środa, 25 listopada 2015

Teologia na kolanach...

   Coraz częściej może wydawać się, że chrześcijańskie życie wiary jest poddane dziś nieustannej presji krzyczącego kontrastu. Między głębią a dziwactwem czasem nie ma już nic. Ta rozpięta skrajność zdolna jest podzielić Kościół. Czytałem właśnie fragment najnowszego wywiadu z księdzem Janem Kaczkowskim, gdy w moim domu zadzwonił telefon. Ksiądz Kaczkowski ze wzruszeniem opowiada, jak to po pierwszej w życiu spowiedzi klęknął przy ołtarzu, by odprawić zadaną pokutę i nie mógł za nic odnaleźć naznaczonej mu modlitwy. Jednak blisko klęczącego w emocjach młodego penitenta przechodził właśnie stary proboszcz, który w parafialnej opinii powszechnie widziany był jako zimny, nieprzystępny i twardy kapłan. Wyczuwając zakłopotanie chłopca, prałat uklęknął przy nim, otworzył swój brewiarz i pomógł mu dobrze odprawić pokutę. Ksiądz Jan swoje wspomnienie tamtego dnia kończy dziś stwierdzeniem, że ten moment a potem ten ksiądz nauczył go podstawowego szacunku dla Eucharystii, postaw wyrażających ten szacunek na zewnątrz oraz wewnętrznej prawdy, że nigdy nie można przyjmować Ciała Pańskiego w grzechu śmiertelnym. Zamknąłem książkę i podniosłem słuchawkę dźwięczącego natrętnie telefonu. Z kolei jeden z moich kolegów misjonarzy, chciał koniecznie podzielić się ze mną nowym niepokojem. W jego placówce misyjnej trwa ostatni etap przygotowań do pierwszej Komunii Świętej. Misjonarz pracuje tam od roku, tę ważną uroczystość również więc przeżyje pierwszy raz. Natychmiast natknął się na opór zespołu katechetycznego, gdy po wstępach, próbach i przygotowaniach, został poinformowany, iż poprzedni duszpasterz - ideologicznie dotknięty teologią wyzwolenia - od lat już w tamtej placówce, pierwszej Komunii Świętej dzieciom udzielał w niedzielne popołudnie - poza celebracją Mszy Świętej. Jeśli w jednym, powszechnym, uniwersalnym i katolickim Kościele, Eucharystia ma wciąż spełniać pragnienie Jezusa, aby wszyscy stanowili jedno, to naprawdę nie można istoty Jej rozumienia i sposobu Jej celebrowania, pozostawić dowolnemu wrażeniu duszpasterza lub zmiennemu kontekstowi miejsca, w którym się Ją składa.
   Myślę, że od kilku lat w teologii współczesnej toczy się niedoceniony spór, którego rozstrzygnięcie będzie miało praktyczny i ogromny wpływ na skuteczność duchowej formacji katolików w Kościele współczesnym. Dyskurs ten można by nazwać pytaniem o teologię na kolanach. Wszyscy chrześcijanie wprawdzie, zgrupowani w jednym lub drugim narożniku debaty, zgadzają się co do jednego: teologię należy uprawiać na kolanach! Jednak zdaje się, że teologiczny klęcznik tak jedni, jak i drudzy, chcą ustawić przed odmiennymi zgoła relikwiami. 10 września 2007 roku, papież Benedykt XVI odwiedza austriackie, cysterskie opactwo Heiligenkreuz. Kilka miesięcy wcześniej otwarto w tym miejscu akademię teologiczną imienia Josepha Ratzingera. Papież wygłasza tam swoje przemówienie, w którym pierwszy raz właśnie pojawia się na Jego ustach - inspirowany medytacjami Hansa Ursa von Balthasara - znaczący termin: teologia na kolanach. Według Benedykta XVI to pojęcie oznaczać może szansę na: powrót do prymatu Boga i świata Bożego w rzeczywistości doczesnej, zdrową duchowość eklezjalną, zaufanie do wiary i Objawienia oraz wynikającą z powyższych punktów, nową, radosną, głęboką płodność duszpasterską Kościoła. Z kolei w lutym 2014 roku, siedem lat później, kardynał Walter Kasper udziela wywiadu włoskiemu pismu "La Stampa", w którym wyjaśnia oficjalnie motywy swego kontrowersyjnego już wystąpienia na rzymskim konsystorzu z dnia 20 lutego 2014, podczas którego niemiecki purpurat, w dwie godziny trwającym referacie, przedstawił własną interpretację więzi małżeńskiej, sytuacji moralnej osób rozwiedzionych żyjących w ponownych związkach oraz wiadomego już wszystkim kontekstu udzielania im Komunii Świętej. Kasper jednoznacznie powołał się na wolę papieża, którym miał mu powiedzieć: otwieraj kwestie, ale nie dawaj jeszcze odpowiedzi. Wydaje się, że ten właśnie moment staje się z kolei dla Waltera Kaspera i wszystkich zwolenników jego stylu myślenia, absolutnym początkiem ogłaszania innej teologii na kolanach, która byłaby dla odmiany: natchnionym przez wiarę humanizmem, katechezą łagodności, służącej Kościołowi za taktykę zdobywania nieco lepszej opinii wśród współczesnych, stylem duszpasterskim, odtąd znaczącym już znacznie więcej niż twarda doktryna wiary oraz manifestem katolicyzmu, który natchnienia dla swoich aktów będzie szukał bardziej w kontekście społecznych przemian i zjawisk, niż na kartach Biblii. Właściwe rozumienie teologii na kolanach nie jest już subtelnym sporem intelektualistów lecz kształtuje życie wewnętrzne chrześcijan nowego pokolenia.
   Po granicach tak zróżnicowanego myślenia o teologii na kolanach, biegną też skrajnie różne rozstrzygnięcia, komentując z odmiennej perspektywy kilka najbardziej istotnych spraw w samym sercu wiary chrześcijańskiej. Spór i rozdzielenie zaczął się jednak od pozornie drobnego szczegółu, ujawnia się najczęściej praktycznie poprzez ten drobny szczegół i uważam, że paradoksalnie może zakończyć się przez uszanowanie tego właśnie szczegółu. Jest nim kwestia postawy klęczącej podczas adoracji, pokuty lub modlitwy osobistej. Rozwijając własną koncepcję teologii na kolanach, papież Benedykt XVI zaczął udzielać Komunii Świętej wszystkim na klęcząco. Zwolennicy humanistycznej teologii na kolanach, w wielu diecezjach świata, nie klękają już nawet w momencie konsekracji. I jedno i drugie ma swoje głębokie konsekwencje. Postawy klęczącej wobec Boga obecnego tu i teraz nie wolno sprowadzić jedynie do kwestii rygoryzmu, do ciszy w świątyniach, do porządku podczas nabożeństw, do sposobu rozumienia przepisów liturgicznych lub do niekończących się, niechętnych sobie, irytujących już czasem przepychanek tradycjonalistów i postępowców. Właściwe lub błędne interpretowanie teologii na kolanach kończy się bowiem właściwym lub błędnym sposobem prowadzenia życia wewnętrznego. Tak wiele zależy od ugiętych kolan na modlitwie.
   Zwolennicy modernistycznej teologii na kolanach usuwają klęczniki ze świątyni, powołując się na fałszywą teorię i mówiąc, iż klękanie podczas adoracji, pokuty lub modlitwy, to gest, który wszedł w Kościół jako podstawowe dziedzictwo feudalizmu. To niewolnik miał klękać przed panem. Nic bardziej błędnego. To prawda, że Kościół w wielu momentach swej egzystencji, czasem zbyt sprzymierzony z dworem, musiał wiekami otrząsać się z feudalnej tandety. Co więcej - musi to robić do dziś: wyrzekając się przesadnego przywłaszczaniu sobie nazbyt światowych tytułów, szat i nawyków wcale nieznanych z Ewangelii, uzdrawiając niekiedy pozbawioną ducha braterskiego relację między biskupami a kapłanami, między księżmi a resztą Ludu Bożego lub rezygnując z żenującego momentami wikłania się wspólnoty w materializm i politykę. To są elementy feudalizmu, które podtrzymane - korumpowałyby Kościół. Natomiast gest ugiętych kolan pochodzi z ducha. To Jahwe prosi Mojżesza, by ten zdjął swe sandały, zanim wstąpi na ziemię, pełną Bożej obecności - w ten sposób prorok porzuca w sobie starego człowieka, pierwszy raz w życiu smakując wieczności. To powracający do domu miłosiernego ojca syn marnotrawny, klęka z pokorą, dostępując obfitego przebaczenia. To skruszona prostytutka pada u stóp Jezusa, na oczach faryzeuszów obmywając stopy Mistrza łzami i wycierając je włosami - odzyskuje w ten sposób godność dziecka Bożego. Wreszcie to sam Chrystus klęka przed uczniami w wieczór Ostatniej Wieczerzy, inicjując tym samym epokę wolności - epokę Nowego Przymierza. Nie wolno nam pomylić pojęć. Biblijne ugięcie kolan ma zupełnie inne, wewnętrzne źródło pochodzenia. To nie Biblia stworzyła feudalizm i to nie liturgia była lub jest źródłem jego społecznego podtrzymania. To nieporozumienie może kosztować nas wiele.
