poniedziałek, 10 kwietnia 2017

KODEKS RONINA cd.

(5)  Ronin w sieci

Mgła o świcie otulała stojący w cieniu drzew autobus. Polska mgła poranna jest jak mała dziewczynka, z promieniami słonecznej jutrzenki we włosach. Płockie Międzytorze spało, nie myśląc nawet o tym, by w końcu czerwca, na początku wakacji, wystawiać z kurami swój nos spod kołdry. Od czwartej rano siedzieliśmy tak samo rozziewani, co roześmiani, każdy na przypisanym sobie siedzeniu, dziesiąty już chyba raz odczytując spis nazwisk na liście uczestników wczaso-rekolekcji w Bańskiej Wyżnej, niedaleko Zakopanego. Wszyscy obecni, pan strażak podgwizdując sprawdził ciśnienie w oponach, postawił pieczątkę na papierku, zażartował coś fachowo i odszedł – brakowało jednej, jedynej Iwony. Czekaliśmy, potem dzwoniliśmy, mijały minuty i nic – dziewczyna najwidoczniej zaspała. Ktoś podjął się jej szukać. Gęsta, jasna mgła, towarzyszka czerwcowego świtu, opuściła jutrzenkę i opadła w sam korytarz turystycznego autobusu. A wraz z  mgłą opadły i dobre nastroje. Po prawie godzinie, w towarzystwie zwiadowcy, który szczęśliwie dopełnił swej misji, z plecakiem na plecach, na pokład zadymionego złą mgłą autobusu, płacząc wdrapywała się Iwona. Przepraszała. Po prostu zaspała. Wszyscy słyszeli ją dobrze, choć każdy siną mgłą napychał sobie oczy. To zdumiewające, jak z absurdalnego banału rozumny człowiek potrafi dorobić emocjonalny problem. Zanim dziewczyna z ociężałym plecakiem przedarła się do ostatniego miejsca, które jej przyznano, ktoś wydusił całą pianę i syknął: też pospałbym sobie o godzinę dłużej. Mgła w autobusie gęstniała, posuwaliśmy się sprawnie w stronę południa kraju, nikomu nie chciało się rozmawiać, wspólny różaniec wyszedł jakoś oschle więc włączyliśmy radio. To był rok, kiedy Polskę nawiedzały ogromne, letnie deszcze, przechodzące potem gwałtownie w powodzie. Byliśmy już na wysokości Krakowa, kiedy radio podało druzgocące wiadomości: prawie godzinę temu, za Myślenicami, wielka woda zerwała wiadukt. Żywioł i ciężar przygniótł kilka aut jadących na południe Zakopianką. Z pewnością cała niedospana kompania od kilku godzin ziejącą mgłą urazy poczuła nagle przypływ wdzięczności do Iwony, tak jakby jej beztroski sen o poranku wybawił nas wszystkich od zmiażdżenia.
Dla człowieka epoki ponowoczesnej, zobowiązanego do myślenia w oparciu o pozytywistyczne dogmaty odkryć technicznych i doświadczeń fizycznych, czas jest szybko i sprawnie postępującą od jednego do drugiego wydarzenia linią. Zatem czas odmierza tylko lata pomiędzy pierwszą inwestycją a kolejną. Czas to miesiące zmiennych pór roku, tygodnie od pracy do odpoczynku i odwrotnie, dni bez pigułki, jałowe godziny w urzędzie skarbowym lub w tramwaju, nieznośne minuty bez zasięgu w telefonie i ważące wieki sekundy oczekiwania na wypłatę dolarów z bankomatu. Koncepcja czasu obliczanego fatalnie w kluczu technicznych rachunków to trauma. Ogłuszona głowa człowieka zostaje zamknięta w historycznej kapsule bez drzwi i okien, wystrzelonej z katapulty przeznaczenia w stronę czarnej, kamiennej, twardej ściany. Ta koncepcja czasu redukuje ponadto funkcje typowo ludzkie z odczuć i relacji do wyćwiczonych zachowań i odruchów: przebudzić się, wstać, nie spóźniać się, jeść sprawnie, jeździć szybko, wysuszać łzy sprayem, prowadzić rzeczowe rozmowy, selekcjonować znajomości.
Myślę, że dla Boga czas nie jest techniczną linią szybkiej produkcji pożytecznych istnień ludzkich. W oczach Boga czas przypomina sieć. A w sieci lat, miesięcy, tygodni lub dni nie przywiązuje się tak wielkiej wagi do wypłat i joggingu, co raczej do spotkań, zauroczeń, rozmów i przebaczeń. To dlatego sieć czasu rozpięta w ręku Boga czyni życie łagodnym. Kto schodzi z rozpędzonej linii ludzkiego czasu i godzi się żyć w sieci pogłębionych powiązań, nabywa szybko podstawowej dla człowieka zdolności do szczerej, bezinteresownej i wiernej relacji. Stwórca zatem to Boski Rybak, który przysiadł na brzegu czasu i tka z cierpliwością sieć ludzkich życiorysów, łączy sumiennie pęknięte liny i oczka, przewiązując powolnie jedne z drugimi. Dlaczego Bóg traktuje czas jak sieć? Bo dla Stwórcy nie ma istnień straconych. Chodzi zatem o to, aby do chwili zapadnięcia się linii czasu na progu wieczności, złożyć połamane ramiona tych samych relacji i każdego, wcześniej bądź później, doprowadzić do zbawienia. Mówiąc prościej – choć jest to nie do przyjęcia dla rozpędzonych strategów egzystencji – Bogu w jednakowym stopniu i bez zatracania cnoty sprawiedliwości, zależy na zbawieniu kata i ofiary, patrioty i zdrajcy, zakonnika i prostytutki. Stwórca pieczołowicie więc poświęca całą energię opatrzności na splatanie popękanej sieci czasu. Tak szeroki zakres myślenia przeraża nas. Uświadamiamy sobie bowiem, że w jednej sieci zbawienia poza linią wieczności znaleźć się może skrzywdzone, syryjskie dziecko i dyktator, który zdziczałym żołdakom wydał rozkaz porażenia maluczkich bronią chemiczną. Jest to jednakże zdeterminowanym pragnieniem Boga, który w ręku trzyma czas – misterną sieć powiązań.

Ronin często jest smutny. Nie jest to wszakże smutek rozpieszczonych romantyków lub egocentrycznych bogaczy. Istnieje też pewien typ smutku w wierze. Ronin doświadcza go paradoksalnie: z jednej strony przecież żyje już w pełni życiem Bożym, braterstwem i świętością, umieszcza się wygodnie w sieci i pozwala, by prowadziła go Wola Boga, co daje radość. Z drugiej strony Ronin widzi wszędzie ślady apostazji, jak wielu pracuje nad tym, bym porwać sieć Boga, zniekształcić pracę Rybaka i rozdzielić stwórcze tkanie. To wpędza wiarę w smutek pełen współczucia i obawy. Ronin znajduje tylko jedno pocieszenie. Otoczony wewnętrznym smutkiem otwiera Słowo i czyta. Ulubiony fragment pocieszeń Ronina to opowieść o bezimiennym człowieku, podniesionym z noszy przy sadzawce Betesda. „Znajdował się tam pewien człowiek – opowiada święty Jan – który już od trzydziestu ośmiu lat cierpiał na swoją chorobę” (J 5, 5). Trzydzieści osiem lat – pyta Ronin – to połowa życia, czy jedno oczko w sieci?


czwartek, 30 marca 2017

KODEKS RONINA cz. IV

(4)  Ronin w lepszym niebie

Ulicy Brzeskiej w Warszawie przyklejono brzydką i jak zobaczymy za chwilę, niczym nie uzasadnioną opinię. Że wejść tam można tylko po znajomości, że po nocy biją w twarz, że przechodniom cwaniacy z kamienic zręcznie wkładają ręce do kieszeni i że mieszkać tam lub choćby wynająć pokój to dzicz, dżungla, klin i porażka. A na Brzeskiej mieszka Pan Bóg. Skręcając w prawo z Ząbkowskiej od Carefourra i ciągnąc odważnie wzdłuż szarych kamienic ku Kijowskiej, w połowie spaceru podnieście głowę w stronę nieba. Zobaczycie bez wysiłku na poddaszu szereg białych okien, które Mali Bracia wstawili tam przed laty, korzystając z profitów wydawniczej nagrody dla Morisa – mieszkanie Boga. I nie znam innego biura, domu, warsztatu czy apartamentu, którego drzwi o dowolnej porze dnia i nocy, wiosny lub jesieni, otwierałby ktoś tak, jak robi to Kazek Dmitrzak. Niewysoki wzrostem Mały Brat, w białej krymce ściągniętej z Kazachstanu, nieważne kogo dojrzy na wycieraczce, wznosi wysoko ramiona, uśmiecha się i mówi: radocha! A wokół śmierdzi wilgocią na klatce, drewniane schody sprzed wojny jęczą duszone pospiesznymi krokami, klną cienkie, tekturowe ściany i milczą nieprzystępnie twarze w kapturach, oświetlane co sekundę na mrozie chybotliwym płomykiem tlącego się papierosa. I już dalej tworzymy sobie w wyobraźni pobożną historię o duchowych synach Karola de Foucauld, którzy bohatersko poszli tam, gdzie nie chciał nikt postawić swej stopy, stworzyli doskonałą wspólnotę, bezinteresownie kochają ubogich, żyją jak Jan Chrzciciel samym Słowem na pustyni i usprawiedliwią tym życiem wszystko. Stop klatka! Moi Mali Bracia to ludzie z krwi i kości. Pamiętam wieczór po adoracji na Brzeskiej. Zrobiło się późno, było nam radośnie, gdy od tabernakulum w niewielkiej kaplicy przeszliśmy do stołu w jeszcze mniejszym saloniku. Nagle usłyszeliśmy przekleństwa i dzwonek do drzwi. Brat Sławek podniósł się z wysiłkiem i wrócił za kilka minut ze zmęczoną twarzą. Napotkał pytający wzrok Kazka, skinął dłonią bez dyskusji i wyraźnie zmęczony, wyszeptał: znów to samo.
Nie mam zaufania do barokowej duchowości. Uchował się nam i ma się zgoła dobrze specyficzny typ wyśrubowanych przeżyć, podobnych trochę do religijności, trochę do pobożności, a trochę nawet do wiary. Barok duchowy ma na celu utuczyć duszę tak, by przez obfite fałdy emocji, proroctw, misteriów i pocieszeń, nie mogła się więcej zderzyć z twardymi kantami egzystencji. Postnowoczesność dogorywa ale dwa skutki modernizmu: wyznające rozum oświecenie i czczące serce romantyzm, nie mogą nadal oglądać się na oczy. Nawet w świątyni. Wykształceni chrześcijanie wyczytali już wszystko w bibliotekach katolickich fakultetów i broniąc w milczeniu priorytetów rozumności w wierze, zredukowali swą skąpą aktywność do tradycyjnych manifestacji. Obrażeni. Zero inicjatyw. Z kolei popularna większość parafialnych bywalców uznaje scholastykę za trudną do strawienia i z entuzjazmem ulega efemerycznej fali chaotycznej dowolności, która w ostatnich latach nie znajdując już większego oporu, robi wszystko, aby oderwać wierzące masy od istnienia. Życie jest prozaiczne, religia więc musi być wzniosła. Nie lubimy swej zmęczonej pracą twarzy. Wstydzimy się siebie, klnąc na tramwaj, co właśnie nam odjechał. Jesteśmy smutni, bo przedłużył się remont. Milczymy znacząco zatopieni w papierach. Patrzymy ukradkiem na zegarek, zwisając przy szpitalnym łóżku dziadka chorego na nowotwór. Szemrzemy, grzebiąc w pieluchach nowo narodzonego dziecka. Tutaj nie ma nieba – myślimy. To pachnie brzydko, dekoncentruje mistyka, nudzi, jest banalne i kończy się do tego tak samo. Ale przyjdzie wreszcie ta jedna godzina w tygodniu, gdy poszybujemy tam, gdzie na ołtarzykach naszych egzaltowanych pobożności tłoczą się barokowe figurki. To chyba dlatego prawie wszystkie rekolekcje w katolickich kościołach od trzydziestu ponad lat muszą przewidzieć w tytule następujące frazy: czad, odlot, doświadczenie i przytulanie się do Boga. A na drzwiach obok przybity obowiązkowo plakat z nadpobudliwą, dobrze wypasioną, przebudzoną owieczką, która hasa na zielonych pastwiskach egzaltacji, z daleka od rzeczywistości.
Ronin tymczasem pisze swój duchowy pamiętnik. Mottem wewnętrznych zapisków na pierwszej stronie mieszczącego się w kieszeni kajeciku, jest stanowcze zdanie jednego z najbardziej nowoczesnych świętych w historii chrześcijaństwa – ksiądz Escrivá powiedział: albo spotkacie Boga w podstawowej rzeczywistości swojego życia, albo nie spotkacie Go nigdy. Chrześcijański Ronin wie, że ludzkie lokalizacje nieba przekłamują fakty. Od chwili Wcielenia opustoszało niebo mitologów. Niebo jest tam, gdzie pragnie być Bóg. A Boga nie ma w adresówce wypoczętych celebrytów, jest natomiast przeczuwalny w miejscach, gdzie obficie przelewa się Krew Baranka. Ronin więc uważnie obserwuje świat i człowieka: w okopach zimnej wojny za chwilę zginie żołnierz, zagryzając z rozpaczy zęby na różańcu. Ktoś w hospicjum trzyma w dłoni bladą rękę swego brata, walcząc by ten jeszcze nie odchodził. Profesor zamyka cicho aulę, słucha sumienia i wie, że nigdy tu nie wróci, bo odmówił lojalności reżimowi. Ksiądz na Zachodzie samotnie składa co dzień ofiarę Mszy Świętej. Bezdzietne małżeństwo wygodnie zna od lat swoje wady i zalety, mimo to adoptują dziecko. Chirurg żegna się i skalpelem nacina pierś niemowlęcia - mniejszą od jego pięści. Biedny chłopak z ulicy w towarzystwie anioła stróża zwraca ze wstydem to, co wczoraj ukradł bogatemu piekarzowi. Szczupły student, nie wierząc w księży, tej nocy otwiera Biblię. Młoda matka nie śpi do świtu, nasłuchując płaczu swej córki, by żyła, była zdrowa i czuła się kochana.

