenia bólu, samotności, zwątpienia, które jest także udziałem ich życia.
  Z radością kolejny plus na portrecie Franciszka stawiam przy decyzji o wycofaniu z oficjalnego obiegu feudalnej tytułomanii kościelnej. Przyznam się zupełnie szczerze, że od lat seminaryjnych takiej decyzji osobiście wyglądałem, nie mogąc pojąć za nic, co feudalna nomenklatura może mieć wspólnego z Ewangelią? Rozumiem, iż tytuł prałata lub kanonika zasłużenie może nosić ksiądz, który w wiernym kapłaństwie ofiarował Bogu lata swego życia, jest wzorem moralnym, budował kościół duchowy i materialny, ryzykował życie na misjach lub podczas komunizmu w plebanii ukrywał ludzi walczących o wolność swojego narodu. Zapewne taki ksiądz nie potrzebuje już tytułów, ciesząc się autorytetem wielu. Tyle razy jednak patrzyłem w katedrze na zdezorientowanych ludzi, którzy szukając więzi z Panem przyszli na Mszę Święta i nie rozumiejąc nawet dlaczego, zmuszani byli do klaskania kolegom z kurii kanonikom i prałatom, słuchając długimi minutami nie Bożego Słowa, ale usztucznionych laudacji z ą i ę w nienagannej dykcji. Rzeczywiście, wydaje się, że karnawał powoli się kończy.
   Czwarty plus Papieża to genialne wyczucie społeczne. O ile Franciszek zdecydowanie nie jest teologiem, o tyle z wybitną swobodą porusza się w tematach katolickiej nauki społecznej. Tego nauczył Go Kościół Ameryki Południowej, gdzie wciąż, nieraz w bolesny i bezradny sposób, krzyżują się drogi wiary i polityki. Bergoglio wyrasta z takiego konfliktu. Bergoglio był sympatykiem Perona. Przetrwał grozę argentyńskiej dyktatury. Bergoglio codziennie chodził do biednych i naprawdę poruszał się metrem, dlatego odczytuje bez błędu puls życia społecznego. Jakkolwiek prawdą jest, że nie możemy Ewangelii odmówić wykształconym i bogatym, to jednak smutnym faktem tego świata jest również to, że biednych i ociemniałych - może poza Europą - jest jednak zdecydowanie więcej. Chciało mi się klaskać, gdy oglądałem, intuicyjnie przeprowadzoną przez Franciszka, pielgrzymkę do Ziemi Świętej, podczas której katolicki Papież ważnym gestem zdołał choć na chwilę pojednać odwieczną wrogość Izraelity i Palestyńczyka. Otwierałem też usta z zachwytem słuchając ostatniego przemówienia Franciszka w europejskim parlamencie. Trzeba rozumieć świat, by mieć odwagę powiedzieć w oczy utuczonym i obojętnym moralnie europosłom: dziś Europa podobna jest do starzejącej się, tetrycznej kobiety, a uratować jej młodość może jedynie głębokie odczytanie symboliki fresku w watykańskiej, papieskiej kaplicy. Fresku, na którym Platon wskazuje palcem w niebo, zaś Arystoteles przeciwnie - ku ziemi. Franciszek im to w końcu powiedział.
   Wreszcie mój ostatni, osobisty plus wpisuję przy papieskim wykrzykniku: musicie umieć rozmawiać z ludźmi oddalonymi od Kościoła! Ja przynajmniej o tym ostatnio zapomniałem, pogrążając się w odmętach fałszywego mistycyzmu i budując mur twardej apologii wokół twierdzy Katechizmu. Niech więc w nas Papież obudzi pamięć zmarłego przed laty Tischnera, który gór nie sprzedał, ale odwiedzał często tych z dołu, z równiny, z krajobrazu, który męczy i zanudza.