   Feudalizm w swej istocie jest ludzką, niesprawiedliwą ideologią, która za narzędzie swego funkcjonowania w świecie przez wieki obierała uporczywe zacieranie rzeczywistości. Ktoś skłamał, sugerując, że ludzie nie są sobie równi i że można podzielić ludzkość na uprzywilejowanych i służących nie według stanu wykształcenia lub posiadania, ale według ich godności. Tak zaczął się feudalizm i tak on trwał. Był i jest u swych podstaw zakłamaniem realiów. Naprzeciw bowiem siebie ustawił w nierównej roli dominującego feudała i klęczącego niewolnika - dwie, jednakowo ludzkie osoby, w rzeczywistości zawsze równe sobie. Z feudalnym zakłamaniem realiów nie ma nic wspólnego postawa człowieka klęczącego. Wprost przeciwnie: adoracja, modlitwa lub pokuta dokonywana na kolanach, jest dla człowieka gwarancją uznania prawdziwej rzeczywistości: Bóg i tylko On jest bytem najwyższym, z którym żaden człowiek w niczym nie może się zrównać. Jeśli więc feudalizm wypaczył realia i bezzasadnie podzielił ludzi na lepszych oraz gorszych, tak postawa ugiętych kolan jest najgłębszą obroną stwierdzonej rzeczywistości: istnieje Byt Absolutny, Bóg, wobec którego każdy byt ludzki musi uznać swą zależność. Bez uznania tej zależności człowiek popada w nieład, zagrażać zaczyna sam sobie, aż w końcu jego własna egzystencja zanika.
   Zatem powrót do właściwej, teistycznej teologii na kolanach, jaką zaproponował Benedykt XVI i stosowna ostrożność wobec modernistycznej teologii na kolanach Kaspera, moim zdaniem przynieść nam może znaczący efekt: ugięte kolana służą inicjacji i dynamizowaniu pogłębionego życia duchowego człowieka oraz bronią właściwej antropologii, co również w kontekście przerażających i narastających problemów społecznych świata współczesnego, ma fundamentalne znaczenie.
   Istotnie wiele w życiu duchowym człowieka zależy od tego, czy dotknie on prawdy o Bogu i sobie - czy uklęknie? Osobiście uważam, że prawie zupełny brak owoców wiary, jakiego doświadcza się w ostatnich latach w kulturze zachodniej, jest spowodowany nie tylko laicyzacją społeczną świata oraz naporem wrogich wobec chrześcijaństwa sił. Bardziej niebezpieczna jest pustka wewnątrz Kościoła, rozmycie wiary, miałka duchowość, wyzbycie się Bożego misterium ze świątyń, humanizacja tego, co naprawdę powinno być boskie. Dlaczego człowiek Zachodu nie bierze dziś powszechnie udziału we Mszy Świętej? Bo się nudzi - pada odpowiedź. A dlaczego się nudzi? Ponieważ chwilami propozycja duchowa tego samego Kościoła nie jest w stanie doprowadzić go do kontaktu z Bogiem. Zagłusza się niekiedy w Kościele moment pobudzenia do wiary - akcentuje się natomiast staranie o to, by wszyscy czuli się sympatycznie. Natomiast ten, w kim zapłonie iskra Bożej obecności, może przeżywać w wierze radość lub ciemność, spełnienie lub tęsknotę, nie ma jednak już mowy o znudzeniu. Misterium zawsze prowadzi do fascynacji, banał zaś do nudy. Nie jesteśmy naprawdę w stanie, w żadnej parafii ani diecezji, stworzyć doskonałej wspólnoty, która atrakcyjnością życia swoich członków, naturalnie pociągałaby innych do Boga. To idealistyczna mrzonka, której we współczesnym stylu duszpasterskim poświęca się coraz więcej energii, zaniedbując jednocześnie to, co skuteczny przełom w doświadczeniu Boga przynosi nam w zasadzie bez wysiłku: adorację, pokutę i modlitwę. Jeśli więc człowiek współczesny ma w swoim mieście brzydki, zaniedbany kościół, wchodzi jeszcze do jego wnętrza z nadzieją i spotyka tam miłą reklamę miejscowej wspólnoty w zamian za poznanie prawdy, rockowy koncert zamiast modlitwy i przepowiadanie kopiowanego banału, zamiast nawrócenia - odchodzi bez doświadczenia Boga. 
   Teologia na kolanach według Ratzingera może być tu ratunkiem. Tak naprawdę bowiem człowiek rozpoczyna proces swego nawrócenia i podtrzymuje go potem w ciągu całego życia za pomocą ugiętych kolan. Nawrócenie i jego kontynuacja w postaci procesu wzrostu to stanięcie w całkowitej prawdzie, rozpoznanie Boga, przyjęcie własnej zależności we wszystkim od Niego i poddanie Jemu własnej woli, które owocuje wolnością. To nie feudalizm, to biblijna wizja człowieka, jego szczęścia i proporcjonalnego umieszczenia istoty ludzkiej w ramach prawdziwej rzeczywistości. Od takiego początku i rozwoju zależy wzrost wewnętrzny. Współczesne metody duszpasterskie, najczęściej oparte o doświadczenie protestantyzmu, odwołują się w nas do emocji, deklaracji lub przeczucia. Z konieczności ma to charakter mniej trwały. Wyznanie Jezusa jako Pana i Zbawiciela ustami, bez prawdziwej przemiany wewnętrznej człowieka, jest niczym znaczącym. Natomiast uznanie właściwej proporcji między Bogiem i człowiekiem oraz konsekwentne budowanie potem świata wewnętrznego według tej normy, prowadzi w efekcie od nawrócenia do świętości. Dlatego warto klękać.
   Wystarczy zresztą przeprowadzić tutaj bardzo praktyczny eksperyment, zważyć owoc, zobaczyć prostą konsekwencję w duszach. Czego doświadcza ktoś tańczący w kościele? Chwilowego upojenia, narkotyku zapomnienia o problemach, które ostatecznie nie znikną i wrócą. Skupienia na sobie, dreszczu emocji wywołanych taką lub inną sensacją, która ma posmak tajemnicy. Podziwu dla charyzmatycznego lidera, bo on widzi coś, czego nie dostrzega zwykły śmiertelnik. Przemija euforia, znudzenie nie odchodzi. Czego zaś doświadcza człowiek na kolanach? Bólu przemiany, radości przebaczenia, Bożych odwiedzin, intensywnej obecności świata wiecznego, subtelnej, intymnej modlitwy oraz wyzwalającej świadomości, że jest w tym świecie coś trwałego na zawsze, co ma gwarancję w Bogu, a nie w człowieku. Klęcznik jest jak intymna izdebka, do której w Ewangelii Pan zapraszał tych, którzy szukali prawdziwej modlitwy.
   To ciekawe, że w klasycznej teologii Jana od Krzyża, która - mam taką nadzieję - wciąż stanowi właściwą, centralną i oficjalną inspirację dla każdej, innej interpretacji w duchowości - jest bowiem bezbłędna, najgłębsza i uznana przez doświadczenie Kościoła - występuje ważne pojęcie duchowej pustki (vacío). Jest to termin metaforyczny, oznaczający czasem - gnębiący człowieka wiary - brak treści lub zawartości wewnętrznej. Jan od Krzyża zdaje się postrzegać duszę na wzór naczynia, które gromadzi w sobie dwa rodzaje rzeczy: ludzkie - będące pozornie duchowymi, lecz tak naprawdę są one tworami działalności własnej człowieka, jego intelektu, pamięci lub wyobraźni i krótko jedynie nasycają duszę, wrzucają ją niebawem ponownie w przepaść pustki i głodu; albo boskie - naprawdę wieczne, możliwe do osiągnięcia nie przez stan jakiegokolwiek napięcia emocjonalnego, lecz przez poznanie prawdy w pokorze. Ze wszystkich tych przedmiotów naturalnych, ludzkich ma opróżnić się dusza, aby jej duchowe przepaści - od narodzin gotowe na to - mogły napełnić się Bogiem: sycąc, uspokajając, wyzwalając. Mówi genialny Karmelita: próżnię rozumu stanowi wielkie pragnienie Boga; próżnię woli - Jego głód; próżnię pamięci - rozpłynięcie się niejako duszy za posiadanie Boga. To jest jedynie realna perspektywa rozwoju wewnętrznego człowieka: nasycenie się sobą znów prowadzi do pustki, zaś wyzbycie się siebie, nasycać będzie na wieki. Kto klęka - zanika, by stać się pełnym wyższego istnienia. 

niedziela, 1 listopada 2015

Litania do rodzin...