Od roku z mojego okna, gdy tylko wstanę ze snu, patrzę w kierunku wzgórza Verdun, na którym przed dwoma wiekami Matce Bożej postawiono niewielkie sanktuarium. W uroczystość Zwiastowania jak codziennie od lat modliłem się brewiarzem – tym razem po hiszpańsku. W hymnie z jutrzni natrafiłem na zdanie, które zmąciło spokojny nurt psalmów i nie pozwoli o sobie zapomnieć aż do śmierci. W hiszpańskojęzycznym śpiewie z laudesów tego dnia, poeta zaskakująco opisuje decyzję Stwórcy, mówiąc: jest pewne, że tego dnia Bóg zstąpił na ziemię, ale jest też pewne, że biorąc ciało z Maryi, zstąpił do lepszego nieba. Que hoy bajó Dios a la tierra es cierto; pero más cierto es que, bajando a María, bajó Dios a mejor cielo. Mówią więc, że do nieba idzie się z Bożej łaski, a nie przez wzgląd na ludzki wysiłek. Zgoda, człowiek jednak w obrębie łaski musi zdobyć się na jeden, konieczny wysiłek, aby wejść do nieba – trafić pod właściwy adres. Niebo mieści się na Brzeskiej.



czwartek, 23 marca 2017

KODEKS RONINA cz. III

(3)  Ronin ma nadzieję

Pani Gabrysia należała do tego typu kobiet, którym się niczego nie odmawia – nie dlatego, że przypominają agresywne pod każdym względem, dzikie, wyemancypowane i żądne wszelkiej krwi amazonki. Wręcz przeciwnie – pani Gabrysia nosiła w sobie tę niezaprzeczalną, miażdżącą siłę dobroci, łagodności, sympatii dla wszystkich, wobec której ostatni lew na tym świecie przyklęka. Tamtego dnia, pomimo zmęczenia i braku doświadczenia, nie umiałem Jej więc odmówić. Bałem się. A pani Gabrysia chciała bym pojechał z Nią do pobliskiego szpitala, zabrał ze sobą święte oleje i wiatyk – na ciechanowskim oddziale intensywnej terapii odchodził z tego świata Jej dziewiętnastoletni syn, Bartek. Znałem go chyba wtedy od jakiegoś czasu. Przypominał mi młodego geniusza. Od wczesnych lat znakomicie malował. Jego obrazy były poniekąd piękne, poniekąd filozoficzne, raz zaangażowane tematem, drugi raz znowu nieobecne, młode jeszcze i jakby już dojrzałe. Ale w liceum wykryto u Bartka nowotwór. Z wielkim wysiłkiem zaleczono raka, chłopak zdał maturę i jako jeden z kilkunastu artystów w Polsce został przyjęty na krakowską ASP – człowiek bez pleców, żaden tam synek znanego celebryty, nikt z tych sławnych dynastii, które pojawiają się już taśmowo i pokoleniowo na ekranach naszych telewizorów. Nic podobnego – Bartek pochodził z prowincji, wychował się w nauczycielskiej rodzinie, a na krakowską ASP wszedł siłą czystego talentu. Senne marzenie tysięcy studentów z całej Polski mógł sobie włożyć do kieszeni. Wtedy przyszło właśnie to najbardziej niezrozumiałe od Boga – nowotwór powrócił ze zdwojoną siłą tak, że chłopak nie miał nawet możliwości fizycznych, aby uczyć się malarstwa za pierwszym dzwonkiem. Zaczął ASP od dziekanki na drodze wyjątku. Terapia okazała się nieskuteczna i po kilku miesiącach walki staliśmy oto z panią Gabrysią nad łóżkiem nieludzko wychudzonego, całego sinego artysty – malarza Bartka. Byłem wtedy bardzo młodym księdzem i bałem się: co powiedzieć? Czy nie wchodzę w kompetencje nieobecnego tego dnia kapelana szpitala – wiedziałem, że księża katoliccy w Polsce lubują się w schematycznym przestrzeganiu duszpasterskich konwenansów? Jak się zachować? Czy stać mnie teraz na bycie adwokatem Boga? Wtedy niespodziewanie inicjatywę przejęła pani Gabrysia. Wyraźnie wzruszona i potężnie spokojna poprowadziła mnie, duszpasterskiego żółtodzioba, w całej tej złożonej sytuacji. Był to jak dotąd najbardziej poruszający moment w moim kapłańskim życiorysie. Paradoks Stwórcy, który po coś daje wiele, a potem nagle wszystko odbiera, talent sięgający nieba i śmierć z otchłani, ból serca i siła woli pani Gabrysi, ja pośrodku tych żywiołów. W czasie modlitwy Bartek przeszedł ostatnią zmianę. Zastaliśmy go nieobecnego, zmiażdżonego bólem, wepchniętego butem smutku za cmentarny mur. Gdy uściskałem panią Gabrysię, kierując się ku wyjściu, spojrzałem w stronę łóżka – ciało Bartka odpoczęło, jakby otworzyło się w naszą stronę, rozbiło skorupę trwogi. Kto dał mu ostatnią nadzieję? Nie zdążyłem tego dnia dojechać od szpitala do domu, gdy zadzwonił telefon. Pani Gabrysia poinformowała mnie, że Bartek odszedł łagodnie.
Zaufanie jednak różni się czymś ważnym od nadziei. Być może jest jej praktycznym elementem ale czuję, że całego etosu nadziei nie wolno nam zredukować tylko do poziomu ufności. Bo nadzieja jest jeszcze tam, gdzie ufności już nie ma. Myślę, że w dużej mierze na tym niestosownym pomyleniu żeruje całe to męczące spłycenie współczesnej cywilizacji. Ulice metropolii, miast, miasteczek wypełniają się prawie powszechnie dziś wisielcami. To smutny krajobraz. Człowiek zawisł na człowieku. Szczupła dziewczyna wisi na muskularnym chłopcu, matka wisi na przyszłej karierze swego syna, dziecko nie zgasi światła bez misia, a na jazgocie polityków zawisł światopogląd obywateli.  Jest taka propaganda, która udowadnia nam, że jeśli na kimś nie wiszę, to nie zaufam, nie doświadczę pociechy, jestem beznadziejny. Nieprawda. Pomiędzy nadzieją a zaufaniem jest jeszcze jedna różnica. Szukanie ludzkiej pociechy jest jak gwałtowne łapanie powietrza w gardło. Nadzieja przypomina zaś regularny oddech w piersi. Zaufanie jest kwestią psychologicznego treningu – terapeuta, co zna się na sztuce, stawia więc delikwenta plecami wobec tłumu, zawiązuje mu oczy i każe rzucać się do tyłu, podczas gdy każdy wie, kto, kiedy i przez kogo zostanie zaraz schwytany. Jakaż to nadzieja? To zaledwie przerabianie pociech. Nadzieja natomiast to absolutna pewność egzystencji. Jeśli wiem: skąd pochodzę, dokąd zmierzam, kim jestem, jakie jest moje powołanie i Kto wiecznie uzasadnia to, że jestem, wówczas żadne ręce ani mi nie wyrwą, ani mi nie podeprą nadziei. Od człowieka można doświadczyć jedynie pociechy, nadziei trzeba uczyć się od Boga.