    Tyle plusów - plusów, nie krzyżyków - chciałbym umieścić pod portretem Papieża, przed Jego imieniem, na błękitnym obrazie pontifeksa z mojej, misyjnej kaplicy. I pragnę je umieścić nie z przyzwoitości lub na prośbę kogoś albo dla świętego spokoju teologicznego pacyfisty. Namaluję ten plus, ponieważ wierzę, że Papież nie jest członkiem ani partii Kaspera, ani partii Burke'a ale Magistrem, który - jak większość Jego Poprzedników - wytłumaczy nam jeszcze niezawodnie współczesny sens Ewangelii. A że jest tylko człowiekiem, to chyba każdy już widzi...

czwartek, 8 stycznia 2015

W muszelkach twoich dłoni... (por. Mk 10, 17 - 30)

     W piosence Grzegorza Turnaua o wyżej zapisanym tytule, przez nostalgiczny nurt muzyki, przebija głęboko uspokajająca prawda o człowieku. Prawdą o człowieku jest Krzyż Chrystusa. Nie mówię tu mistycznie, metaforycznie albo symbolicznie lecz jak najbardziej realistycznie. Rzeczywistość Krzyża skonstruowana jest z dwóch, wydawać się może, sprzecznych orientacji: to, co wertykalne, wysokie, zmaga się w Krzyżu z tym, co płaskie i horyzontalne. Dlatego upieram się twierdząc, że Krzyż to dopełniona praktycznie antropologia. Jesteśmy bowiem w sobie wielcy, wzniośli, kroczący wzwyż, zdolni do heroizmu i nieznanych historii poświęceń - jesteśmy już odkupieni. I zarazem jesteśmy po ludzku mali, grzeszni, uparcie docześni. Wczoraj wojownicy, a dziś politycy. Wczoraj na froncie, dziś znów w układach. Jesteśmy tak niepozorni, że całą historię każdego z nas, tę legendę, za którą hojnie płacimy wszystkie siły, aż do ostatniego siwego włosa na głowie, tę właśnie prywatną, wydumaną, wielką historię życia, można zamknąć w muszelkach naszych dłoni. Jeśli istotną prawdą o nas jest nasza maleńkość, to jednocześnie najgłębszą mądrością życia jest wewnętrznie pogodzić się z własną niepozornością. Krzyż to realna antropologia.
         Warto więc medytować uważnie kierunek myślenia Jezusa, ujawniony w dziesiątym rozdziale Ewangelii Marka. Naszego Pana męczy wyraźnie wydumana wielkość bogatego młodzieńca, który co prawda przestrzega wszystkich przykazań, ale nie jest dostatecznie wolny, aby zrozumieć, że nie stanowi centrum świata. Mistrza musi również smucić sugestywne pytanie Piotra, który widząc, że wszystko, co ludzkie w jego życiu przechodzi do przeszłości, stara się jednak zasugerować Jezusowi jakieś zabezpieczenie na przyszłość. Apostoł nie rozumie, że nie ma o co walczyć, a to, co przygotuje Bóg – wystarczy. Jak absurdalne i śmieszne są nasze boje o ocalenie choćby odrobiny wielkiej legendy, którą pieczołowicie snujemy w życiu: na starość, dla potomnych.
           Od wielu miesięcy otrzymuję od ludzi elektroniczne listy pełne entuzjazmu. Z odległości bezpiecznej Polski życie misjonarza jawi się jako idealny przyczynek do wypełnionej niezwykłością legendy. Piszą więc ludzie i pytają: a iluż to pogan się ochrzciło? Kto się nawrócił? Czy wokół mojej misji z daleka widać malownicze krajobrazy, góry, strumienie, gigantyczne drzewa, w gałęziach których różnobarwne ptaki wyśpiewują Stwórcy podniebne hymny? A ile przygód codziennie przeżywa misjonarz, za każdym razem cudem uchodząc z życiem? Odpisuję więc i ja z radością, ani słowem nie mówiąc nawet o tym, że misja na końcu świata to długie chwile samotności; że trzeba wstać wcześnie rano i otworzyć kościół, do którego zachodzi niewielu, a wieczorem, przed Mszą uderzyć trzy razy w dzwon, bo sił na to brakuje już nazbyt wiekowej zakrystiance; że nie ma wcale cudów, znaków, a nawet codziennych owoców naszego apostolatu - od dwóch tygodni szukam ksiąg z zapisami sakramentów i nie mogę znaleźć; że trzeba pomalować zakrystię, odświeżyć dom, o to bowiem zgoła nie dbają mieszkańcy trzeciego świata; że trzeba szczelnie zamykać drzwi, by nie właziły węże i miejscowych ciągle pozdrawiać jako pierwszy, zagadywać, wyciągać rękę, wpraszać się, odwiedzać - bo sprawy ducha nie są dla nich jednak najważniejsze. Dziś wieczorem znów siądę do indywidualnej kolacji, marząc o dwóch rzeczach: o zapachu bigosu i o tym, by ktoś z bliskich siedział po drugiej stronie stołu, mówiąc cokolwiek po polsku, uśmiechając się i po prostu patrząc mi z przyjaźnią w oczy.