   Kto słyszał o małej, zagubionej gdzieś prawie pod brazylijską granicą z Urugwajem, miejscowości Los Talas? Dwa miesiące temu władze urugwajskie zwinęły z Los Talas nawet posterunek policji. W wiosce żyje bowiem stary cygan, który molestuje seksualnie dzieci. W pewnej chwili zaczął zbliżać się również do małych dziewczynek miejscowego policjanta. Znałem osobiście wiejskiego komendanta. To prosty człowiek, uczciwy, przygotowany raczej do obezwładniania złodziei na miejscu, niż do studiowania poszlak w śledztwie. Za trzecim razem, gdy cygan znów zastąpił drogę jego dzieciom, kiedy same wracały ze szkoły - policjant nie wytrzymał i zaczął strzelać z odległości do dewianta. Ciekawe, że cygan przeżył i żyje dalej w Los Talas, a Bogu ducha winnego strażnika porządku publicznego, wraz z rodziną, przeniesiono do pracy w charakterze strażnika banku państwowego w Aiguá. Taki tu mamy klimat. Ludzie poszeptują, że nawet nauczycielka - jedyna, obsługuje w miejscowej szkole cztery klasy naraz - nie bardzo chce dojeżdżać już do Los Talas i szuka sposobu ucieczki. Ja natomiast wprost przeciwnie. Dojeżdżam i wręcz raz w miesiącu czekam na wyjazd do tej, tak odległej od mojej misji, maleńkiej miejscowości. Bo w Los Talas udaje się - nie wiadomo jak - to, czego nikt z nas nie może dokonać jak Urugwaj długi i szeroki: ludzie czekają na Mszę zanim misjonarz dojedzie, atmosfera sympatyczna, po Mszy obowiązkowa integracja, dzieci na katechezie bez liku, nie nadążam odpowiadać na pytania - słowem, to jakiś misyjny sen, w zapomnianym przez Opatrzność miejscu, w którym moja placówka nie ma nawet jeszcze kaplicy. Eucharystia i wszystko organizuje się w garażu sympatycznego małżeństwa Blanki i Victora, tak, że przekazując innym znak pokoju, co i raz trzaskam głową w zawieszone pod sufitem grabie.
   Od początku na katechezę przychodzi też jedenastoletnia Ani. Wspaniała, wewnętrznie zdrowa grzeczna i sympatyczna. Niestety, nie zdążyła nigdy poznać swego ojca, bo po szybkim i ulotnym związku z jej matką, wylądował on na lata w więzieniu. Ani nie potrafi powiedzieć za co. Ma tylko ośmioro, młodszych braci. Nieszczęścia, także tu - na południowej półkuli - uparły się chodzić parami. Kilka miesięcy temu matka Ani, wraz z jej kolejnym amantem, zostawiła wszystkie dzieci babci i uciekła do San Carlos. Sytuacja starszej, schorowanej kobiety, jest teraz skrajnie trudna. Kiedy odwiedziłem Los Talas oraz ich rodzinę ostatni raz, Ani była jakaś nieswoja. Jakby znikł z jej oczu ten dobry błysk, który zawsze widziałem. Wyczułem w końcu, że chciałaby porozmawiać. Znaleźliśmy więc stosowną chwilę samotności i zapytałem małą, co się dzisiaj z nią dzieje? Ani opowiedziała mi, że w obchodzi w listopadzie urodziny i że z San Carlos wtedy przyjedzie jej mama. Zapytałem, czy matka często ich odwiedza? Przyjeżdża tylko jak są czyjeś urodziny. Była już w październiku, gdy sześć lat kończył młodszy brat dziewczynki - Amilkar. I zapytała wtedy Ani: co chciałaby dostać na swoje urodziny w listopadzie? W tamtą sobotę, na końcu świata, w zapadłej, urugwajskiej wiosce, w której każdy człowiek budzi się tylko z jednym pragnieniem pod sercem: emigrować - usłyszałem od tej wspaniałej dziewczynki zdanie, którego nigdy nie zapomnę. Ani wyznała mi szczerze, że na pytanie mamy o prezent, odpowiedziała jej mocno: jedyne pragnienie jakie w życiu mam, to poznać wreszcie mojego ojca...
   Przyznam się wprost, że kiedy przed ponad miesiącem, przeczytałem jeden z pierwszych komentarzy arcybiskupa Gądeckiego do zakończonej już szczęśliwie dzisiaj, drugiej części synodu, poczułem gdzieś pod sercem opór. Bo metropolita poznański przystąpił do obrad w Rzymie z niezmiennie twardą perspektywą. Mówił jasno, że przyszłością świata i kultury ludzkiej jest zdrowa rodzina. Synod nie może zajmować się jedynie wypadkami skrajnych zjawisk matrymonialnych czy familiarnych, ale przedmiotem jego debaty musi być rodzina w rozumieniu klasycznym - rodzina, która istnieje wciąż w świecie i szuka swego miejsca w Kościele. W chwili pierwszej pokusy zaparłem się w sobie i postanowiłem nawet zaprosić arcybiskupa do Los Talas na bierzmowanie. Myślałem, że dobrze zrobi Ekscelencji zobaczyć, jak to nie wszystkim dzieciom świata mama rano robi kanapki do szkoły. Ponieważ jednak ten hierarcha polski zajmuje w mojej głowie pełne szacunku miejsce, bunt powoli zaczął ustępować, powracało z biegiem dni, refleksji i modlitwy za synod, harmonijne myślenie. Przecież ja swej rozmowy z Ani nie zakończyłem przekleństwem czy gestem rozpaczy. Powiedziałem jej to samo, co bardziej biblijnie wyłożył arcybiskup na synodzie: że Ani nie ma żadnej szansy, by odkupić lub zmienić życie swych rodziców. Trzeba więc to zostawić. Jedyne, co może zrobić, to teraz uczyć się pilnie, zdobyć dobry zawód, nie zachodzić z byle kim w ciążę, lecz doczekać do prawdziwej miłości i szczęśliwie przeżyć własne życie. Mała rozpłakała się nagle, ale szybko potem wrócił dawny blask do jej oczu. I jestem pewien, że tak jak ja nie zapomnę nigdy, co w Los Talas Ani powiedziała swej matce, tak samo ona nie zapomni już nigdy, co pewnego popołudnia powiedział do niej na końcu świata polski misjonarz.
   Kiedy zaczynałem pracę kapłańską, generalnie włożono mnie szybko i bez zasług do kurialnej szuflady z napisem: duszpasterz młodych. Chodziłem więc latami z młodzieżą na pielgrzymki, robiłem z młodzieżą rekolekcje, młodzież przesiadywała na moim wikariacie i młodzież zawsze miała swoje przywileje. Potem jednak los pchnął mnie do Irlandii, gdzie nagle poznałem z bliska życie i zmaganie setek polskich, emigracyjnych rodzin. Inne problemy, inna rzeczywistość, inne rozmowy - coś także we mnie zaczęło dojrzewać. Gdy niespodziewanie trzeba było wracać z Zielonej Wyspy, spostrzegłem, że moja dawna młodzież z wikariatu, to teraz też już rodzina. Jakoś nie chciało mi się za nic powracać do neoprezbiterskiego schematu. I dalsze lata kapłaństwa tak naprawdę spędziłem wśród małżeństw, dzięki którym otrzymałem więcej, niż zdołałem dać. Kiedy więc tamtego wieczoru wracałem pustą pampą do siebie z Los Talas, wróciła do mojego serca jakaś dawna, a ciągle żywa, istotnie aktualna, litania do moich rodzin.
   Aldona i Artur. Niezwykle uzdolnieni artyści. Byłem dumny kiedyś, że po latach znajomości, gdy oni pewnego dnia gościli z wywiadem w radiowej rozgłośni, zdołałem na żywo, z pamięci, w eterze wymienić imiona wszystkich ich dzieci według wieku. Nasza przyjaźń narodziła się w chwili, kiedy w skutek przyziemnych machinacji politycznych, Artur został pozbawiony swej pracy. Do dziś pamiętam, jak pojechałem tamtej nocy do ich domu i zobaczyłem przed sobą kogoś jakby obcego. Artur, człowiek nadzwyczajnej aktywności, który dziennie potrafił pokonywać setki kilometrów, organizować koncerty, śpiewać, animować kulturę w najbardziej zapadłych miejscowościach naszego regionu, leżał od wielu godzin na łóżku, nie mówił ani słowa, wpatrzony w sufit. Pamiętam, że towarzysząc sobie, przeszliśmy tą doliną cienia, choć każda ze stron poniosła w życie swoje koszty. Ale rodzina to właśnie miejsce, w którym człowiek podnosi się i walczy, wiedząc, że najważniejsi dla niego ludzie nie odsłonią jego tarczy w chwili ciosu.