Prawdziwy ronin ma niezłomną nadzieję. Przecież chodził różnymi drogami i jak powiadają ludzie prości: jadł chleb z niejednego pieca, a bywały czasem i takie długie dni, kiedy brakowało pieca, ludzi, chleba. Ronin nie jest więc w stanie swej nadziei zredukować tylko do człowieka. Nie, nie jest rozgoryczony lecz patrzy na ludzi z poziomu rzeczywistego doświadczenia – nie potępia, nie ubóstwia, jest realistą i z wielkim wyważeniem rozeznaje w człowieku tę chwilę, w której to, co po ludzku prezentuje się wspaniale, w następnym momencie przyprawić go może o upadek. Ronin nigdy więcej nie przeżywa już zawodu Mojżesza w Refidim (por. Wj 17, 3 – 7). W człowieku łaska zawsze zmagać się będzie z naturą, to nieuniknione więc, że Mojżesz poczuł się liderem ludu na pustyni, gdzieś w głębi siebie sobie przypisał sukces Czerwonego Morza, zawisł na poklasku ocalonych z Egiptu migrantów. W miejscu buntu pod Massa i Meriba poczuł pierwszy raz ludzką gorycz w kącikach swych prorockich ust – gorycz, która w długim procesie następujących po sobie wydarzeń, wyzwoliła go jednak z ufności pokładanej w narodzie i doprowadziła do źródła wiecznej nadziei. Dlatego niektórzy badacze Biblii nazwę Refidim tłumaczą jako „opadłe ręce”. Myślę, że tamtego niezapomnianego dnia w ciechanowskim szpitalu, pani Gabrysia opuściła ludzkie ręce, by Bartka poniosły odtąd niezawodne ramiona Boga. Tym samym przepuściła go od pociechy do nadziei. Dlatego Bartek odpoczął.


wtorek, 14 marca 2017

KODEKS RONINA cz. II

(2)  Ronin podziwia piękno

Jak na czasy wczesnych lat dziewięćdziesiątych moja szkolna koleżanka Jola jawiła się wszystkim raczej ekscentrycznie. Odstawała w licealnym towarzystwie, do którego ja wtedy i od początku, złakniony autosukcesu, przystąpiłem totalnie, radykalnie, bezkrytycznie. Ubierała się jakoś ciężko, niewidocznie, po polsku. Miała gruby warkocz i ciemne okulary z rogówkami. Nie odzywała się często, a już na pewno nie mówiła głośno nigdy. Tylko w jednym nas wyprzedziła. Pamiętam, jak pewnego dnia Jola siedziała jak zwykle odosobniona na ławce przy drzwiach licealnej biblioteki, a w uszach zamiast kolczyków miała wpięte dwa, białe, opadające w dół kabelki – nieobecna. Ona pierwsza posiadała walkmana. Głupio zaciekawiony podszedłem do koleżanki Joli i bez pytania wyjąłem jej z ucha kabelek, przystawiając go sobie do głowy: pierwszy raz w życiu usłyszałem jazz. Byłem zakochany. Do matury spędzałem z Jolą większość przerw i dokonywałem historycznego, egzystencjalnego odkrycia. Wszystkie moje dotychczasowe koleżanki z tak zwanej pierwszej półki licealnej – z makijażem grubszym od gęby, miniówką i grzywką a al barbie – za pierwszym dźwiękiem zasłyszanego swingu potraciły fikcyjne punkty. Chciałem siedzieć na lekcjach przy Joli, słuchać jej myślenia, rozmawiać o jazzie, poezji i filmie, spierać się o Boga. Zza rogówek antycznych dawniej okularów wyglądały na mnie piękne, bo mądre oczy, uśmiechały się do mnie bielą piękne zęby i tańczył na powiewach wiatru w parku piękny, bo skromny warkocz. Dokładnie na dzień przed ostatnimi wakacjami, na górnym piętrze pierwszego liceum imienia Stanisława Wyspiańskiego w Mławie, nagle cała piękna koleżanka Jola, jako jedyna dotąd powiedziała mi zdanie, które miało mnie poprowadzić przez życie: nie wahaj się, przyjaźń jest najwyższą postacią miłości.
Pozornie cała współczesna cywilizacja nastawiona jest na uspołecznienie człowieka. Wszystko wydaje się więc pracować na sto procent pary wdmuchiwanej w gwizdek, aby z jednej strony indywiduum odnalazło się wśród wielości, a z drugiej by społeczność komfortowo przysłużyła się jednostce. Taki paradygmat obowiązuje dziś w niepisany lecz skuteczny sposób w psychologii, ekonomii, publicystyce, turystyce i rozrywce. Od rozświetlonych neonami kulturowych centr snobistycznej Europy, po oddzielone murami od slumsów reprezentacyjne dzielnice Trzeciego Świata. Wzdęta nieludzkim wysiłkiem cywilizacja wespół w zespół dosięga już szczytów elegancji, wygody, techniki i komfortu – nie znaczy to jednak, że dosięga piękna. Odmalowano świat na nowo, a jednak zabrakło w całej tej sztuce jakby ostatniej barwy, bez której nie da się dostatecznie przytapetować szpetoty. Pamiętam jak pewien duchowny opowiadał kiedyś o tym, że kilka lat życia przyszło mu spędzać w Wenecji, której mieszkańcy podobno w specyficzny sposób przeżywają karnawał: na smutno. Stroją się więc w ciemne płaszcze i plastikowymi maskami osłaniają twarze. Ksiądz tamtego wieczoru wracał od zajęć do swojego domu. Cały plac wypełniały biało – czarne, roztańczone chybotliwie postaci. Nagle w półcieniu jednej z bocznych ulic spostrzegł nieznanego człowieka, który odłączył się od karnawału. Biedak ów zerwał z siebie maskę, z kieszeni spodni wyjął plastikową butelkę i zmęczony, okryty potem, w pośpiechu, sycił się kilkoma kroplami chłodnej wody.
Egzystencja chrześcijańskiego Ronina skłania się w stronę piękna. Dzięki czystemu motywowi, który przenika jego duchowe zmysły, Ronin dynamicznie dochodzi w pewnej chwili do jego doświadczenia. Jednak owo przeżycie piękna, rażąco odstaje od wspomnianego wyżej dążenia świata - do upiększania cywilizacji elegancją bądź wygodą. Nad wszystkim tym zaważył nieznaczący szczegół, który zmienił zasadę: piękno oddaje się kontemplatykom lecz opiera się konsumentom. Konsument separuje od siebie pierwiastki piękna, osłabia je tym podziałem, a potem pochłania, podsycając siebie. Kontemplatyk potrafi ogarnąć piękno w całości, odnieść się do piękna z szacunkiem, a przez to wyjść poza siebie, czyli wejść w relację. Elegancja więc czy komfort, choć mile pociągające, stanowią zdecydowanie peryferyjny procent kanonów piękna. Jeśli ktoś zaprze się na nich, posiądzie jedynie powszechny dziś instynkt konsumenta, a więc rechot, konwulsyjne napełnianie się, pławienie, kopulację. Prawdziwe piękno nie jest talonem do przejedzenia lecz dyskretnym zaproszeniem do wnętrza. Dlatego ma ono charakter duchowy, intelektualny, uczuciowy i moralny. Nie uwierzycie, ale najpiękniejszy jest człowiek, który odchodzi właśnie od spowiedzi. Piękny jest też ten, który rodzi życie. Jakże piękny jest człowiek na modlitwie. I jakim pięknem promieniuje człowiek, który w heroicznej wierze przełożył cierpienia na sens życia. Takiej głębi wierne jest prawdziwe piękno i takiemu pięknu Ronin pozostanie wierny do końca.

Domyślam się, że takiego wreszcie bezmiaru piękna w Jezusie dotknęli niespodziewanie trzej prostaczkowie na Taborze w chwili przemienienia. Piotr, Jakub, Jan a nawet inni mieszkali z Nim trzy lata, widzieli wiele i wszystkiego byli świadkami - moment przemienienia jest przecież na kilka chwil przed ukrzyżowaniem. A jednak pierwszy raz widzą Jezusa pięknym, tak pięknym, nieskończenie, bosko pięknym (por Mt 17,1-9). Ośmielam się myśleć, że o późniejszej – wprawdzie niedoskonałej lecz jednak konsekwentnej – wierności uczniów wobec Chrystusa, zadecydowała nie tyle bezdyskusyjna pewność zbawienia w Krzyżu, co raczej niezapomniana chwila przeczucia piękna w Przemienieniu. Ronin jest piękny, dlatego jest też najlepszym przyjacielem. Nie pożera. Zaproszony – przygląda się, dostrzega, kontempluje.


środa, 8 marca 2017

KODEKS RONINA

         7 lutego 2017 roku kardynał Angelo Amato, w imieniu papieża, w ogromnej hali Osakajo-Ho-ru w japońskiej Osace, beatyfikował wygnanego samuraja Justusa Ukona Takayamę. Jeśli cokolwiek zdolny jestem dociec z fascynującej kultury słynnego kraju Kwitnącej Wiśni, to rozumiem, iż odrzucony, bezpański samuraj przekształcał się natychmiast w ronina. Ronin to słowo przynależące do oryginalnego języka Japończyków, oznaczające człowieka podobnego do fali, którego ścieżka życia biegnie tam, dokąd zechce wiatr. Świat samurajów wpychano w sztywne granice kodeksu bushido. Ich naruszenie było zabezpieczone nieodwracalną, ostateczną regułą seppuku. A czy istniał jakiś kodeks roninów? Wydaje się, że własne zasady życia wygnany ronin czytał z codziennej egzystencji, przejmował je z bezkompromisowego głosu wewnątrz siebie, interpretował ze spotkań i doświadczeń. Bywało, że to swobodnie wędrujący ronin bronił biedne dziewczęta od gwałtów, które po wioskach zadawali im po cichu rozwydrzeni samuraje. Nie łatwo było tak żyć, ale w istnieniu ronina obecne było to, czego kodeks bushido pozbawiał samuraja: wolność. Ilekroć studiowałem co nieco historię roninów, nigdy nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że ich wezwanie życia jeśli nie mogło pochodzić z Ewangelii, to wszakże całą siłą intuicji biegło w jej kierunku. Jezus przecież w trzecim rozdziale księgi Jana powiedział do Nikodema: „Wiatr wieje tam, gdzie chce i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd pochodzi i dokąd podąża. Tak jest z każdym, kto narodził się z Ducha” (J 3,8). To jest kodeks chrześcijańskiego ronina.
            Nie wierzę, że japońska beatyfikacja Takayamy to przypadek albo watykański ukłon w stronę katolickich, zmarginalizowanych, nagle modnych antypodów Kościoła. To Duch i tylko On rodzi świętych. Jeśli podnosi ich dziś w Japonii, to jest w tym obecny aktualny przekaz. Justus Ukon Takayama urodził się w Osace w 1552 roku, od dziecka znał kodeks bushido i według niego uczciwie postępował. Z rąk portugalskich jezuitów przyjął również Chrzest. Pociągało to Justusa do radykalnych wyborów. Sumienie samuraja i dusza chrześcijanina wierzącego Ewangelii to nieuchronny zaczyn radykalizmu, a nawet męczeństwa. Takayama przynależał do średniej klasy japońskiego społeczeństwa, tak zwanych daimyo, ponad którymi stali już tylko shoguni i cesarz. W wypadku zmian politycznych, jakie opanowały Japonię w 1587, kiedy to władca Hideyoshi dla zjednoczenia cesarstwa zdecydował się z kraju wyrzucić chrześcijaństwo, Justus utracił wszystko: majątek, stanowisko rycerza, stabilizację, bezpieczeństwo, zdrowie, a w efekcie nawet życie – wszystko, poza wolnością ducha. Kiedy 4 lutego 1615 roku, wyczerpany Justus Ukon Takayama wraz z towarzyszami przybył do wybrzeży Filipin, nie miał fizycznej siły by żyć. Jezuici proponowali mu polityczną umowę: za pomocą sił hiszpańskich usunąć wrogi katolikom układ rządzący w Japonii. Wielki patriota dyskretnie odmówił. Kilka dni później pochowany został z rycerskimi honorami w Manili.
            Naszej epoce dziejów potrzebnych jest kilku chrześcijańskich roninów we wszystkich zakątkach świata i Kościoła. Mam dość chrześcijan przyłapanych współcześnie w dwie, katolickie klatki: tych, którzy mówią, że mają twarde głowy, a tak naprawdę noszą w piersiach kamienne, okrutne serca i tych, którzy mówią, że mają wrażliwe dusze, a tak naprawdę są klęczącymi przed światem tchórzami, których silną wolę od trzydziestu lat za gardło trzyma strach. Między duchowym światem samurajów i roninów łeb podniosła praktyczna schizma. To dlatego odważyłem się pisać ten kodeks. Moi przyjaciele skarżą się, że produkuję zbyt długie teksty, nie da się tego czytać, zdania wychodzą wielokrotnie złożone, człowiek czasem nie wie, co było na początku, gdy szczęśliwie dobrnie do kropki. Reguły kodeksu chrześcijańskiego ronina to kilka, krótkich opowieści, których nie wahajmy się bardziej stosować w praktyce, mniej zaś czytać z ciekawością.