         Nie jesteśmy wcale legendarni. Jesteśmy niepozorni i mali, jak odrobina kochanego piasku, rzuconego gdzieś w ocean boskiej Miłości. To co chcemy ocalić z takim wysiłkiem, warte jest zaledwie kilku chwil spokoju, cichego domu nad strumieniem, ciepłej herbaty wypitej z uśmiechem wśród bliskich, spaceru z zapomnianym od dawna przyjacielem lub modlitwy opartej na leśnym pniu. Dlatego mądrość największa polega na rozpoznaniu i pokochaniu zaszczepionej w nas maleńkości. Naprawdę całą legendę tego biednego życia moglibyśmy zmieścić w muszelkach naszych dłoni. Że odwołam się raz jeszcze do autorytetu poety i pieśniarza Grzegorza Turnaua: bo człowiek to jest zwykły człowiek, jak pierwszy człowiek, drugi człowiek. Jeden za drugim, krok za krokiem, z wyrokiem czasu, praw i nocy – tak samo przedtem, teraz, potem…

piątek, 12 grudnia 2014

Ta pani była w oazie, ten pan był ministrantem...

   Kiedy jeszcze pracowałem w Polsce, spotykałem często zacne osoby, których profil wewnętrzny przypominał mi środkowy portret z wnętrza Apokalipsy: ani zimni, ani gorący - może raczej wygasły, z duszą podobną do nadgotowanego lecz nie spożytego nigdy warzywka. Taki stan ochłodzenia i niedokonsumowania wiary może być wkrótce jakąś linią constans polskiego katolicyzmu w tym niełatwym czasie, który nieproszony - nastał. Jak prezentuje się nijaka dusza katolika - Polaka w praktyce? Otóż, gdy Pani była młoda, chodziła na oazę. Wtedy było to w modzie. Zresztą do miasteczka rzadko przyjeżdżało objazdowe kino a w chłodne, jesienne wieczory, pójść do księdza na wikariat, być w jego ekipie, poszarpać gitarę za struny i spotkać wartościowych chłopców - czy mogła być lepsza inwestycja? Pan natomiast był ministrantem. Gdy stał pod chórem z tatą - ziewał. Pewnego roku do parafii przysłano sympatycznego wikarego, który zagrał z chłopcami w piłkę. Wciągnął się więc w służbę przy ołtarzu, nauczył pierwszych modlitw i wierzył głęboką, choć prostą wiarą dziecka, że Bóg jest zawsze blisko. 
    Pan i Pani poznali się na wakacyjnej oazie w Murzasichlu. Po roku wzięli ślub. Wikarego zabrali na jego pierwsze probostwo. Na świat przyszły pierwsze dzieci. Pani zapragnęła domu większego niż pierwszy i ogródka i pozamiejskiej ciszy. Pan więc wyjechał pierwszy raz, na parę lat poza dom, do Irlandii. Tam chodził na Mszę do polskiego kościoła ale spowiadał się już tylko czasem, z reguły przed kolejnym lotem do Warszawy. Bóg istniał nadal ale dusza stygła. Pani natomiast kładła swój oazowy różaniec i Biblię zawsze obok nocnej lampki. Miała do nich sentyment lecz nie umiała znaleźć czasu ni zapału, by przesuwać zdrowaśki między palcami i czytać krótkie Słowo Życia co dzień. W każdą niedzielę chodziła z dziećmi do kościoła, przed Wielkanocą zaś - obowiązkowo do spowiedzi. Z dawnymi koleżankami regularnie obgadywała proboszcza, bo ględził na kazaniach, nie prowadził remontów, nie zapytał o nic, nie zasięgał rady - a przecież ona wiedziałaby najlepiej, jak ożywić wymarłą parafię, bo kiedyś była w oazie. Bóg istniał ale dusza stygła.