   Agata i Adam. Uważam, że są zbyt zdolni, aby ta miałka kultura społeczna, w której przyszło nam wszystkim żyć, mogła ich należycie docenić. Nie znam lepszych analityków i zawsze pytam: skąd Adam, w natłoku swych zajęć, znajduje czas, by czytać, myśleć i stawiać pytania. Gdyby prezydenci wielkich miast Polski zatrudnili go do grona swych najbliższych doradców, to Polskę od lat Bruksela prosiłaby na kolanach o przewodnictwo w Unii Europejskiej. Agata mówi niewiele. Albo rzecz ujmując dosłownie: mówi tylko raz ale wszystko i bez cienia. Sercem ich domu jest trójka dzieci - szczęśliwych, wolnych i bezpiecznych od błędu. Kiedy przekracza się próg domu Agaty i Adama jest się u siebie, choć nic wcześniej naprawdę nie zostało przygotowane. Jeśli czasem ktoś wątpi, po co jeszcze światu potrzebny jest normalny dom, warto odwiedzić Agatę i Adama. Bo rodziny nic nie zastąpi w wychowaniu do zdrowego myślenia o świecie.
   Małgosia i Paweł. Ludzie refleksji, filozofii, książki oraz ikony. Zamiłowani w Tradycji katolickiej. Aktywni w świecie - w głębi duszy stanowczy, równi, milczący benedyktyni. Bóg jeden wie, ile teologicznych bitew stoczył Paweł jak Europa długa i szeroka i z ilu niesprawiedliwie zadanych ciosów się podnosił, by dziś ci, którzy pragną, w każdym kościele mogli iść na Mszę trydencką. Uważam tę parę za mistyków. W wyobraźni mam kolejny z naszych wieczorów sprzed lat, gdy odwiozłem im dzieci po skupieniu i na chwilę wszedłem się pożegnać. Kończyli właśnie jedno z rodzinnych spotkań. W głębi domu widziałem nieznanych mi krewnych, dziadków i braci. Paweł nagle poprosił mnie o błogosławieństwo. Podniosłem tylko dłoń, by skreślić w powietrzu znak Krzyża i z zaskoczeniem spostrzegłem, jak wszyscy w domu - od najstarszych, po najmłodszych - klękają i z pełnym szacunkiem kreślą znak krzyża na czole. Przejmujące. Bo nic tak jak zdrowa rodzina nie wychowuje do pogłębionego życia duchowego.
   Aneta i Marek. Bardzo samodzielni. Od początku małżeństwa zdecydowali się wyjechać z rodzinnego miasta i zacząć życie na drugim krańcu Polski. Tam się poznaliśmy. Szalenie szczerzy, prostolinijni, bez podstępu. Do chwili narodzin swego, pierwszego dziecka, byli zawsze rejonowymi liderami akcji "Szlachetna Paczka". Cały czas coś ciągnęło ich poza próg własnego domu - urodzeni społecznicy, w dobrym sensie niespokojni, tacy, co kochając własne dzieci, każdego tygodnia odwiedzając jeszcze pobliski dom dziecka. Przyciągnęli do mojego mieszkania generację młodych małżeństw: Izę i Darka, Sylwię i Marcina, Agnieszkę i Andrzeja, Izę i Jacka. Część z tych par poszła w politykę, ale można z nich być dumnym. Aneta i Marek pchają jednak do przodu wózek społecznej roboty - założyli z innymi stowarzyszenie rodziców, bronią młodych przed zepsuciem, otwierać będą zaraz własne szkoły. Bo rodzina nie oznacza muru wokół willi.
   Małgosia i Sławek. Niesakramentalni. Nie mogą wziąć ślubu kościelnego, choć często zazdroszczę im wiary, pokory, apostolstwa. Życie jednak wcześniej zrobiło zakręt - do dziś trudno jest jeszcze wyhamować. Sławek to dusza artysty - godzinami potrafi mówić o sztuce, pokazywać swe książki, gędźby i baśni, opowiadać. Małgosia jest żoną i matką, dosłowną, znakomitą, powołaną, jakby nigdy nie pragnęła dla siebie żadnej innej przygody. To prawda, że spędziliśmy ze sobą wiele wieczorów na dyskusji lecz nie pamiętam chwili, w której przyszłoby im może do głowy pytać mnie o Komunię Świętą. Zdrowa wiara w człowieku nigdy nie wzbudza sensacji. Kiedy wspominam Gosię i Sławka, zawsze przychodzi mi na myśl ta mądrość, w której Ojcowie Kościoła twierdzą, że w Niebie przyjdzie nam spotkać tych, których nie spodziewaliśmy się tam wcale zobaczyć - i nie zobaczyć tych, których spodziewaliśmy się tam spotkać. Bo rodzina to przestrzeń bezpiecznej akceptacji siebie w całkowitej prawdzie, bez fałszywego makijażu.
   Dorota i Emil. Emigranci. Znalazłem ich pod adresem na jednej z bocznych ulic centralnego Dublina, gdzieś za stołecznym Tesco, bo pragnęli poświęcić nowy dom. Dom? Wynajęty naprędce kawałek przedpokoju, przechodzącego w pokój z kuchnią i łazienką. Tamtego, deszczowego wieczoru, na końcu korytarza, w półcieniu, spostrzegłem małe łóżeczko z ich pierwszym, płaczącym dzieckiem w środku. Szybko i spontanicznie zawiązaliśmy nić dobrej znajomości. Odkryłem, że Dorota i Emil to utalentowani muzycy chrześcijańscy, tyle że - po wydaniu swej pierwszej płyty - bezczelnie oszukani przez jedną z wytwórni muzycznych katolickiej Polski. Złościłem się potem w sercu wiele razy słysząc w radiu znany wszystkim, wzruszający utwór z pierwszych miejsc listy przebojów. A ich życie zmusiło do szukania pracy daleko. Nie słyszałem nigdy ani jednego słowa oskarżenia. Dla mnie Dorota to wcielenie pokory, a Emil - milczącego męstwa. Bo rodzina, jeśli jest naprawdę więzią miłości, zyskuje niezależność miejsca i komfortu, nosi nas ze sobą wszędzie i nasyca.
   Sandra i Gaspare. Rodzina w misji. Małżeństwo Drogi Neokatechumenalnej. Dwadzieścia lat temu podnieśli się na spotkaniu powołaniowym, sprzedali potem wszystko, co mieli na Sardynii i odpowiedzieli: tak, na Boże wołanie, które przyszło do nich za głosem szalonego proroka nowego tysiąclecia - Kiko Arguello. Od dziewiętnastu lat prowadzą misję apostolską w masońskim, pogańskim jeszcze Urugwaju, wychowując w tak niełatwym świecie jedenaścioro dzieci. Gaspare uczy mnie zawsze, że małżeństwo katolickie nie jest ideałem, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Ich dzieci to typowi południowcy - o poranku ulewa, wieczorem już słońce. Przeszli wiele zaparcia się siebie i misyjnych cierpień, ale tych najgorszych, kiedy ból męczeństwa zadaje nie zewnętrzny wróg Kościoła, ale chrześcijanie tej samej niby wiary - jak bracia je zadali Józefowi. Kiedy pewnego miesiąca przyszło nam cierpieć razem pomówienia, plotki i osądy, powiedziałem do Gaspare: słuchaj, przecież my w każdej chwili możemy stąd wyjechać? Co nas trzyma jeszcze w Urugwaju? Doświadczony i spokojny Włoch spojrzał wtedy na swoje dzieci i odrzekł: ty w każdej chwili możesz wyjechać, ale dla nich i dla mnie nie jest to już jednak tak proste...jaka potęga radykalizmu musi mieszkać w rodzinie, od której zwykły ksiądz może uczyć się misyjnej odpowiedzialności?
   W przytoczonej tu przeze mnie wcześniej wypowiedzi, arcybiskup Gądecki mówił jeszcze, że rodzina jest też poważną nadzieją na rozbudzenie dynamiki chrześcijańskiej misji we współczesnym świecie. To prawda. Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu pojęcie ewangelizacji zostało dziwnie zredukowane do wizji chaotycznej dość, stosunkowo krótkiej czasowo i publicznie męczącej, inwazji ulicznej namiętnych katolików na przypadkowych przechodniów. Jeśli zgodzimy się sprowadzić rozumienie misji w świecie dziś jedynie do kilku godzin przestanych z gitarą i Biblią pod kolejnym, miejskim dworcem, zmarnujemy czas. Ludzie z pracy wracają do domu zmęczeni i nie chce im się reflektować właśnie wtedy, że jedynym Panem jest Jezus. Dla ich wiary ważne jest nie to, co usłyszą, wyskakując z autobusu - lecz to, co odnajdą wchodząc do domu. Misja stabilnej rodziny we współczesnym świecie ma przynajmniej trzykrotną przewagę nad jędrnym entuzjazmem ulicznych ekip ewangelizacyjnych: stałość i długodystansowość pokoleniowej obecności, zdolność do budowania pogłębionej więzi z innymi w miejscu ich pracy, studiów, w sąsiedztwie oraz ugruntowanie tradycji, przekazu, autorytetu, sukcesji, który był, jest i będzie niezastąpionym fundamentem chrześcijańskiej inicjacji w wierze. Mam głęboką nadzieję, ze wizji rodziny w misji, nie wyprze się nigdy Kościół epoki posynodalnej.