(1)  Ronin jest wstrzemięźliwy

Nie doliczę się ile to lat już temu poznałem księdza Janusza. Spotykałem go co prawda często – kręciło się wokół niego zawsze wielu ludzi, bo dla wszystkich i dla mnie też, przeznaczał nazbyt dużo przestrzeni w swoim świecie, nie okupując jej nadmiernie sobą – ale poznałem dopiero tamtego wieczoru. Piliśmy słodki kompot w upalny wieczór po kolacji, a on z błyskiem w oku opowiadał mi, że starszy kolega Wojtek Ciak w płockim seminarium był chyba jedynym klerykiem, który nigdy nie narzekał na kiepską jakość posiłków. Zawsze mnie uczył, że ten niesmak można dobrze wykorzystać dla postu. A potem został karmelitą – zakończył wspominanie, z jakąś dobrze skrywaną tęsknotą w głosie. Po kilku latach ksiądz Janusz mógł zrobić tak zwaną karierę diecezjalną. Dostał probostwo w jednej z najlepszych parafii, miał zbudować ładny kościół. Po roku jednak, w obliczu rozmaitych trudności, zrezygnował. Zżymałem się na jego decyzję. Więc dyskutowaliśmy przy kolejnej, ziołowej herbacie, gdy ksiądz Janusz powiedział mi tak: widzisz – zawsze mówił spokojnie, z lekko zapartym na ważnych sprawach oddechem – bo po drogach tego życia posuwają się do przodu dwa rodzaje pojazdów. Są takie ogromne, ciężarowe, na które można zapakować wszystko, a one to uniosą. I są takie małe, transportowe - gdy je przygnieciesz, nie pojadą dalej. Ja jestem z tych drugich.
To prawda, że życie duchowe chrześcijanina zmierza do wewnętrznej intymności. Bóg jej ulega, człowiek zaś jej szuka. To znaczy, że żadna z modlitw chrześcijańskich nie polega jedynie na jej odprawianiu. Nawet liturgia w bezbrzeżnych głębiach własnych celebracji za swój podstawowy punkt obiera bliskość Absolutu i duszy. Dlatego w świadectwie mistyków – mistrzów tego zbliżenia – odczuwalny jest pewien niedopowiedziany refren o prostocie, naturalności, dziecięcej szczerości. Żaden z mistyków nie chce tworzyć szkoły duchowej – w to z zapamiętaniem bawią się raczej skopiowani z mistrzów, tak zwani następcy, uczniowie, kontynuatorzy. To oni upierają się filozoficznie klasyfikować narzeczeństwo Boga z duszą. Ale mistycy jeśli coś nam opowiedzą, to dyskretnie, mówiąc na milcząco i wiele milcząc w tym mówieniu, zażenowani w swoim zakochaniu. W tym rumieńcu mistycznym znajdujemy dowód na to, że warunkiem dojścia do wewnętrznej prostoty właściwej chrześcijańskiej dojrzałości jest najpierw wstrzemięźliwość życia. Mówiąc jednoznacznie – nie będziesz mistycznie prosty na modlitwie, jeśli nie będziesz wstrzemięźliwy w codzienności.
Ale wstrzemięźliwość chrześcijańskich roninów to nie to samo co dieta, jogging, rolki po godzinach pracy lub wyłożona dzikim kamieniem ściana nad przytulnym kominkiem. Ulice tego świata pełne są dziś nadchudzonych nerwowo postaci, które stworzyły sobie wygodnie kontrolowane pojęcie wstrzemięźliwości – wstrzemięźliwości, dzięki której wszyscy z gwizdkiem na ustach zwrócą na nich uwagę: twój super dres, zazdroszczę ci takiej figury, jaki piękny dom z drewna nad urwiskiem, a mogłeś mieszkać w Wilanowie. To żadna wstrzemięźliwość. To powszechny dziś wizjer społeczny, inny rodzaj zamaskowanego komfortu, czyli stały już element tej epoki, który wyżej wzmiankowanych stawia w samym centrum ich jaźni. Dzięki temu wiedzą, że są obserwowani, że wysłucha ich terapeuta, że liczą się w tym skrawku świata, który zdecydowali się sobą okupować. Utkwieni w samym centrum społecznym, mają wobec niego taki gest, który umówili się nazywać wstrzemięźliwością.

Tymczasem sednem wstrzemięźliwości chrześcijańskich roninów jest sięgać do samego dna egocentrycznej jaźni, by uporać się ostatecznie z męczącym wspomnieniem o sobie. Pisze o tym Kohelet: „Nie bądź pochopny w słowach, a serce twe niech nie będzie zbyt skore, by wypowiedzieć słowo przed obliczem Boga, bo Bóg jest w niebie, a ty na ziemi!” (Koh 5, 1). Ronin nie zajmuje wiele miejsca, niewielu chodzi po jego śladach, nie rzuca sobą grubego cienia i nikt nie powtarza jego słowa jak plotki. Nie ma własnego terapeuty, nie zmusza innych by słuchali go bez końca. W świecie ronina jest tak wiele przestrzeni dla drugiego, że zaproszeni chcą tam powracać. Istotą bowiem wstrzemięźliwości nie jest dietetyczna rezygnacja z pewnych elementów materialnego przesytu, ale ascetyczny dystans do zajmowania sobą całej, egzystencjalnej przestrzeni. Im więcej takiej wstrzemięźliwości na co dzień, tym więcej mistycznej bliskości na modlitwie.


piątek, 17 lutego 2017

Ksiądz w społeczeństwie postchrześcijańskim...