   Pan i Pani zaczęli mieć problemy z dziećmi. Gdy spotykali się więc wszyscy razem, nagle, przy wigilijnym stole czasem coś bolało. Dla znieczulenia więc dorobili sobie prostą filozofię: życie jest jakie jest, nie święci garnki lepią, ksiądz mówi, co mówi - a żyje, jak żyje, takie czasy, kobiety modlące się ciągle w kościele - najgorsze są w codziennym kontakcie, lepiej więc wszystko traktować z umiarem, z ironicznym uśmiechem i dystansem. Wierzący i jeszcze praktykujący. Proza wiary.
   Wszyscy, współcześni trzydziesto, czterdziesto i pięcdziesięciolatkowie wiedzą już, o czym chciałbym powiedzieć. Nikt z nas nie znosi tego momentu prawdy w życiu duchowym, który przychodzi zawsze z wyrzutem sumienia i kpi: mistyk-wystygł, wynikł-cynik. I po kolejnych rekolekcjach adwentowych chcielibyśmy zerwać się jakoś na nogi, pójść znów na oazę, czytać codziennie Słowo Życia albo odmawiać z dziećmi różaniec. Ale jak na wysokie fale oceanu wypłynąć ma zanurzony w mule frachtowiec? I jakim wiatrem napełnić żagle obwisłe we mgle? Podnieść modny dziś raban w Kościele? Już się stało i grozi podziałem. Biegać za cudami na szkle? Powiedzą, że nawiedzony. Szukać rekolekcji z mocnym dopingiem? Skończy się egzaltacją. Wstąpić do jakiejś wspólnoty? Separacja od normalnego świata. Podnieść ręce do góry w kościele, krzycząc: Bóg mnie kocha, to wielka radocha? Bezproduktywny infantylizm. Utracony entuzjazm w relacji z Bogiem odzyskuje się skutecznie odsłaniając ponownie zmącone i zatrute źródło życia duchowego.
     Jest to z jednej strony praca ascetyczna. Ascezę trzeba uczynić sztuką. Bo życie ascetyczne to nie post dla postu lub modlitwa dla modlitwy - asceza jest dłutem, które od strony ducha rozrzeźbia całą osobowość człowieka. Myśląc o nowym entuzjazmie wiary nie wolno pomijać ascezy. Sam doping emocjonalnych bodźców religijnych na długo nie wystarczy - wykrzywi go proza życia. Trzeba zatem w chwili możliwego przełomu mozolnie, cierpliwie budować świat twórczego, wewnętrznego wysiłku: ułożyć adekwatny plan modlitwy, wyżłobić własny styl medytacji; czytać dobrą książkę z polotem - lekturę duchową, ambitna powieść, inspirującą biografię; pójść na Mszę w tygodniu, potem częściej a potem dodać jeszcze chwilę przygotowania do Niej i stosownego dziękczynienia; następnie udoskonalać swoje dziękczynienie, tak, by stało się adoracją, piękną, cichą, przechodzącą w poczucie Bożej obecności w ciągu całego dnia. Szybko spostrzeżesz wówczas, że ta twórczość cieszy. Umiesz już zmieniać modlitwę, nadawać cel aktom pobożnym, posmak i kierunek pokucie, którą kiedyś powierzchownie uznałeś za dewocję.  W żmudnym tyglu twórczej, wiernej ascezy, kryje się pierwszy ogień, który zdolny jest podpalać w duszy dynamit ponownego entuzjazmu.