  

sobota, 3 października 2015

Coming - out. Znacząca część kleru...

   Na pustyni wewnętrznej, na której przyszło mi żyć od ponad roku, nie łatwo jest znaleźć krzepiący ducha pokarm. Dlatego od dłuższego czasu z lubością wsłuchuję się - w emitowane przez międzynarodową stację katolicką EWTN - krótkie komentarze do życia kapłańskiego, jakie regularnie wygłasza w niej sędziwy kardynał Julián Herranz. Dziś mądry hierarcha przez kilka minut mówił o tym, że ksiądz nie jest maszyną do wykonywania czynności duszpasterskich, że tak się żyć w sutannie nie da i że dobry ksiądz wie, co to znaczy kochać. Miłość jest inspiracją duszpasterza i chroni go od nudy, smutku, zniechęcenia. Ksiądz często bowiem przebywa w obecności Jezusa eucharystycznego, któremu zawierza wszystko. Chodzi więc regularnie przed tabernakulum i prostym językiem codziennego życia, opowiada szczerze Panu o problemach i radościach, o wyzwaniach i porażkach. Obcowanie księdza z tabernakulum napełnia go miłością. Nie można bowiem być księdzem i nie umieć kochać. Jako prosty i znany przykład kardynał Herranz wskazał Jana Marię Vianney'a, który w programie swojego aktywnego życia ustawił konkretną godzinę rozmowy z Jezusem u stóp Najświętszego Sakramentu. I dzięki temu kochał. Wysłuchałem tej konferencji i umocniony wyłączyłem telewizor. A potem jak co tydzień uruchomiłem internet, aby odczytać wiadomości z Polski - wszak dobry misjonarz to również wierny patriota. I nagle uciekło gdzieś łagodne skupienie. Sieć tego dnia krzyczała o innej zgoła formie kapłańskiej miłości. Wszystkie portale internetowe - te pobożne ze zgorszeniem, te libertyńskie zaś z rozkoszą - wyświetlały szczupłą twarz księdza prałata Krzysztofa Charamsy, który z pianą w kącikach ust, z drżącymi dłońmi, w sztucznym, żenującym, banalnie kaznodziejskim uniesieniu, wyszedł z jakiejś szafy, by wyznać światu: "jestem gejem".
   Właściwie sądzę, że należałoby tę wstydliwą histerię biednego człowieka przemilczeć w poczuciu godności. I tak zrobiłbym, gdybym nie otrzymał już tego samego dnia kilku maili od moich Przyjaciół, rozbitych wewnętrznie przez medialną potańcówkę. Napisali do mnie Przyjaciele - księża z Polski, kolejny raz niesłusznie obrażani. Napisali też do mnie Przyjaciele - świeccy katolicy, których znów niechodzący do kościoła sąsiedzi zaczęli wytykać zza płotu palcami. Naprawdę przemilczałbym to jeszcze, gdyby ten rozbity człowiek w koloratce i mój brat w kapłaństwie nie powiedział trzech rzeczy: że to, co robi, kojarzy mu się z kapłańską wolnością; że odkąd zakochał się w innym geju, to mówi lepsze kazania; i że znacząca cześć kleru to homoseksualiści. Dość! Nie wiem, co miał na myśli ksiądz prałat, cedząc słowo: "znacząca" - czy chodziło mu o ilość, czy może o znaczenie na szczeblach kościelnej hierarchii? Nie wiem, nie jestem i nie będę nigdy prałatem, nie wykładam na dwóch, papieskich uczelniach, nie czuję się też na szczęście prominentnym funkcjonariuszem Kościoła - ale nad księdzem Charamsą mam jedną przewagę. Moje kapłańskie życie od piętnastu lat nie polega na siedzeniu za biurkiem. Być może to z poziomu swojej oficyny w watykańskiej kongregacji ksiądz prałat nabawił się przekonania o chorobliwym stanie znaczącej części kleru. Współczuję tylko takiej perspektywy lecz dziękuję Bogu, że w ciągu tych kilku lat dane mi było poznać duchownych wzdłuż i wszerz całej mapy świata: od Dublina, przez Mazowsze, aż po Buenos Aires. Nie jestem więc byłym sekretarzem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, ale moja statystyka duchownych jest zupełnie inna.
   Bo ta znacząca część kleru to zwykli księża. Tak o nich i do nich z szacunkiem zwracają się wierzący ludzie. Księża biorą się z tej ziemi, mówią ludzkim językiem i noszą na sobie stygmat ludzkich ułomności. Bywają więc bardziej inteligentni, uduchowieni, błyskotliwi, co tłumy za sobą porywają ku Bogu. Bywają wśród nich też i tacy, którzy dobrze remontują dachy na kościołach - pewnie i jednych i drugich Bóg jakoś wykorzysta. Ci zwykli księża stronią od kariery. Wieczorami, zmęczeni mówią w skupieni brewiarz i samotni gaszą nocną lampkę na stoliku. Tylko nieznacząca część z nich ugania się za byle tytułem, wygląda łaski polityków lub szuka dla siebie zysku.
     I znacząca część tego kleru wolność zdobywa w szrankach duchowego rozeznania. Mają na to czas przez sześć lat solidnej formacji duchowej, duszpasterskiej, ludzkiej, umysłowej. Ilu z nich nocami idzie do kaplicy, by z konsekwentną pokorą pytać Boga o drogę? Potem dojrzewają szybko. Nie są bezmyślni. Upadają i powstają, namiętnie kochają świat, dla tego jednego wezwania radykalnie oddając wszystko. Tylko kilku z nich to hipokryci, co podwójne życie szminkują kolorem błazeńskiej ideologii.