Mąż Boży – takim to na poły anachronicznym, humorystycznym, a na poły pachnącym biblijnymi sagami, benedyktyńską duchowością i bohaterskimi opowieściami tytułem zwraca się do mnie najczęściej jeden z moich przyjaciół, księży, ilekroć jestem gościem w jego plebanii: czy mąż Boży już wstał? Co mąż Boży chce zjeść na śniadanie? O której mąż Boży odprawia? Historia Kościoła katolickiego, w rozmaitych swych momentach, miejscach i zwrotach, zaiste pełna jest intensywnej działalności kapłanów – mężów Bożych, którzy znani z imienia bądź zupełnie anonimowi, starali się sprostać w różnym zakresie zazwyczaj skomplikowanym kontekstom kultury. W Europie byli więc nieodzownym elementem bogatej i starożytnej mozaiki społecznej. Ksiądz europejski widoczny jest na wszystkich prawie płóciennych obrazach, biało-czarnych zdjęciach i prymitywnych jeszcze kadrach z celuloidu. W Ameryce łacińskiej katolicki duchowny przekształcił się szybko w obrońcę ubogich, polityka, społecznika, gorącego komentatora napiętej sytuacji publicznej. Nie było więc sporu, dyskusji a czasem niestety starcia, w którym latynoski ksiądz nie miałby dać swojej twarzy. W Azji wreszcie kapłani ginęli powszechnie jako męczennicy – cierpiąc latami podejrzenia, pokonując nieufność, szukając świadomie sposobów ryzykownej inkulturacji. Zawsze jednak - a kieruję się wygłaszając ten sąd osobistym doświadczeniem - tak zwane kapłaństwo diecezjalne, świeckie, duszpasterskie, było najlepszym narzędziem dotarcia do ludzi nowych, by łowić ich w sieć wiary. Ksiądz bowiem, wchodząc w dziewiczy duszpastersko teren lub nieopisany społecznie kontekst, niezależnie zupełnie od zmian kulturowych i nie dbając o promocję zakonnego charyzmatu, był po prostu reprezentantem Kościoła, nadchodzącego z całym jego, bezpośrednim, misyjnym przesłaniem. Ksiądz żył zawsze i w każdym miejscu na granicy dwóch światów: ziemskiego oraz nadprzyrodzonego. To stuprocentowo zbliżać musiało go do ludzi.
Z premedytacją i trochę dla prowokacji używam, wspominając ten historyczny panteon mężów Bożych, czasu przeszłego, który chyba najlepiej może wyrazić niepokojącą dziś wszystkich wątpliwość: czy tak będzie dalej? W naszej bowiem epoce dziejów księża katoliccy doświadczają pierwszy raz z miażdżącą intensywnością trzech poważnych i nieznanych w takiej skali pokus: skrajnej decentralizacji w interpretowaniu doktryny, skrajnej dowolności w dyscyplinie kapłańskiego życia oraz skrajnego osamotnienia wobec antyklerykalnej fali, która niepodzielnie dominuje w świecie. Być może trochę lecz tylko trochę przesadzę, jeżeli powiem, że mąż Boży dzisiaj pierwszy raz nie jest pewien, czego i jak nauczać? Nie wie, jak się ubierać, co mówić, jak żyć? Zdaje się też, że nikt już skutecznie go nie chroni.
Mam pełną świadomość, iż pojęcie postchristianitas, nadmienione w tytule bieżącej refleksji, na wejście wywołuje kontrowersje. Dla tak zwanych katolików twardogłowych, podobne myślenie – że tkanka społeczna ogromnej większości państw nie jest już chrześcijańska - jest niedopuszczalne, być może nawet zaciąga jakąś winę moralną. Na ustach postmodernistów wizja minionego chrześcijaństwa przywołuje złośliwy uśmiech nieskrywanej satysfakcji. Dla chrześcijan liberalnych, wyskakujących z trojańskiego konia wpuszczonego do wnętrza Kościoła, bycie ubogą mniejszością w świecie to moda i symbol pokory. Mój prywatny pogląd ma jeszcze inny kontekst. Zanim ułożeni wygodnie wobec powszechnego trendu bieżącej epoki znów zakasamy rękawy do zapamiętałej pyskówki na krawędzi światopoglądów, pragnę oddzielić od siebie dwie wartości: uważam, iż to, że większość organizmów państwowych dziś przestała być chrześcijańska nie oznacza jeszcze, że chrześcijaństwo jest mniejszością - tak jak utrata oddechu nie równa się jeszcze zanikowi życia. W efekcie więc pewnych obserwacji, spekulacji i obliczeń, ośmielę się zasugerować paradoksalne dość spostrzeżenie: zaczyn różnorodnych kultur jest u swych podstaw wciąż chrześcijański, utracił on zarazem swój wpływ na realne wybory większości organizmów społecznych. Chrześcijaństwo przypomina dziś pewną nieuporządkowaną masę, stagnację, materię uśpioną, ukrytą pod powierzchnią, odrętwiałą i instytucjonalnie źle zorganizowaną, która z tych właśnie powodów – dysponując wciąż ilościową potencją – nie jest w stanie jej używać tak, by dało to jakościowe efekty w postaci ewangelicznego przetworzenia teatrów, szkół czy administracji.
Niechrześcijańska mniejszość przez to sprawnie, od kilku dekad przejęła zarząd sumień i umysłów w świecie. Choć nie planowałem tego ani z tym sympatyzuję, moje życie księdza stało się ze swej natury bytowaniem wędrownym. Jak głosi stare, polskie porzekadło: podróże kształcą – ktoś, kto wystawi nogę na prawo lub lewo poza granicę Polski, jeśli odrobinę obserwuje i myśli, to po prostu widzi, czyta i wie. Społeczeństwo świata współcześnie nie jest chrześcijańskie – chciałbym ośmielić się to stwierdzić bez dodawania zbędnych dookreśleń już, przed czy po. Świat przestał być chrześcijański ale – co ważne – przestał być chrześcijański dlatego, że sam z Ewangelii zrezygnował. Uważam to za znaczące uwarunkowanie. Chrześcijaństwu w nowożytnym dialogu ze światem nie zabrakło niczego. Kościół, jako nośnik ewangelicznego przesłania, zdobył się na ogromny wysiłek autoreformy, czego znakiem był Sobór Watykański II. Jest dla nas wszystkich oczywiste, że sensem tego wysiłku przekształcenia była jedna idea: stać się zrozumiałym dla współczesnych. Przez to Kościół zbliżył się do świata - niektórzy twierdzą, że stał się nawet światowy lecz to już kwestia reformy do reformy – ale w epoce ponowożytnej, jak nigdy dotąd w historii ludzkości, to świat oficjalnie, publicznie, przez niezliczoną ilość aktów prawnych a nawet konstytucyjnych, świadomie oddalił się od Kościoła, rezygnując z żywotnej interpretacji zjawisk według klasycznych reguł chrześcijaństwa.
            Na jakiej więc podstawie ośmielam się tu stawiać tezę, że w neopogańskim świecie jednak pierwiastek chrześcijański jest ukrytą, uśpioną, przyduszoną większością? Oto bowiem rezygnacja z chrześcijaństwa, jaka dokonywała się w ostatnich dekadach w skutek machinacji, programów i świadomych działań niezliczonych partii liberalnych, bogatych sponsorów, teatralnych snobów, stronnictw ubóstwionego postępu, uniwersytetów czy partykularnych myślicieli, na naszych oczach kończy się nieprzewidywalnym jeszcze kilka lat temu, a dziś nieodwracalnym procesem: tak zwani zwykli ludzie chcą absolutnie rezygnować z tych, którzy od kilku dekad opresyjnie chrześcijaństwo wyznaczali na stos. Zrezygnowani a odprawieni precz czują się obrażeni i dotknięci. Stopień pychy lewicowych liberałów, którzy dzierżąc władzę nad światem od lat, oderwali się daleko od ziemi i nie są w stanie wylądować, zaiste przeraża. Większość reprezentantów liberalnej lewicy bezpiecznie wierzyła w to, że da się stworzyć społeczną konstrukcję, która albo szybko zastąpi albo w dłuższej perspektywie chociaż przeżyje chrześcijaństwo. Konstrukcję stworzyć się dało, to fakt, ale niemrawi chrześcijanie okazali się być żywotni, trwają, istnieją i to oni dziś – niezorganizowani wprawdzie - decydują, by lewactwo ustąpiło. Jeśli bowiem współcześnie odprawia się z niczym ludzi skompromitowanych, to nie dlatego, że jakaś chrześcijańska demokracja zorganizowała imponujący ruch europejskiej czy amerykańskiej odnowy społecznej. Nic z tego. Radykalna wyprawka lewaków dokonuje się na zasadzie instynktownego, etycznego odruchu: że prawda musi być transparentna, polityka dostępna dla wyborców, elita zmienna a przywileje lub obowiązki proporcjonalne dla wszystkich. Ten bezwarunkowy odruch społeczny to dziedzictwo chrześcijańskiej moralności, estetyki i duchowości, dziedzictwo głęboko wszczepione w sumienie większości, dziedzictwo odruchowe, naturalne, oczywiste. W nieprzewidzianym przez nikogo, publicznym starciu od Waszyngtonu, przez Paryż, aż do Budapesztu, ujawniło się w całej swej sile zakorzenione przez wiekową kulturę chrześcijaństwo instynktowne: spontaniczne, zupełnie nieuformowane, chaotyczne, które pomimo tego lewicowy aparat – potęgą czystego żywiołu - wytrąciło z równowagi.
            To dlatego, ni mniej ni więcej, znaleźliśmy się niespodziewanie dla wszystkich w bardzo niewygodnym momencie cywilizacyjnej historii. Zorganizowane bowiem, lewackie struktury, wypracowały już swój schemat, który choć skorumpowany i płytki, na zewnatrz jakoś działał. Nagle te organizacje zaczynają być wypierane tu i tam przez silniejszy, żywotny lecz bezkształtny żywioł chrześcijaństwa podświadomego, instyntktownego, domowego, rodzinnego czy jak go jeszcze nazwiemy. Ów masyw jest zdecydowanie silniejszy. Tak samo jednak jak silny, jest równie zdezorganizowany: jakby nie miał głowy a tylko ramiona i nogi, które rozpychają się i kopią do przodu. Z jednej więc strony czujemy zaskakującą ulgę – lewactwo z goryczą pakuje tobołki. Z drugiej strony ciąży nam chaos. Plac niedawnych jeszcze przepychanek, szturchańców i kłótni, opuszczają powoli najważniejsi protagoniści niedokończonego eksperymentu, pozostawiając jednak w centrum zlepioną przez nich skorupę. Wierzę, że za jakiś czas pojawią się wychowawcy, którzy ponownie rozpoczną wielowiekowy mozół inteligentnego przeformowania ożywionej raz jeszcze lecz póki co bezkształtnej, chrześcijańskiej masy. Tymczasem wielu musi nauczyć się trwać w opuszczonej skorupie. Wśród tych wielu jest i katolicki ksiądz – nowy, inny, zaskoczony, samotny, mąż Boży w społeczeństwie postchrześcijańskim.
            Uważam z wielką ufnością, iż kapłan rzymsko – katolicki, brutalnie skonfrontowany z całą siłą wymienionych już we wstępie pokus, przeżyje ten moment powszechnego kryzysu, jeśli zda sobie sprawę z realnej sytuacji i z konsekwencją, determinacją, uporem zastosuje specyficzne środki. Ponowne zorganizowanie tożsamości księdza w odmiennej, naszkicowanej tu perspektywie społecznej, jest zagadnieniem tak samo trudnym, co ciekawym. Wydaje się, że aby odrodzić i podtrzymać żywotność katolickiego kapłaństwa w tak skomplikowanym pejzażu kulturowym, mąż Boży musi najpierw uniknąć dwóch tendencji, które w ostatnich latach ewaluowały zdecydowanie negatywnie. Po pierwsze - w postchrześcijańskiej skorupie nie przeżyje ksiądz jako funkcjonariusz defensywnej instytucji, która przede wszystkim, kurczowo, zachowawczo i za wszelką cenę, broni ustalonego terytorium przed wymyśloną inwazją światowego demona. Należy powiedzieć sobie szczerze, że w większości prowincji kościelnego terytorium nie ma już czego bronić: ławki, konfesjonały i parafialne konta są puste, a mąż Boży zmuszony jest przejść do apostolskiej, katechetycznej, modlitewnej, powołaniowej i moralnej ofensywy. Po drugie – w ostatnich dekadach zdemaskowany został również typ księdza bez radykalnej, duchowej tożsamości, konsekrowany urzędnik pożyteczności publicznej, który z pobożnym uśmiechem oprowadza japońskie wycieczki po muzealnych zakrystiach, organizuje koncerty organowe przed pustym tabernakulum czy zbiera na miskę ryżu dla ubogich - więcej nic. Na taki profil kapłaństwa mąż Boży – by przeżyć – dalej zgadzać się nie może. Myślę więc pozytywnie, że ksiądz katolicki dziś zreorganizuje się skutecznie w postchrześcijańskim świecie, gdy zgodzi się być od zaraz: zmarginalizowanym społecznie lecz płodnym religijnie; przewodnikiem świadomej mniejszości; lekarzem połamanych jak nigdy dotąd życiorysów oraz cierpliwym wychowawcą duchowych ignorantów.
            Już w roku 1958, na progu swej profesury, kiedy świat funkcjonował jeszcze jako katolicki monolit, wybitny i proroczy Joseph Ratzinger opublikował głośny – zaatakowany przez jednych, przez innych zrozumiany - artykuł pod tytułem: „Neopoganie i Kościół”. Tekst został przypomniany między innymi jako swoiste zakończenie ostatniego chyba w życiu wywiadu udzielonego niedawno przez papieża emeryta Peterowi Seewaldowi. We wspomnianym artykule Ratzinger wzywa do jak najszybszej i koniecznej przed upadkiem wszystkiego, ponownej sakralizacji Kościoła, pisząc: „Na dłuższą metę Kościołowi nie zostanie oszczędzona konieczność stopniowego pozbywania się tożsamości ze światem i stania się znowu tym, czym jest: wspólnotą wierzących. W rzeczywistości te zewnętrzne straty zintensyfikują tylko jego misjonarską skuteczność. Jedynie wtedy, gdy przestanie być tanią oczywistością, a zacznie ponownie przedstawiać się jako to, czym faktycznie jest, uda mu się znowu dotrzeć z własnym przesłaniem do uszu nowych pogan, którzy jak dotąd oddają się życiu w iluzji, przekonani, że takimi nie są. Oczywiście, rezygnacja z zewnętrznych godności przyniesie ze sobą utratę cennych przywilejów, jakie bez wątpienia wynikają z obecnego uwikłania Kościoła w sferze publicznej. Chodzi przy tym o przemianę, która nastapi niezależnie od udziału w niej Kościoła, na co musi on być przygotowany. Ogólnie rzecz biorąc, w tym koniecznym procesie sakralizacji należy dokładnie rozróżnić trzy płaszczyzny: sakramentów, przepowiadania oraz osobisto – ludzkich relacji pomiędzy wierzącymi i niewierzącymi”. (J. Ratzinger, Neopoganie i Kościół, [w]: P. Seewald, Benedykt XVI. Ostatnie rozmowy, Kraków 2016, s. 299).
Myślę, że w drugiej połowie ubiegłego stulecia, ku zaskoczeniu wszystkich, doszło nie tylko do pogańskiego drenażu wewnątrz wspólnoty Kościoła. Spoganieniu, zeświecczeniu, odduchowieniu, uświatowieniu i powszechnemu spłyceniu jak nigdy przedtem, co być może było poniekąd bezpośrednią konsekwencją wspomnianego drenażu, dotknięte zostało w Kościele również kapłaństwo służebne. Ksiądz stał się prawie wszystkim: pisarzem, dziennikarzem, inżynierem, bankierem, politykiem, a nawet motocyklistą i hippisem – natomiast z pewnością najtrudniej przychodziło mu być po prostu duchownym. Pora więc jasno powiedzieć sobie w innym sposób za Ratzingerem, że resakralizacji w Kościele najbardziej potrzebuje kapłaństwo. I pozornie postchrześcijańska rzeczywistość, odbierając bezkrompromisowo księżom ich uprzywilejowane miejsca na estradzie, jest najwłaściwszą okazją do nowego uduchowienia rzymskiego księdza. Kiedy kapłaństwo przestaje być elementem świata, może wreszcie służyć jako podstawowy element ewangelicznego świadectwa. Bo ksiądz studiując doktrynę staje się wyśmienitym katechetą, czego nie da się powiedzieć o księdzu zaczytanym w ideologiach. Kapłan odnoszący się z należytym szacunkiem do obecności Boga w sakramentach, Słowie lub liturgii, bez trudu odnajdzie tego samego Boga w obliczu dziecka, kobiety i ubogiego, co nie jest już tak oczywiście widoczne w wyborach moralnych nazbyt wielu skandalistów w koloratce z minionego stulecia. Reasakralizacja katolickiego kapłaństwa może po prostu polegać na ponadepokowej kontynuacji wyboru Pana Jezusa, który dyskretnie uchwycił Ewangelista Marek, zapisując: „I ustanowił Dwunastu, aby Mu towarzyszyli...” (por. Mk 3, 14 a). To pierwszy z charyzmatów księdza. Ma on towarzyszyć Panu, reszta pochodzi od tego. Zapewne współcześnie sól kapłańska uległa nadpsuciu, ponieważ nowożytny ksiądz modnie towarzyszył wszystkiemu, za wyjątkiem Boga.
            Pierwsza z nazw nowego miejsca kapłańskiego w postchrześcijańskim świecie w języku socjologów zabrzmi twardo: marginalizacja, lecz w języku wiary przynosi stosowne pocieszenie: ukryty zaczyn. Ksiądz w pejzażu postchristianitas jest postacią zstępującą z estrady, trybuny i wypełnionej auli w zacisze konfesjonału, rozmównicy, samotnej ścieżki w parku lub bibliotecznej ciszy. To bardzo dobrze, że społeczność pochrześcijańska nie widzi już dalej księdza w kręgu swoich ulubionych celebrytów. Ma on teraz szansę - transponując wyrok społecznej, nieuchronnej marginalizacji, na proces duchowego, koniecznego uniżenia, wyrzeczenia się siebie i pokory - narodzić się jako ojciec duchowy. Ojcostwo duchowe w bezlitosnej skorupie współczesności, zamieszkanej przez niezliczoną ilość terapeutów, trenerów psychiki, chiromantów czy menedżerów, to niezastąpiona cnota i zdecydowanie pierwszy atut społecznej odnowy. Duchowny w postchristianitas nauczy się słuchać, towarzyszyć i spowiadać, przechodząc w ukryciu od tak zwanego duszpasterstwa masowego do indywidualnego kontaktu z człowiekiem. Przy czym personalne podejście w duszpasterstwie nie jest tanią pociechą, ratującą nam jakoś twarz wobec depresji spadających na łeb statystyk. Indywidualne kierownictwo duchowe nie jest tak spektakularne jak liderowanie na wypełnionych stadionach, to fakt. Jest natomiast niezastąpionym narzędziem dojrzałego wzrostu, wolnego wyboru, radykalnej świętości. Z tysięcy żmudnie wypalanych cegieł wznosi się mur nie do zdobycia.
            W tym procesie przemiany ukrytego zaczynu kapłańskiego wiele zależeć będzie również od cnoty męstwa. Kontakt indywidualny kapłana z człowiekiem, współczesne kierownictwo duchowe czy nowe wychowanie do mistyki, przypomina obecnie coraz częściej stanięcie wobec pejzażu ezechielowej doliny suchych kości. Nie jestem pewien, czy kiedykolwiek ludzkość była w tak słabej kondycji moralnej, psychicznej i duchowej jak dziś. Całe to niesłychane poranienie jest natomiast najlepiej widoczne, odkryte, ujawnione właśnie w indywidualnym kontakcie. Ksiądz więc – zdecydowanie zajmując postchrześcijańskie miejsce ojca duchowego – jako przewodnik wewnętrzny będzie z konieczności najgłębiej, najdelikatniej lecz najbardziej bezpośrednio, dotykał całej biedy współczesnego człowieka: jego łez i samotności, porzucenia, upodlenia i porażki. Ignorancja i odkształcenie antropologiczne naszej epoki jest bowiem przerażające. Tak więc ewangeliczny kapłan nie może już dziś oczekiwać tego, że z jego duchowej posługi w konfesjonale korzystać będą co krok dusze mistyczne, gotowe do zjednoczenia. Do tego samego celu mistycznego co zawsze ojciec duchowy w skorupie postchrześcijaństwa prowadzić musi zaczynając w większości spotkań od zera, od ignorancji, od podstaw, latami, z cierpliwością, sięgając po środki klasyczne, czyste duchowo, nieskażone zweryfikowaną negatywnie w XX wieku psychoanalizą. W ten sposób nowy czas ukształtuje nowego księdza: wolnego od pokusy natychmiastowego efektu, bogatego cnotą długomyślności.
            Nie wiemy, ile lat to potrwa. Jesteśmy natomiast pewni jednego: kapłaństwo katolickie, podobnie jak całe postchrześcijaństwo po rozprawieniu się z wpływami lewicowych ideologii, zdziesiątkowane medialną interpretacją ostatniego Soboru i wystawione na wiele znaków zapytania w postnowożytnej rzeczywistości, jest w stanie kryzysu. Przeżywa więc gwałtowne wzloty i upadki, zdumiewa śmiałością bądź zawstydza skandalami, wzbudza nadzieję lub zasmuca. W niewielkiej jednak swej liczbie, jak mi się wydaje, kapłaństwo to wyraźnie idzie ku lepszemu. I chciałbym szczerze zapewnić tę małą trzódkę wiernych, którzy wyglądają jeszcze powrotu procesji do ołtarza, że wraz z nieuchronnymi przemianami społecznymi, które widzimy, już wychodzi w ich stronę nowy ksiądz. Nie będzie ich wielu lecz będą z wiary, wolni od żądzy sukcesu, naprawdę ubodzy, pociągająco skromni, mocni zaufaniem do Boga, roztropni wobec pokus światowości, duchowi duchowni. Tylko taki ksiądz w publicznej przestrzeni postchristianitas zdobędzie konieczny do ewangelizacji autorytet męża Bożego.