   A potem człowieka porywa wolność mistyki. Dusza rozwija się nie tylko na poziomie twórczej pobożności ale również dzięki przemianie serca. Mistyka zaś dotyka najgłębszych pokładów ludzkiej osobowości. Uwierz, że gdzieś w Tobie mieszka i do końca twych dni żyć tam będzie odważny mężczyzna i piękna kobieta. Nie trać z nimi kontaktu. Nie pozwalaj sobie na bylejakość stylu, bylejakość pracy, bylejakość wyglądu. Elegancja i kultura codzienności są fundamentem mistyki. Zobacz, że pośród przyziemności tego świata, trudu pracy i goryczy porażek, możesz być zawsze wolnym człowiekiem. Mimo, że nie nadano ci tego lub innego tytułu, posiadasz sporo inteligencji. Musisz ją szanować i rozwijać, to znaczy czytać, myśleć, oceniać. Wokół ciebie zawsze znajdą się ludzie, którzy wartościują świat Twoją miarą i szukają ognia - ludzie wspaniali. Nie zabrali jeszcze głosu, ponieważ posądzili swój żywot o samotność. Znajdziesz ich łatwo, bo serce to genialny kompas ludzkiej intuicji. I wtedy zaczniesz oddychać pełną piersią i w konsekwencji modlić się jeszcze inaczej, prościej, swobodniej, ciszej. Życie duszy odzyska utracone kolory. Mistyka zwróci ci wolność dokładnie pośród tego samego świata, który wydawał się być tylko czarno-białą dekoracją. A człowiek, który kocha, odzyskał przyjaciół, posiada siebie w wolności oraz w ciszy przebywa z Bogiem, jest prawdziwym entuzjastą ducha.
   Wielki Jan od Krzyża tłumaczył kiedyś proces dochodzenia i odchodzenia od Boga za pomocą prostego obrazu ognia i drewna. Hiszpański mistrz ascezy oraz mistyki objaśniał więc, że Bóg zwykł postępować z duszą tak, jak ogień postępuje z kawałkiem drzewa. Ogień ogarnia najpierw drewno. Ukazują się iskry. Robi się przyjemnie. Jest to chwila ekscytująca, gdy skaczące po drzewie iskry rozświetlą nagle ciemny woal nocy. Ale potem moc ognia wędruje w głąb i blask na chwilę znika, penetrując to, co w drewnie zimne i wilgotne. Próżno w tym momencie wyciągać drzewo z ognia. Bo pozostanie niedopalone, cuchnące, brzydkie, nieużyteczne. Trzeba pokornie przytrzymać drewno w płomieniu, aż ucieknie wilgoć a brzydki zaduch przemieni się w ciepło i światło - kawałek drzewa stanie się częścią ognia.
   Najbardziej od powrotu do wigoru życia wewnętrznego odgradza nas zgubny sentyment przeszłości lub szukanie świeżości w skrajnych doznaniach, infantylnych metodach ewangelizacji i rygorach zewnętrznej pobożności. Parę miesięcy temu jadłem kolację z moim biskupem urugwajskim, rozmawiając jak zwykle o sprawach dnia codziennego. Urugwaj to pustynia wiary. Praktykuje tu jakąkolwiek modlitwę 2 procent chrześcijan. Dramat. Tego dnia spotkałem człowieka, który dawno nie był w kościele ale gdy zobaczył koloratkę pod moją brodą, klepał mnie po plecach i wyznawał, że przed laty, przed wielu laty był w katedrze ministrantem. Biskup słysząc to, zirytował się niezmiernie, odłożył sztućce i krzyknął po hiszpańsku: por supuesto, en este pais todo el mundo fue un monagillo...Zastanawiam się niekiedy, czy w naszym kraju też każdy mówi, że kiedyś był ministrantem lecz dziś już nic z tego dla wiary nie wynika?

sobota, 29 listopada 2014

Czy wolno nam mówić: Boże mój, jak to możliwe...?