    Ta znacząca część kleru to czasem też wybitni naukowcy. Są wśród nich tacy, co całą Biblię poznali na pamięć. Prowadzić by mogli z sukcesem najbardziej ryzykowne dysputy filozoficzne, w zaciekle ateistycznych akademiach świata. Lecz posłuszni Katechizmowi po nocach piszą kolejne artykuły, pchając pod górkę nadprzyrodzoną świadomość na dobre zeświecczonej dziś kultury. Tylko nieliczni wśród nich to sensaci, którzy tworzą coś po to, by zabłysnąć i którzy - zamiast uczyć studentów odwiecznej mądrości - gorszą nieoświeconych.
      Potem znacząca część kleru, to dzisiaj też ci, którzy zrozumieli, za co pokutuje Benedykt XVI. To oni nad życie kochają Matkę Kościół, gotowi za prawdę oddać swoje życie. Przez lata nie mogli się pogodzić, że ktoś w Rzymie blokuje proces oczyszczania seminariów, przemyślane dokumenty Ratzingera upychając szpicem buta do przepastnej szuflady. Że ktoś nie chce reformy struktur kurialnych, a służbę w Kościele rozmienia na tanią giełdę posłusznych sobie, lawendowych wasali. Nie ma ich zbyt wielu, za to nigdy nie czytają oni Ewangelii, broniąc zaciekle kościelnego feudalizmu, utopijnego klerykalizmu, wygodnego życia i grubego  stołu. Dziś wiele spraw stanęło w innym świetle. 
   Jeszcze znacząca część kleru to mistrzowie życia duchowego. Ci z kolei godzinami w konfesjonałach czekają na człowieka. A potem w jednej chwili - z dramatycznej bryły ludzkiego żywota - potrafią wydobyć kształt, błysk, jakby mistyczny refleks nawrócenia. Tacy głoszą nam głębokie rekolekcje. Odprawiają w skupieniu Eucharystię. Czasem ktoś nigdy nie chodził na katechizm, lecz zobaczy w kościele księdza na modlitwie - to wystarczy za całą naukę. Tylko kilku wśród nich to religijni iluzjoniści, płytcy gracze, magicy, którzy charyzmat mylą z nadmuchanym balonem.
    Bardzo znacząca część kleru to również misjonarze. Bywa, że w zupełnie dojrzałym wieku przyjdzie do serca księdza jakieś wzruszenie, bo na końcu świata ludzie Boga jeszcze nie znają. I spakuje taki swój plecak, jadąc przed siebie i nie wiedząc, na jakim to lotnisku zakończyć się może wędrówka. A potem są miesiące samotności, lata tropikalnych chorób i całe życie tęsknoty za bliskimi, przyjaciółmi, krajem, polskim hymnem i pieśniami z kościoła, śpiewanymi w rodzimym języku. Tylko niewielu pośród nich to poszukiwacze przygód, złaknieni egzotyki chłoptasie, co talenty i pieniądze rozgonią po świecie, biegnąc we mgle nie wiadomo za czym.
   Wreszcie znacząca część kleru to księża emeryci. Widać ich na ulicach polskich miast, gdy zwolnionym krokiem, w sutannie i z laską w ręku, spacerują sobie długimi godzinami ze wzrokiem gdzieś już utkwionym poza horyzont tej ziemi. Czasem ktoś zaczepi ich w rozmowie, pozdrowi, Imię Pańskie pochwali. A oni już wiedzą wszystko z nazwiska, z adresu, z kolędy, z kartoteki - przecież w tym kościele na rynku przez lata chrzcili wam dzieci, dłonie wiązali do ślubu i psalmy śpiewali na pogrzebach. Wśród księży emerytów tylko kilku służyło komunistom.
     Jestem więc boleśnie zdumiony. Nigdy z okna mojej plebanii nie miałem takiego widoku, jakim epatować nas zamierzył ksiądz prałat Krzysztof Charamsa, zapatrzony zza swego biurka w chimerę, upiora, czy światową fantasmagorię. Dziadek nauczył mnie kultury i męskości. Inspiracji do kazań szukam w Ewangelii. Kocham i od kilku już dobrych lat jestem naprawdę wolnym człowiekiem. Nie mogę też uważać siebie za znaczącą część kleru, być może dlatego każdego dnia dziękować nie przestaję Bogu za kilku wspaniałych Ludzi w sutannach, którzy obdarzyć mnie chcieli swą przyjaźnią. To dzięki nim wciąż jednakowo wierzę, nikomu nigdy nie włażąc do szafy.   
   Od piętnastu lat, w każdym zakątku świata, układam sobie taką statystykę kleru. Chciałbym ją dziś podliczyć. Zrobić sobie własny coming-out. Opublikować, nie wychodząc wcale z szafy, by wskoczyć zaraz do alkowy. Ksiądz prałat jest teoretycznie teologiem, więc chyba wie, że jedną z przerażających kar biblijnych jest ta, gdy Bóg człowiekowi rozum odbiera. Ja z kolei już rozumiem, że w kapłaństwie bracia są niespodzianką Boga. Rodziny się nie wybiera, jak dobrać sobie można by partnera gorszącego wszystkich spektaklu. Na szczęście papież Franciszek uczy nas wytrwale, że Kościół współczesny to szpital. A w każdej, dobrej klinice są jej różne oddziały: izba przyjęć czy wypisów, kardiologia, psychiatria, patologia, neurologia, rehabilitacja, wreszcie oddział intensywnej terapii. Modlę się więc cierpliwie i czekam, kiedy i na które piętro zawiozą przeżutego przez media i wyplutego przez kochanka księdza prałata. Już nie prominentnego funkcjonariusza watykańskich dykasterii, ani wymownego wykładowcę papieskich wydziałów - lecz zawsze księdza, który jeszcze na chwilę przed ostatnim oddechem ucałować może fioletową stułę - tym razem po drugiej stronie dyskretnego konfesjonału. Od pokuty jest blisko do świadectwa.
    