            Gdy wracam pamięcią do wielu kapłanów, którzy z krucyfiksem nad głową, w sutannie, przeszli trudnymi szlakami ludzkiej historii, coraz chętniej sięgam do biografii popularnego w Ameryce łacińskiej księdza – pierwszego świętego z Argentyny: Cura Brochero. Wiele się mówi o zwykłych a niezwykłych wydarzeniach z jego życia, był on bowiem – jak wszyscy święci – prawdziwym oryginałem. Osobiście najbardziej cenię tę anegdotę. Kiedyś Cura Brochero przystąpił do zuchwałego projektu budowy nowego domu rekolekcyjnego w biednych okolicach argentyńskiej Cordoby. Teren górzysty, zapadła prowincja w interiorze, bieda mocno podupadającej gospodarczo w końcu dziewiętnastego wieku Argentyny. Kto wpadłby na tak szalony pomysł? A Cura Brochero chciał tam organizować rekolekcje ignacjańskie dla ludzi ze swoich parafii. Gdy więc położył kamień węgielny pod budowę domu, podniósł głowę i zwrócił się w wewnętrznym dialogu do demona, mówiąc w argentyńskim żargonie: i już przegrałeś, sukinsynu!


środa, 7 grudnia 2016

Przyświadczenie. Coś pomiędzy przeżyciem a refleksją...