   Zdecydowanie wolno nam tak mówić. Serce człowieka jest bowiem sercem dramatycznym i to właśnie posiadanie serca, które darował ludzkiej istocie Bóg sprawia, że nie możemy milczeć wobec cierpienia, tajemnicy, czegoś ponad siły, rozpaczy, smutku czy grzechu. Według antropologii biblijnej, serce to nie jest jednak ów kawałek mięśnia, który odpoczywa w chwilach relaksu a boleśnie kurczy się w momentach stresu. O nie, serce według Biblii to istota, ośrodek, samo centrum ludzkiej osobowości. To miejsce, w którym najbardziej jesteśmy do Boga podobni - podobni przez serce w sposób nieodwracalny, personalny i wieczny. Bóg zaś nie jest odległy ani obojętny. Bóg przeżywa cały dramat człowieka - każdego człowieka, od pierwszego dnia stworzenia aż do ostatniego momentu paruzji. Dlatego wolno nam mówić: Boże, jak to możliwe..., bo przez tę samą wrażliwość serca posiadamy naturę dramatyczną, podobną naszemu Stwórcy. Naturę serdeczną, która nie potrafi zamilknąć w obliczu dramatu. A jeśli zamilknie - rozpacza, psuje się i umiera.
   Zresztą, sam Bóg przewidział cały dramat niedopowiedzianych pytań człowieka i darował nam sposób oraz miejsce, w którym to najbardziej bolesne pytanie wolno nam postawić bez wiedzy innych i smutnych konsekwencji. Miejscem tym jest konfesjonał. Próżno w spowiedzi widzieć rytuał lub tradycję, terapię albo akt pobożności. Spowiedź to bowiem ów dramatyczny dialog człowieka z Bogiem, toczony wokół pytania, które kultura pobożnych najczęściej posądza o nietakt: Boże mój, Boże mój, jak to możliwe...? Że zło przeważa we mnie nad dobrem? Że pragnąc miłości - nienawidzę? Że szukając bliskości człowieka, gubię się w labiryncie żądz, podejrzeń i osądów? Że kochając wolność nad życie - zniewalam? Że znając siebie tak dobrze - kłamię? Boże mój, jak to możliwe...? W gruncie rzeczy więc ta modlitwa, którą nazywamy rachunkiem sumienia i czasem traktujemy jak obowiązkowy moment dewocji, w ciemnym kościele, z drżącą książeczką nabożną w dłoniach - jest zmaganiem się z dramatycznym, wymienionym wyżej pytaniem, dotykającym tak lub inaczej, wcześniej czy później, każdego, myślącego człowieka.
   Ucieszyłem się bardzo, gdy w skrzynce mailowej znalazłem list od Pani Anny i cichą prośbę: napisałby ksiądz coś o spowiedzi? Gdzieś w szerokiej perspektywie tej intencji odbiła mi się twarz każdego Człowieka, pragnącego nade wszystko poznać sposób, instrukcję obsługi, taki mały ale sprawny mechanizm, który pomaga wykonać następujące, pobożne czynności: co dwa miesiące, bezboleśnie, śmiałym krokiem podejść do konfesjonału, nie bać się, zobaczyć za kratkami uśmiechniętą twarz dobrotliwego księdza, mówić bez wstydu, pochwalić się nawet, zainkasować celne pocieszenie w sercu i wrócić do ławki, zachowując spokój aż do samych świąt. Nie da się tak. Nie istnieje taka instrukcja obsługi. Gdyby istniała, nasz Bóg byłby tylko psychologiem.
   Spowiedź jest dowodem na istnienie relacji między Bogiem a każdym człowiekiem. Między Bogiem, który pojmuje dramat ludzkiego życia i człowiekiem, który ten dramat jest w stanie przeżyć, wychodząc z niego coraz bardziej ku wiecznej wolności. Znam więc tylko, Pani Anno, jedną instrukcję obsługi konfesjonału: chodzić tam regularnie, zgodzić się na ból i dramat, na walkę, na chwilę dokuczliwej prawdy i wyzwolenie wieczne, którego później nawet grzech już nie będzie nam mógł zagrabić. Dlaczego wciąż szukamy wiary bezbolesnej, naiwnej, lekkiej, nie ważącej wiele? Jakbyśmy nosili w sobie serce królika, a nie bohatera dramatu...?