środa, 2 września 2015

Rana...

   Nieodłącznym dylematem człowieka postępującego w życiu duchowym jest swoista, pobożna rozterka: pragnę szczerze i nie mogę tego osiągnąć; chciałbym i brakuje mi sił; szukam modlitwy i coś ciągle mi w niej przeszkadza; planuję dokładnie jak i kiedy praktykować normy pobożności i nie starcza mi czasu. To zmaganie jest niemal stałą cechą życia duchowego osób, pozostających w polu aktywności, katolików świeckich i księży diecezjalnych, rodziców zajmujących się dziećmi, słowem - wszystkich tych, których od pazernej dynamiki tego świata nie odgrodzi kurtyna zakonnej, kontemplatywnej klauzury. Jak ostatecznie rozstrzygnąć ascetyczny dylemat, rozdzierający duszę pobożną pomiędzy palącym pragnieniem modlitwy, a brakiem sił lub czasu na realne jej praktykowanie? Pierwszym odruchem jest pokusa reakcji siłowej. Przezwyciężać, zdobywać, co drugi dzień klękać do spowiedzi, biczować się mokrym ręcznikiem, mnożyć liczbę dewocji, wkładać zapałki w oczy, modlić się z zegarkiem w ręku i zobowiązywać do coraz nowych postanowień lub wyrzeczeń. Zapewniam - to nie przyniesie skutku. Życie wiary ostatecznie jest relacją miłości, a nie przyzwoitym zwyczajem. Nie da się więc go skorygować za pomocą podręcznika ascetycznych tortur czy mistycznego savoir-vivre'u. Trzeba dać się Bogu zranić.
    Z powodu osobistych planów i zamiarów obejrzałem nie dawno film: "Droga życia". Jest to opowieść o amerykańskim lekarzu - okuliście, którego syn pewnego dnia wyruszył na pielgrzymi szlak do Santiago de Compostela i już pierwszego dnia Bóg nazbyt radykalnie zmienił cel jego wędrówki. Rozpętana w górach burza zabrała chłopca na drugą stronę pielgrzymiego szlaku życia. Zraniony tym faktem ojciec, próbując zrozumieć tragiczną śmierć swojego dziecka, pakuje urnę z jego prochami do pokutnego plecaka i sam rusza na Camino. Bez obaw, nie dopowiem pointy. Wspomnę tylko o początkowej prawie scenie, kiedy to lekarz - niepraktykujący, chłodny i twardy wobec Boga - po odbytej rozmowie z pobożnym policjantem i odebraniu prochów dziecka, stawia pierwsze kroki na szlaku. Sucho stwierdza, że chciałby odbyć tę pielgrzymkę ze swoim synem i dla swojego syna. Zaskakuje go jednak zupełnie lapidarne dopowiedzenie wierzącego głęboko policjanta: na pielgrzymkę idzie się samemu i dla samego siebie...
    Dla Boga tak naprawdę nie ma znaczenia kwestia wysiłku lecz liczy się jakość pragnienia. Mówiąc obrazowo, normy pobożności to nie siłownia, w której zdesperowany osiłek stara się co dnia wycisnąć nową liczbę religijnych ciężarów. Ostatecznie, można odmówić czasem wiele modlitw, nie zwracając już nawet uwagi na to, by choć jednym, szczerym aktem ukochać Boga. Taka siłowa ścieżka zdrowia kiedyś w końcu skutkuje przewrotnym efektem. Niedawny zapaśnik - dewot zniechęca się szybko, popadając w równolegle przeciwną skrajność: po co te wszystkie normy pobożności, skoro wystarczy rozłożyć się ze słomką w zębach i po prostu kochać Boga lekkością własnego istnienia. To zdumiewające, z jaką zręcznością w życiu wiary przyciągają się nawzajem skrajności. Ani przemoc ascetyczna, ani przewrotna lekkoduszność, nie są prawdziwym rozwiązaniem omawianego tutaj problemu. Bo tak na serio ani nie jest prawdą, że nawraca człowieka sama ilość godzin spędzonych ewentualnie na modlitwie. Ani też nie jest nią mgliste zawierzenie wszystkiego Stwórcy, bez żadnej próby praktykowania choć najmniejszego czynu pobożnego. Prawdą zaś jest, że człowiekowi, który pragnie żyć modlitwą lecz nie dopełnia norm pobożności, nie brakuje wcale sił ani czasu. Nie starcza mu żaru serca, bo być może nigdy dotąd nie pozwolił sobie serca otworzyć.
   Prawidłowy, zdrowy i bezpieczny porządek wzrostu w modlitwie jest taki: najpierw pragnienie, potem dopełnienie w ascezie. Każdy inny kierunek i usiłowanie zakończy się schorzeniem: albo wewnętrznym mechanizmem albo utratą duchowej wrażliwości. Trzeba po prostu tak pragnąć Boga, aby w stosunku do mocy tego pragnienia podjęcie każdej, religijnej normy nie było już żadnym wysiłkiem. Jak do tego dojść? Klasyczna teologia życia duchowego mówi tutaj o zranieniu serca Bożą miłością. To ciekawe, że kto raz zostanie zraniony przez Boga, nie może już przestać Go szukać. Kto pragnie więc na serio stałej pobożności, musi wydać serce na przebicie. I to nie jest tylko mistyczna metafora. To działa w następujący sposób.
    Jeśli starasz się modlić i prawie nic nie wychodzi, zredukuj licznik do zera. Zostaw różaniec, posty, ambitną lekturę duchową, długi brewiarz lub nocne adoracje - bo cóż, że to wszystko postanowisz, gdy i tak w tym cię w końcu nie będzie. Choć to wyjątkowo trudne, trzeba serce pozostawić w stanie całkowitej nagości, czyli zdać sobie dobrze sprawę ze stanu duchowej bezradności: ja nie znam się jeszcze na miłości do Boga i dlatego to wszystko nie działa. Należy niestety zejść z wyidealizowanych wyżyn do parteru twardej rzeczywistości. Tylko wtedy Bóg może zranić serce miłością. Te wszystkie, upragnione punkty życia pobożnego kiedyś powrócą - we właściwym czasie i z właściwą sobie siłą namiętności. Ale dziś musisz dać się zranić. Nie wszystkie zaś modlitwy ranią. Niektóre z nich budują siłę w świętych, więc gdy od nich zacznie konstrukcję duchową człowiek, który nie ma otwartego z miłości serca, asceza świętych paradoksalnie otoczy go murem, spoza którego ani nie dojrzy Boga. Uważam, że trzy formy modlitwy ranią serce tak, iż człowiek nie może już o Bogu zapomnieć. Że szuka Go ponad wszystko. Że potem wierność wewnętrzna jest po prostu tylko logiczną konsekwencją, a nie jałowym wysiłkiem. Za modlitwy, które ranią, uważam: przedłużone dziękczynienie po codziennie praktykowanej Eucharystii; Komunie Duchowe oraz ta mała forma bardzo osobista, w której twoje serce znajdzie dziś upodobanie.
    Tak więc trzeba zacząć od prostego znaku krzyża po przebudzeniu i codziennej, zwykłej Mszy Świętej w pobliskiej parafii. To będzie chłodny poranek, kościół jeszcze w budowie i trzyminutowe kazanie z banalnym niekiedy wnioskiem. Gdy ucichną organy wszyscy ludzie pobiegną natychmiast do pracy. Lecz zanim pan kościelny pozamyka drzwi, ty pozostaniesz - jak długo to możliwe - w pobliżu tabernakulum, by kilka minut sercem szukać obecnego w tobie już Boga. Czasem odmówisz coś z książeczki, odczytasz psalm lub jedną myślą wrócisz do tej modlitwy z Mszału, która dziś zapadła ci w pamięci. Czasem wypowiesz akt wiary, nadziei, żalu i miłości, a czasem zadowolisz się ciszą. Z biegiem lat nauczysz się dziękczynienia po Mszy Świętej i rozrzeźbisz ten akt wewnętrzny jak prawdziwą sztukę. Bo on jest właśnie tą pierwszą chwilą intymności, w której Bóg zwykle rani serce człowieka.
    A po nim docenisz i ten drugi - nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, związane z Komunią Duchową. Być może będzie to ten sam kościół z porannej Eucharystii, a być może szpitalna kaplica lub katedra, którą widzisz tylko z okna twojego biura. Jest południe. Masz nagle chwilę oddechu. Przykładasz rozpalone zmęczeniem czoło do chłodnej szyby, szepcząc w myślach: pragnę Cię teraz przyjąć, Panie, z taką samą pokorą, pobożnością i czystością, z jaką przyjęła Cię Najświętsza Matka, z duchem i żarliwością świętych. Amen. I Bóg zrani serce, tak że potem będzie ono chronić w sobie jeszcze i tę jedną, krótką, osobistą modlitwę. Lecz z biegiem czasu rana stanie się palącym pragnieniem, które bez żadnego wysiłku doprowadza człowieka do różańca, postu, brewiarza i nocnych adoracji. Tak to działa.
    Bóg musi zranić miłością, aby człowiek mógł Mu dochować wierności. Często mówi o tym Biblia. Oto gdy zalękniony Jakub przygotowuje się na spotkanie ze swym groźnym bratem, Ezawem - opowiada Księga Rodzaju w zakończeniu jej trzydziestego drugiego rozdziału - cały swój dobytek przenosi na drugą stronę potoku Jabbok i pozostaje sam na sam z Bogiem, szamocząc się w wewnętrznej walce aż do wschodu jutrzenki. Wyrywa w końcu Stwórcy upragnioną przychylność, a potem wraca do swoich i utyka na nogę, przechodząc przez Penuel. Rana utwierdza jego stałość i odwagę. Przesłanie biblijne potwierdza doświadczenie chrześcijańskiej mistyki. Oto jednym z najbardziej zagadkowych momentów wiary chrześcijańskiej była śmierć Teresy z Avila w roku 1582. Rychło rozpoczęto proces orzekania o Jej świętości i dla zachowania norm kanonicznych dokonano sekcji zwłok wielkiej Karmelitanki. Kiedy więc w dziewięć lat po śmierci otwarto serce Świętej, zobaczono je jakby żywym, w nienaruszonym stanie - widoczne było jedynie pięć, fizycznych blizn, jak pięć znaków duchowych zaślubin Teresy z Jezusem.
   Stałości w życiu duchowym nie zdobywa się siłą lecz raną intymności. Wielu nie pojmuje tego, marnując lata w jałowym uścisku pomiędzy chęcią do modlitwy a brakiem czasu lub konsekwencji. A przecież jakiś czas temu już pisał w wierszu "Powołanie" ksiądz Pasierb te słowa:

                                                 pytasz czy zostałeś wezwany

                                                 jesteś prosty i jasny
                                                 tu ciemność w południe
                                                 nie wiem czy jesteś
                                                 skaleczony przez anioła
                                                 ugryziony przez węża
                                                 naznaczony

                                                nie wiem czy zostałeś wybrany

                                                nie widzę rany


piątek, 14 sierpnia 2015

Co Kościół katolicki proponuje rozwiedzionym?