   Większość fakultetów dziś i uniwersyteckich wydziałów pieczołowicie zabiega nie tyle o podwyższenie poziomu ćwiczeń, laboratoriów czy wykładów, ile o maksymalne rozszerzanie przestrzeni rekrutacji. Edukacja akademicka jest współcześnie coraz bardziej powszechna, powstają szkoły wyższe i szkółki, instytuty oraz wydziały, które za każdym razem proponują studentom jeszcze bardziej wysublimowany tytuł na dyplomie, dla przykładu: wydział monitoringu gminnych supermarketów lub wyższa szkoła psychologii spacerów, brydża, hobby oraz jazdy na rolkach zaocznie. Prawda brodzi po kostki w wodzie, przy brzegach, bo student stał się atrakcyjnym towarem. A ja mam sposób, jak współcześnie bez płycizny otworzyć całkiem nowy wydział, który przyciągnie ogromną liczbę adeptów wiedzy atrakcyjnej, dobrze płatnej i kulturowo praktycznej: terapia podziałów. Jeśli bowiem dziś jakiegoś fachowca potrzebuje nowoczesne społeczeństwo, to bardziej niż murarza, nauczyciela czy lekarza, wygląda ono zatrudnienia mędrca, kogoś więcej niż negocjatora, mediatora lub guru, który jakimś wysiłkiem zdobytej wiedzy – bo na cud już chyba za późno – przepuści jedną ulicą, mniej więcej sterując w tym samym kierunku, marsz kodziarzy i pisiorów, niepodległych i euroentuzjastów, agentów i podziemie, wreszcie tradsów z charyzmatykami. Można się na to uśmiechnąć. A jednak albo to się uda - albo egzystencja nowożytności dogorywać będzie w swej udręce. Bo przeżyć się da, ale nie da się tworzyć czegoś w świecie, społeczeństwie czy Kościele coraz brutalniej rozparcelowanym na detale. Wiadomo zaś powszechnie, że egzystencja bez rozruchu to agonia.
            Pozornym obserwatorom z chodnika wyda się zrazu oczywistym, że najwięcej zarabiałby na tym chaosie terapeuta podziałów politycznych. Zaraz rozwożono by go po rozmaitych redakcjach, przepytywano w czasopismach, wkładano do ręki raz białą, raz czarną flagę ideologicznych korowodów. Być może, nie znam się specjalnie na ekonomicznych możliwościach celebrytów, wiem natomiast z pewnością, że podział polityczny, społeczny lub kulturowy jest jedynie konsekwencją rozbicia moralnego. Najpierw komentuje się rozbieżnie o prawdzie, krzywiąc tym samym odporność i wrażliwość sumienia, a potem ów bardziej podstawowy podział etyczny staje się szybko obecnym w polityce. Ale i niespójność etyczna, choć starsza od rozdarć społecznych, nie jest jeszcze najbardziej pierwotna. Jeśli jest coś zupełnie podstawowego, co ulec może rozbiciu, to jest to podzielona dusza. Uważam, że rozdarcie wewnętrzne w człowieku, pęknięcie duchowe, przebiegające istotnie u samych źródeł osobowości - najmniej przecież komentowane, najmniej zauważone, bo pozornie najmniej praktyczne dla wszystkich - jest początkiem coraz bardziej powszechnego podziału moralnego, społecznego, politycznego czy wreszcie kulturowego.
Trudno współcześnie powiedzieć: jesteśmy chrześcijanami! W istocie bowiem coraz powszechniej przychodzimy nie ze świata tej samej Ewangelii i tego samego Kościoła lecz najczęściej, z niebywałą jak dotąd intensywnością emocji, identyfikujemy się bezgranicznie z niezliczoną liczbą szkół duchowych, nurtów, ruchów i subiektywnych doświadczeń religijnych, które zdają się nie mieć już często wspólnego, obiektywnego centrum. To nasi duchowi liderzy formują nas dzisiaj jak chcą: najpierw u podstaw ducha, przez moralność dalej, aż do konkretnych postaw społecznych. Wpływ religijnych liderów jest tak samo imponujący, co niepokojący. W niektórych bowiem wymiarach mogą oni o duchowym profilu chrześcijaństwa rozstrzygać mocniej niż Jezus – i to z powodu tej chyba charyzmatycznej uzurpacji, poza chrztem, trudno jest dopatrzeć się w nas jeszcze czegoś, co bezdyskusyjnie łączy: czy to w sposobie modlitwy, czy w działalności apostolskiej, czy w liturgii, czy ostatnio nawet w moralności. Z tych powodów domniemam, że terapeuta podziałów religijnych mógłby wkrótce zarabiać więcej niż polityk. Musiałby natomiast skupić się w procesie terapeutycznego scalania duchowości na umiejętnej mediacji między dwoma, generalnie skonfliktowanymi postawami religijnymi współczesnego chrześcijaństwa: między tymi, którzy uważają, że duchowość to intelektualny dyskurs, wytrwałe milczenie w kościelnej ławce na naukach i zakuwanie dogmatów na pamięć oraz między tymi, którzy krzyczą, że duchowość to prostacka koncepcja ewangelicznego dziecięctwa, podnoszenie rąk do góry, taniec wokół ołtarza i powtarzana przez wszystkich od dłuższego czasu ewangelizacyjna mantra: Bóg cię kocha, to wielka radocha...
Tę nieufność, a może nawet już nieprzyjazne starcie w posoborowym obliczu chrześcijańskiego świata, można by z grubsza określić jako napięty konflikt między refleksją a przeżyciem. Konflikt o wzajemne udowodnienie sobie na punkty, czy w rozwoju duchowym autentyczne jest przywiązanie do liturgii, czy modlitwa spontaniczna, tradycja czy misyjność, argumentacja czy entuzjazm? Obserwując od lat i poddając laboratoryjnemu wręcz badaniu szczegóły tak nieprzyjemnego starcia w łonie chrześcijaństwa, z zawstydzeniem powracam do pytania: dlaczego nie biją na alarm teologowie życia wewnętrznego? Co jakiś czas podnoszą jedynie ciekawe kwestie - z reguły kopani pod ławką w kostkę przez praktycznych proboszczów - etycy czy filozofowie społeczeństwa. A przecież wystarczyłby głębszy, przemyślany i historyczny komentarz do mistyki, by jednym i drugim porozluźniać pięści. Tymczasem badacze duchowości kontentują się raczej biernością, wolą nie tracić teoretycznej stateczności. Rośnie więc nieufność charyzmatyków, którzy boją się tego, że chrześcijanie intelektualni każą im znów nauczyć się łaciny i wszystkich pytań z katechizmu. A chrześcijańscy myśliciele z kolei uciekają od charyzmatyków, poirytowani bardziej z dnia na dzień tym, co już sam kardynał Bergoglio podobno zwykł nazywać szkołą samby.
Wracam tu pamięcią do czterech, bardziej lub mniej znaczących wydarzeń, które wydają się znaczyć proces wzajemnego wypierania się wiary od rozumu w duchowości. Refleksję i doświadczenie od kilku lat ustawiono w dwóch, oddalonych od siebie nawach, aby każdy mógł sobie bez stresu urządzać własne procesje. Długi już czas temu brałem szczęśliwie udział w dublińskim spotkaniu ze znakomitym reżyserem i w gruncie rzeczy myślicielem Krzysztofem Zanussim. Lubię słuchać Zanussiego. U Mistrza nienaganna forma przekazu odpowiada harmonijnie lotności myślenia. Reżyser opowiadał nam spontanicznie, jak to przybył właśnie do Dublina bezpośrednim lotem z kolejnego festiwalu filmów w Moskwie. W Rosji przygotowano specjalne z Nim spotkanie, wykład, po którym zadawano wiele pytań. Wśród znaczących, choć mniej znanych w Polsce filmów reżysera, ważne miejsce zajmuje również obraz „Iluminacja”, którego temat oscyluje swobodnie lecz głęboko wokół spraw z duchowości. Ktoś ze studentów w Moskwie – wspominał nam wtedy w Dublinie Zanussi – postawił mu znaczące pytanie: dlaczego mówi Pan tyle o mistyce? Przecież dziś nasza racjonalna generacja już wie, że doświadczenie mistyczne w słownikach zdefiniować trzeba jako przesąd, fanatyzm albo egzaltację...wtedy chyba pierwszy raz poczułem w sercu jakąś stanowczą kontestację i pretensję wobec chrześcijan, którzy porzucając szacunek do rozumu, ośmielili się nazywać mistyką wszelkiego pokroju spirytystyczne eksperymenty: od hipnotycznych zaśnięć małpujących kontemplację, przez publiczne spektakle egzorcystów, aż do przepowiedni wyssanych z palca w imieniu Ducha Świętego.
Bezpośrednim powodem tego, iż tak wiele osób dziś, obserwując Kościół tymczasem z dystansu, badawczo lub z wątpieniem, utożsamia chrześcijańską mistykę z coraz bardziej powszechnymi, neurotycznymi zaburzeniami stanu emocjonalnego szukających wytchnienia w religii jednostek, jest dyktatura irracjonalizmu. To irracjonalizm pozwolił na dowolne, użyteczne mieszanie pojęć, doświadczeń i faktów. W drugim z przykładów przeniosę się krótko do auli wykładowej Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych. Instytucja ta, znakomita choć wydaje się zbyt mało jeszcze popularna w Polsce, powstała jako jednostka naukowa w roku 2008, z inicjatywy akademików skupionych w środowisku badawczym wokół pokornej i genialnej osoby księdza Michała Hellera. Uroczysta inauguracja Centrum Kopernika odbyła się 2 października tegoż roku, około godzin południowych, w krakowskim Collegium Maius Uniwersytetu Jagiellońskiego. Michał Heller przedstawił naukowe cele instytucji, zabrał też głos Charles Harper, wiceprezes Fundacji Templetona, która dopiero co nagrodziła sowicie dokonania wybitnego, polskiego kosmologa i księdza. Warto zaznaczyć, że cały finansowy dochód z tej nagrody ksiądz Heller przeznaczył właśnie na powstanie Centrum Kopernika Badań Interdyscyplinarnych. To dlatego zaraz potem wszyscy obecni na inauguracji wznieśli toast winem z krakowskich winnic UJ-otu, a następnie wysłuchali wykładu Michała Hellera. Po wystąpieniu Profesora nadszedł czas na dyskusję. Gdy z sali wreszcie padło pytanie: co zdaniem Hellera jest dziś największym zagrożeniem dla ludzkiej cywilizacji? – ksiądz, który z reguły mówi z wahaniem, skromnie, jakby zestawiając myśli w swej genialnej głowie, tym razem udzielił błyskawicznej i krótkiej odpowiedzi, konstatując: irracjonalizm. Brak szacunku do rozumu dziś dominuje wszędzie: w życiu społecznym i mediach, w edukacji, dyscyplinie i miłości. Nic więc dziwnego, że jako coraz bardziej powszechny szkodnik, dotarł również do najgłębszych pokładów duchowości. W innym wystąpieniu, które aż chce mi się zacytować tutaj, Michał Heller rozwijał swą diagnozę, mówiąc tak: „Po odejściu neopozytywizmu, który mylił się w ogóle swych twierdzeń ale przynajmniej pilnował rzetelności w rozumowaniu, wielu ludziom wydało się, że wszystko wolno. Każda głupota ma prawo bytu na wolnym rynku ludzkich przekonań. Czasy nowożytnego racjonalizmu, czyli jak się mówi: zniewolenia rygorem myślenia - minęły. Żyjemy w okresie ponowożytnym, w którym retoryka jest ważniejsza od logiki, a siła perswazji od doświadczalnych argumentów. Zarówno nauce jak i religii grozi dziś zalew irracjonalizmu. Irracjonalizm jest szczególnie niebezpieczny w obszarze religii. Prowadzi on do nietolerancji, fanatyzmu, różnego rodzaju fundamentalizmów a w skrajnych przypadkach do terroryzmu i wojen religijnych. A w każdym wypadku irracjonalizm kompromituje religię i wzmacnia antyreligijne tendencje. Dość nieoczekiwanie w sprzeciwianiu się irracjonalizmowi religia i nauka znalazły się po tej samej stronie barykady. I to jest szansa, której nie powinniśmy zmarnować, a zmarnować ją możemy bardzo łatwo – wystarczy, że pozwolimy irracjonalizmowi przesiąkać do naszej religijności”.