   Kilka lat temu, wraz z moimi przyjaciółmi - księżmi, wracałem z Ars, przejeżdżając jednym samochodem przez całą Francję. Zajechaliśmy do Nevers. Weszliśmy do monumentalnej bazyliki na modlitwę. Potem jeszcze chwila zwiedzania. Mam od lat, od mieszkania w Dublinie ten zgubny nawyk, że w prastarych kościołach zachodniej Europy, często otwieram piękne, rzeźbione w drewnie konfesjonały. Tak zrobiłem i tym razem. Podszedłem do ostatniego konfesjonału w prawej nawie i szarpnąłem za klamkę. Raz - bez powodzenia, więc drugi i trzeci. Nagle w twarz uderzył mnie kurz, pył i zaduch a na podłogę francuskiej bazyliki wypadły kubeł na śmieci, jakieś ścierki i szczotka. Sanitarnym magazynkiem zakrystii stał się piękny konfesjonał, w którym przez wieki, miliony mieszkańców Europy stawiały Bogu najbardziej dramatyczne pytanie człowieka: Boże mój, Boże mój, jak to jest możliwe...?
   Zrozumiałem wówczas, że w takiej jesteśmy Europie. Na Starym Kontynencie, w którym za przykład nowoczesności uznaje się aborcję, płacząc jednocześnie nad przejechanym kotem. W Europie, gdzie telewizja najczęściej wypełnia swój program slangiem kabaretów i tańcem z gwiazdami. Bo tutaj prawie nikt nie jest w stanie obejrzeć filmu z filozoficznym przesłaniem. W Europie, gdzie bogaty człowiek woli rozstać się z bliskimi raczej, niż cierpliwie cierpieć. Na Starym Kontynencie, który dramat zamienił w komedię. Boże mój, Boże mój, jak to możliwe...?


niedziela, 16 listopada 2014

Arystokracja ducha... (por. Łk. 17, 7 - 10)

   Mieszkając jeszcze w Polsce ponad wiele darów w życiu ceniłem spotkania i długie rozmowy z o. Markiem Sokołowskim, jezuitą. Kiedy już Profesor skorygował wszystkie błędy w określonej partii doktoratu, stawał się wówczas Mistrzem, który lubił opowiadać mi mądrość życia. Ojciec Marek mieszkał w kolegium profesorów na Rakowieckiej, dzieląc dom również z klerykami - studentami, których formował ojciec Wacław Oszajca, jezuita. Kiedyś Ojciec Marek powrócił, po kilku miesiącach przerwy, z dalekiej wyprawy i wszedł do wspólnego saloniku na kawę. Po kilku minutach do wnętrza pokoju rekreacji zajrzał nowy kleryk jezuicki, bezceremonialnie przysiadł się do Profesora i rozpoczął rozmowę w dość zaskakujący sposób: a Ty co tu robisz? Zdziwiony, doświadczony, mądry i wykształcony Profesor zdjął wówczas okulary, odłożył czytaną właśnie gazetę, specyficznym dla siebie wzrokiem popatrzył w stronę wyzwolonego młodzieniaszka, po czym kierując się w stronę drzwi, z głęboką kulturą i delikatnością, wyszeptał: chyba tu mieszkam...
   Nie da się ukryć, że łódź Kościoła w tych czasach przedziera się przez fale historii nowożytnej pośród szkwału, burz i przeciwnych fal. Trzeba jednak również zauważyć, iż ta burza w sposób przedziwny posiada co najmniej kilka, własnych epicentrów. Jednym z nich i wcale istotnym jest wewnętrzne barbarzyństwo chrześcijańskich obyczajów, nazywane przez wielu przewrotnie: nowym obliczem posoborowego Kościoła, prostotą lub nowoczesnością oświeconych katolików. Tymczasem jest to po prostu barbarzyństwo i jak ono wygląda zatem? Jeśli niedawno jeszcze dbano o godność Eucharystii, używając do liturgii szat godnych i pięknych oraz naczyń artystycznych, tak dziś katolicy wyzwoleni nie zawahają się założyć stuły na letnią koszulkę z kołnierzykiem, by odprawiać Mszę Święta byle gdzie, w drewnianym spodku od filiżanki zamiast dostojnego kielicha. Jeśli kiedyś noszono w Kościele elegancki strój duchowny: sutannę, koloratkę i habit, tak teraz modne jest w świecie posoborowego barbarzyństwa zestawienie białego płatka pod szyją z dżinsem lub wycierusem. I nie wolno tego nikomu komentować. Jeśli kiedyś osoby duchowne i konsekrowane obowiązywała schludność wyglądu, skromność zakupów i wydatków, tak dziś wszędzie widać księży i zakonnice na motocyklach, w habicie i kasku, w sutannie, z dwudniowym zarostem lub fryzurą hipisa. To jest dogmat mody. Nie uwzględnia się sprzeciwu. Jeśli kiedyś w Kościele osoby zasłużone, pracowite lub po prostu mądre - profesorów wiary odznaczano i nazywano zaszczytnym tytułem, tak dziś wyzwolonym barbarzyńcom posoborowym każdy tytuł wyższy od ich potencji albo inteligencji kojarzy się zaraz z feudalizmem. Nie wiadomo więc kiedy nowicjusz klepnie po plecach kanonika, a zakonnica zagadnie na ty, bez ogródek do biskupa emeryta. Takie czasy. I wreszcie jeśli kiedyś szanowano w Kościele prawo płci oraz intymności, tak dziś na potęgę, na rekolekcjach, pielgrzymkach i szkoleniach nowej ewangelizacji miesza się nowoczesne towarzystwo, nie przestrzegając nawet zasad stosownego unikania koedukacji. Trzeba przecież zburzyć także i ten bastion średniowiecznego ciemnogrodu, nazywany skromnością bycia. Trzeba udowodnić, że teraz już nie ma co się kryć przed sobą po klasztorach: jesteśmy dorośli, oświeceni, zrozumieliśmy wszystko.
   Otóż twierdzę, że są to przejawy barbarzyństwa. Oczywiście, nie wyłącznie zewnętrzne. Chaos myślenia, chaos przeżyć, chaos wewnętrznego świata wylał się poza serce posoborowego człowieka. Zabrał mu najpierw kulturę wnętrza, infekując następnie skutecznie świat zewnętrznej, kościelnej elegancji.
   Tymczasem Jezus nie jest barbarzyńcą. Świadczy o tym właśnie 17 rozdział ewangelii Łukasza i przypowieść Chrystusa o relacjach między panem a sługą. Gdyby ten fragment pisał posoborowy barbarzyńca, historia kończyłaby się zgoła inaczej: sługa miałby dużo wolnego czasu, szybko przeszedłby z panem na ty, jeśli nawet przygotowałby ucztę, to pan musiałby pozmywać, a tak w ogóle to nie nazywano by raczej sługi - sługą ale współpracownikiem, przyjacielem czy partnerem. Jakoś tak, żeby zaakcentować radosną równość i wyzwolenie z feudalnej przeszłości. Na szczęście nie ma to nic wspólnego z myślenie Jezusa. W przypowieści więc panuje arystokratyczny porządek: pan jest panem, a sługa sługa - kochanym ale respektującym podstawowe normy kultury i eleganckiego obyczaju, jaki pan - nie bez racjonalnych powodów - zaprowadził na zawsze w swoim domu.
   Nasz Pan był arystokratą ducha. I do tego poziomu trzeba dziś szybko wrócić wszystkim, którzy pragną ocalić Kościół od zalewu barbarzyństwa. Nie ma co się wstydzić wysokiej kultury Ewangelii. Warto dbać o liturgię i świątynną sztukę. Warto nosić sutanny i habity. Warto strzyc włosy i golić brody. Warto nosić ubrania schludne, eleganckie i tanie. Warto wreszcie szanować w Kościele wiek, intymność płci i cudzy dorobek życia. Kościół przez wieki był miejscem, w którym barbarzyńcy zmieniali się w arystokratów ducha - nie odwrotnie.