W trzecim z przykładów powspominałem sobie kiedy, z jakich powodów i przez które to szeregi zaczynał się smutny pochód irracjonalizmu w stronę chrześcijańskiej religijności? Miałem lata temu kolegę, który chodząc ścieżkami tak zwanej Woli Bożej, dotarł do seminarium, by uczyć się na księdza. I znaliśmy się potem dobrze i współpracowaliśmy wiele, choć w końcu – takie jest życie – przyjaźń jakoś nam nie wyszła. Ale pamiętam, że po trzech pierwszych latach formacji, mój kolega zaczął przybierać duchowy kurs przaśnie franciszkański: pragnął obcować więcej z naturą niż z tabernakulum, publicznie ogłaszał pochwałę prostoty, egzaminy z teologii postanowił zdawać bardziej na tak zwanym zawierzeniu niż za pomocą wiedzy, chodził w sandałach bez skarpet czasem nawet zimą. To prawda, że radykalizm łatwo pomylić ze skrajnością. Budzi to wówczas wiele niepokoju lecz ja długi czas przyglądałem się temu z sympatią. Aż do momentu, w którym mój franciszkański kolega przekonywał mnie, że wiedza przeszkadza w postępie ducha, za przykład stawiając oczywiście Vianney‘a. Biedny proboszcz z Ars! Ile to już subiektywnych pomysłów broniło się w dowolny sposób manipulując biografią świętego: że nieuk, że został księdzem z Bożej łaski, że nie umiał wcale łaciny, że w imię ubóstwa nie sprzątał kościoła i całymi dniami tylko modlił się, modlił i modlił. Wiele lat później, kiedy wspaniały Benedykt XVI ogłosił Rok Kapłański, wraz z trójką księży przyjaciół dotarliśmy do Ars. Wszystko tam było wielkim zaskoczeniem. Żywa parafia, którą zbudował ten inteligenty proboszcz. Siła woli, jaką miał, by działać, żyć i trwać do tego godzinami rzeczywiście na modlitwie. Wspomnienie genialnego katechety, który głębią oraz prostotą docierał do najbardziej kamiennych serc i umysłów. Kościół parafialny ozdobiony nowocześnie przez Vianney‘a, a przede wszystkim Jego osobista biblioteka na pierwszym piętrze plebanii, biblioteka ze wszystkimi, najważniejszymi dziełami teologicznymi, filozoficznymi i literackimi tamtej epoki, biblioteka, za którą proboszcz z Ars zapłacić musiał fortunę – zrobiła na mnie niezatarte wrażenie. Z moim kolegą, dawniej tercjarzem franciszkańskim, a dziś kurialnym urzędnikiem z tak zwanym sukcesem w kategoriach kościelnej kariery, spotkałem się ostatni raz na obronie mojej tezy. Po tryumfach, fanfaronach i obiedzie podszedł do mnie i zapytał, czy moim zdaniem byłby on również zdolny napisać jakiś doktorat?
Mam zawsze nadzieję, że chrześcijańscy intelektualiści piszą nie dla tytułu przed nazwiskiem ale dla coraz to głębszego komentowania prawdy w aktualnym jej kontekście. Z uwagą więc, po czwarte, przeczytałem tekst mojego rówieśnika i szefa mieleckiego KIK-u, pana Tadeusza Matuszkiewicza: „Kościół według charyzmatyków”, który wisiał przez parę tygodni na oficjalnej stronie internetowej czasopisma „Christianitas”. Matuszkiewicz, odważnie i wnikliwie polemizując z niejakim dr Sionką, bliskim doradcą biskupa Rysia, skrupulatnie choć krótko rozłożył na łopatki ezoteryczny domek z duchowych kart, wznoszony od kilku lat przez tak zwanych pentekostalnych charyzmatyków, gromiąc ich za: synkretyzm religijny, subiektywny indywidualizm, postrzeganie religijności w kategoriach dobra konsumpcyjnego, czy też ograniczanie źródeł wiary do doświadczenia rozumianego jako emocjonalne przeżycie w grupie. Nad tymi błędami, jak trafnie wskazał redaktor z Mielca, unosi się na domiar złego jeszcze duch naśladownictwa w Kościele katolickim, w którego szeregach coraz powszechniej się mniema, że tryb subiektywnego pentekostalizmu ma stać się uniwersalnym stylem duchowym czy duszpasterskim nowożytnego katolicyzmu. Zgadzam się ze wszystkim lecz tylko do połowy, ponieważ po dokonaniu chirurgicznej wręcz trepanacji pentekostalnej pokusy w Kościele, Tadeusz Matuszkiewicz za przeciwwagę lub sposób rozwiązania problemu, podał w tle swojego tekstu zaledwie trzy wzniosłe i suche pojęcia: doktryna, ortodoksja, Magisterium. Wyobrażam sobie, że ktoś z młodych lub starszych wiekiem katolików, kto załapał się przypadkiem na charyzmatyczne modlitwy, do zdarcia gardła pośpiewał sobie protestanckie piosenki o Jezusie, klaskał i tańczył na stadionie, gdy przeczyta coś podobnego, zacznie kalkulować tak: „tamto było żywe i radosne, to jest suche i odległe - wolę już uśmiechać się i być na luzie niż unosić przemądrzały palec do góry w obronie zakurzonych katechizmów. To nuda słuchać o doktrynie. To sztuczność skupiać się tylko na obronie ortodoksji. W Ewangelii czuć pewne ryzyko, powiew – i bardziej je czuć na stadionach niż w zatęchłych, klasztornych archiwach”. Tak oto intelektualna restrykcja bez szerokiego wyjaśnienia i bez osobistego wprowadzenia w piękno doświadczenia doktryny, ortodoksji lub liturgii, może wywoływać odruch obronny, znudzenie, a nawet obawę, odsyłając do swoich zakrystii dwie, wspomniane już procesje: poważnych od refleksji i rozhukanych od przeżycia. A przecież studiowanie doktryny to smakowanie w mądrości, wobec którego niczym są śmieszne koncepcje współczesnej psychologii. Kto zaś jeden raz świadomie podczas liturgii śpiewał z chórem i z sercem antyfonę: „Flos Carmeli”, pociągnięty daleko jej natchnieniem, czuć się może potem skrępowany natrętną dosłownością konsekrowanych gitar.
Coś musi więc być między tańcem a studium, stadionem a zakrystią, refleksją a przeżyciem. Bo u swych źródeł duchowość chrześcijańska jest czystą pierwszej wody mistyką. Myślę, że aby zrozumieć jak doszło do zmącenia i gdzie szukać ponownie pobożnego centrum, trzeba z pokorą uznać, że duchowość nie jest dowolnym produktem wewnętrznym jednostek ale jak cała zresztą teologia, podlega pewnym prawidłom poznawczym – po prostu jest więc częścią nauki. Oczywiście, metodyka badawcza tak zwanych nauk ścisłych, materialnych czy eksperymentalnych jest zgoła odmienna od metod badawczych teologii. Co jednak ciekawe, wnioski tych dwóch nauk mogą, powinny i coraz częściej stają się przyczyną do wzajemnego, ubogacającego dialogu, mimo, że duchowość nie rozstrzyga o sprawach nauki, a nauka jest bezradna w obszarze nadprzyrodzonym. Jestem przekonany, że jeśli przed wiekami doszło do spotkania i owocnych konwersacji między nauką a religią, to wspólnie wynegocjowanym na korzyść dwóch stron pojęciem była idea porządku natury. Co do tego, że istnieje jakiś odwieczny porządek wszystkiego zgadzała się nauka, począwszy od filozofów jońskich – zgadzała się też teologia, począwszy od Ojców Kościoła. Teologowie akceptowali - co służyło i podobało się uczonym - że Bóg stworzył wszystko według odwiecznego porządku, który jest Jego rozumnym, a więc jedynie prawdziwym zamysłem. Wśród myślicieli chrześcijańskich zawsze stawiano sobie prowokacyjne pytanie: a czy Bóg mógł stworzyć inny wszechświat, który funkcjonowałby poza uznanym porządkiem natury? Aż do czasów nowożytnych teologowie bez namysłu odpowiadali: nie! Ów pierwotny ład należy bowiem do natury Boga, jest konieczną częścią Jego bytu. Co jest lub byłoby nieładem, nie istniałoby realnie – mówiła religia chrześcijańska, wywołując potakujący gest głowy naukowca. Ale ten rozumny pogląd skończył się na epoce Kartezjusza, który jako pierwszy radykalnie i z dużym sukcesem zakwestionował absolutność porządku natury, twierdząc, że jest on w gruncie rzeczy dowolny. Bóg – według Kartezjusza i jego wyznawców – równie dobrze mógłby stworzyć świat, w którym dwa i dwa równałoby się pięć.
Skracając ten traktat uważam, że fantazja kartezjańska jest dziś boleśnie odczuwalna na gruncie duchowości. Rozbujane współcześnie nad wyraz zjawiska o charakterze pozornie nadprzyrodzonym, które tak bardzo niepokoją, to skutek przejścia teologów na stronę Kartezjusza i odrzucenia praw absolutnego porządku w obszarze życia wewnętrznego. Dopóki w formacji duchowej chrześcijan respektowano odwieczne principium, wierząc, że pochodzi ono od Boga, cuda były wyjątkiem, a codzienność ascetyczna stanowiła konsekwentny wzrost wielu w modlitwie, sakramentach czy świętości. Kiedy swoją procesję uformował Kartezjusz, większość stwierdziła, że stać ich codziennie na cuda, kątem przepuszczając żmudne i nudne wysiłki ascetyczne. Bo jednak cuda są łatwiejsze od wysiłków. Tak oto wyruszyły przeciwstawne procesje i świat życia wewnętrznego został podzielony: charyzmatycy uparli się szukać iluminacji w jakimkolwiek ezoterycznym doświadczeniu, a przerażeni tym uczeni postanowili ocalić coś ze światła, szczelnie zamknięci w scholastycznej twierdzy.
Szukając roztropnego centrum trzeba czym prędzej powrócić w duchowości do szacunku wobec porządku natury wzrostu wewnętrznego. Można tu zaryzykować pewną kalkulację: jeśli nauki eksperymentalne bronią porządku naturalnego jako przyczynku do prawidłowego wnioskowania we wszystkim, tak duchowość musi bronić porządku nadnaturalnego, by prowadzić ludzi do mistyki.  W teologii duchowości owo nienaruszalne principium ukrywa się pod postacią trzech okresów życia duchowego: oświecenia, oczyszczenia, zjednoczenia. Czasem nadaje się im bardziej czytelną dla niniejszych rozważań nazwę: okres początkujących, postępujących i doskonałych. Jeśli dla wszystkich jest jasne, że początkujący nie mogą aspirować do poziomów mistyki, nie istnieje jednocześnie żaden, meczący spór między refleksją a przeżyciem. Stosowanie bowiem odpowiedniej do każdego etapu metody, kończy się autentycznym doświadczeniem. W procesie dorastania do przeżycia mistycznego mają swój udział wszystkie władze osobowości: wola, rozum, sumienie i  uczucia postępująco – bez napięcia, zachłyśnięcia, przeciążenia – uczą się delektować duchowe piękno, rozważać, spoczywać w jego przepaści. Oto stopniowo, w miarę czystej intencji, hojności i determinacji, człowiek wewnętrzny odmierza swą drogę od rozumu do serca, wszystko utrzymując w boskiej harmonii: smakując pierwszych owoców modlitwy, porządkując swe życie według nieomylnej doktryny, doświadczając obecności Boga w liturgii, aż do daru mistycznej iluminacji. Konflikt narasta kiedy lekceważy się porządek duchowej natury, dokonując chaotycznie irracjonalnych szarpań i przeskoków. Wtedy i gimnazjalista, położony snem sprawiedliwego na podłodze kościoła, ma śmiałość zwać się mistykiem.
John Henry Newman w powszechnej opinii uznawany jest za symbol chrześcijańskiego racjonalisty. Jego system myślenia wydaje się być bastionem doktryny, z daleka nawet nieprzychylnym wszystkim, intelektualnym i duchowym eksperymentom. To jednak ów wielki konwertyta XIX wieku odkrył i opisał to coś, co dokładnie znajduje się między przeżyciem a refleksją – i nazwał to przyświadczeniem (assent). Co to takiego? Aby dobrze zrozumieć wykład Newmana, trzeba w jego biografii cofnąć się do roku 1833, kiedy to przyjaciel przyszłego kardynała – Froud, namawia młodego wówczas, anglikańskiego księdza z Oxfordu, na ciekawą wyprawę do Rzymu. Po wizycie w wiecznym mieście, inicjator eskapady Froud powraca do Anglii lecz Newman – już wówczas siłujący się z wątpliwościami i przekonany wewnętrznie do przejścia na katolicyzm, stawiający sobie wiele pytań, intensywnie myślący – pragnie odbyć samotną wycieczkę na Sycylię. Na wyspie dokucza ciążący, niebezpieczny upał. John Henry postanawia wyruszyć na piechotę w głąb lądu. Zabiera ze sobą jedynie służącego o imieniu Gennaro. Obydwaj chcą dotrzeć, po kilkunastu godzinach wyczerpującej marszruty, do miejscowości Leonforte. I oto niespodziewanie, nawet nie w połowie dystansu, Newman doznaje poważnego ataku tyfusowej gorączki, która na Sycylii wielu turystów przyprawiała o śmierć. Przerażony sytuacją Gennaro pochyla się nad swoim angielskim patronem, odmawiając chrześcijańskie modlitwy przed śmiercią. Newman słyszy wszystko i jak potem odnotowuje w swej autobiografii, nagle przeszywa jego wnętrze absolutna pewność: „nie umrę! Nie zgrzeszyłem nigdy przeciw światłu! Mam w Anglii misję do wykonania”!
To niepozorne wydarzenie stało się potem drogowskazem mistyki Newmana. W kilka lat po przeżyciu zdrowotnego kryzysu na Sycylii, wielki konwertyta podejmie merytoryczną polemikę z systemem Locke’a, dochodząc do wypracowania istotnego i wspomnianego już tutaj pojęcia: przyświadczenia - ni mniej, ni więcej jest ono stuprocentowym aktem poznawczym rozumu, który stuprocentowo w miłości kontempluje serce. Newman w swych poszukiwaniach stawiał sobie śmiałe pytanie: czy w przekonaniu o istnieniu Boga należy zatrzymać się tylko na poziomie intelektualnej teodycei – oczywiście, argumenty są tu fundamentem – czy można wtargnąć osobistym poznaniem do tego kręgu prawd, z których składa się ta wielka myśl? Siłując się nad istotą trafnej odpowiedzi, Newman doszedł do pojęcia przyświadczenia. Nie jest ono ani suchym wkuwaniem na pamięć katechizmu, ani irracjonalnym chaosem egzaltacji. Przyświadczenie mistyków składa się z trzech wolnych, świadomych, osobowych aktów wierzącego człowieka: rozumowego poznania rzeczywistości, moralnego przyznania się do niej oraz wolitywnego przylgnięcia wnętrzem do realiów. Poznanie, przyznanie się, przylgnięcie – oto utracone centrum mistyki.