   Spojrzenie nauczyciela, który czerpie z serca matki - tak fenomenalnie wypośrodkowaną odpowiedź przedstawił papież Franciszek chrześcijanom rozwiedzionym, podczas środowej katechezy z dnia 5 sierpnia 2015 roku. Ojciec Święty powiedział szczerze, że sytuacja rozwodu jest sprzeczna z chrześcijańskim sakramentem. Zaznaczył jednocześnie, że Kościół nigdy nie był w tej kwestii ani leniwy ani niewrażliwy, poszukując dla chrześcijan w separacji właściwego rozeznania i mądrej opieki duchowej, wiedząc zawsze - jak zaznaczył to Benedykt XVI kiedyś - że nie mamy w tej materii łatwych odpowiedzi. Przyznam się, że papieska konferencja, wygłoszona podczas watykańskiej audiencji generalnej - także z powodu osobistej historii życia - ujęła mnie mocno za serce. Co prawda, jak zawsze w przypadku tego pontyfikatu, by delektować się smakiem mądrości papieskiego nauczania, należy dotrzeć do rzeczywistego tłumaczenia tekstu, który w tamtą środę czytał Franciszek. Skomponowany bowiem frywolnie wycinek w dziennym serwisie wiadomości dowolnej, laickiej stacji telewizyjnej, jak zwykle omamia.
   Wróciło więc do mnie pewne wspomnienie. Jakiś już czas temu zostałem powołany w mojej, rodzimej diecezji, do duszpasterskiego i duchowego towarzyszenia osobom rozwiedzionym, osobom w separacji lub osobom żyjącym w ponownym związku niesakramentalnym. Ponieważ przeczuwałem, że przyjdzie mi wkroczyć tym samym na teren solidnie zaminowany, aby nie popełnić zbyt wielu błędów - czasem duszpasterscy komandosi też mylą się tylko raz - nawiązałem kontakt z Mistrzem tematu, zresztą księdzem, który jak i ja, swoje kapłańskie korzenie w przeszłości zapuszczał w Płocku. Nie było to już wtedy proste, bo ojciec Mirosław Paciuszkiewicz - dawniej ksiądz płocki, a potem wybitny jezuita z Rakowieckiej - odchodził, chorował bardzo, męczył się szybko, gnębiony dodatkowo nieszczęśliwym upadkiem ze schodów i bólem pękniętych kości. Miałem jednak tę przewagę, że wtedy przyjechałem do Niego z Płocka, by nauczyć się sztuki towarzyszenia rozwiedzionym - nie mógł mi więc odmówić. Nie oczekiwałem od księdza Mirka traktatów. W efekcie spotkania otrzymałem coś więcej. Postawiłem kilka pytań i dostałem jedną odpowiedź. Mistrz wręczył mi papierowy obrazek z informacją o spotkaniach grup osób niesakramentalnych przy Rakowieckiej. Na pierwszej stronie widniało zdjęcie znanego obrazu Rembrandta, na którym stęskniony ojciec obejmuje szerokim gestem zmęczonego życiem, marnotrawnego syna. Paciuszkiewicz milcząc, palcem wskazał mi powszechnie komentowany dziś symbol z jednej strony ojcowskiej, z drugiej zaś matczynej dłoni położonej na plecach nędzarza, mówiąc: kochaj ich wszystkich, jednak nikogo nie oszukuj...
    Zdaje się, że w podobnym kierunku poszła główna intuicja papieskiej katechezy ze wspomnianej już tutaj audiencji. Na kilka chwil przed drugą odsłoną kłopotliwego skądinąd synodu, Franciszek zaakcentował coś, co moim zdaniem może zakończyć wreszcie gorszące nieco i jałowe spory, motywując uczestników październikowej debaty do bardziej ewangelicznych wniosków na temat pastoralnej służby Kościoła wobec rodzin. Odpowiedź biskupa Rzymu na niepokojące pytania niesakramentalnych to jak zwykle trzy propozycje, które w labiryncie skomplikowanej życiowo sytuacji, mogą przynieść im ulgę i pociechę: aktywne uczestnictwo, szczera nauka łez i uczciwość Kościoła w ocenie zróżnicowanej sytuacji moralnej rozwiedzionych.
   To naturalne, że człowiek postawiony w biernej pozycji, w bezruchu, bez najmniejszego zainteresowania, z miejsca czuje się niepotrzebny, niechciany lub obcy. Najpierw więc papież zaznaczył, że chrześcijanie pozostający w związkach niesakramentalnych, nie są kościelnymi intruzami. Ich życie religijne musi być przedmiotem troski i wrażliwości duszpasterzy. Franciszek rozpisał też konkretną listę pastoralnych kroków, które można i należy podjąć w katolickich diecezjach, parafiach lub wspólnotach: otaczać opieką rozwiedzionych i dodawać im otuchy, umożliwiać osobiste spotkanie z Chrystusem poprzez nieustanny rozwój życia wiary i modlitwy, zapraszać aktywniej do słuchania Słowa Bożego i udziału w liturgii oraz motywować do chrześcijańskiego wychowania dzieci, posługi wobec ubogich, czy angażowania się na rzecz sprawiedliwości i pokoju. W ten sposób rozwiedzeni mają szansę pokonać pierwszą barierę, jaka chwilami separuje ich od całej wspólnoty - pełną kompleksów bierność, apatię, znamię trędowatych w tłumie doskonałych.
   Pierwsze rozwiązanie powikłanej sytuacji wewnętrznej wielu osób nie jest jedynie duszpasterskim trikiem papieża. To krok stanowczy, poważny lecz zarazem radykalnie autentyczny. Jest bowiem faktem, że do praktyki pastoralnej Kościoła od wieków zakradła się niebezpieczna, tchnąca faryzejskim purytanizmem cenzura, która osoby wierzące lecz skonfliktowane w wymiarze małżeńskim, palcem wskazującym zaocznego osądu, wielokrotnie skazywała na podziwianie ołtarza Pańskiego z odległości ciemnej, świątynnej kruchty. Ile razy rozwiedzeni podczas rekolekcji parafialnych opłakiwali swoje życie w samotnej ławce pod chórem? Ileż razy musieli chrzcić dzieci w sobotę, w tygodniu, nocą, po cichu, poza Eucharystią? Tak to chyba też jest, że praktyka duszpasterska obficie czerpie z teologii. Nie wiem jakimi kanałami, po Soborze Trydenckim do mentalności duszpasterzy szczególnie tych obszarów geograficznych, na których Kościół miał wpływy i moc, wkradło się skrajne myślenie Marcina Lutra. Ten to przecież mnich augustianin dowodził, że grzech całkowicie zniszczył naturę człowieka. Według mnie Luter przekonał do tego aspektu swojej, posępnej teorii wielu katolickich biskupów i proboszczów, którzy znając sytuację rodzinną rozwiedzionych, zbyt szybko wszystko spisywali na straty. W środowej katechezie papież Franciszek nawiązał więc do prawdziwej nauki katolickiej, z której na nowo może zaczerpnąć duszpasterstwo rodzin: stało się jakieś zło, nikt temu nie przeczy. Jednak Kościół wierzy, że grzech naruszył naturę człowieka, ale nigdy do końca jej nie zniszczył. To dlatego rozwiedzeni chrześcijanie w ponownych związkach nie mogą co prawda być dla innych przykładem cnót - mogą jednak brać udział w życiu wiary, wnosić wiele dobra i korzystać w pewnych aspektach z łaski, którą z hojności Boga, bezwarunkowo cieszy się cała rodzina Kościoła. Absolutnie już dziś warto byłoby zetrzeć to luterańskie znamię z duszpasterskiej praktyki życia katolickiej parafii. Grzech dotknął jakoś rozwiedzionych lecz nie zniszczył całego dobra, które w różnoraki sposób może wciąż służyć wspólnocie.
   Drugi z aspektów papieskiej katechezy z piątego sierpnia, to kwestia dzieci, które żyją często w cieniu dramatu, jaki dotknął dom osób rozwiedzionych. Już kilka miesięcy temu, podczas pielgrzymki na Filipiny, Ojciec Święty w bardzo spontanicznym dialogu z młodzieżą - mówiąc o niesprawiedliwości, jaka krzywdzi często dzieci głodne, samotne, używane za narzędzia do wojny, seksu lub pracy - głosił, że w tej sytuacji chrześcijanie muszą nauczyć się płakać. Franciszek zawsze staje w obronie praw dziecka. W swej środowej konferencji papież - mówiąc o smutku dzieci, przeżywających rozpad więzi ich rodziców - używał zdrobniałego słowa: malcy, jakie siłą rzeczy przywodzi na myśl biblijnych maluczkich, za krzywdą których zawsze stoi sprawiedliwy gniew Boga. Franciszek zaznaczył, że liczba dzieci i młodych w rodzinach po rozwodzie jest dziś wielka, stąd tak istotne jest, by pastoralna praktyka katolickiej wspólnoty - jej gesty i język - zawsze zwracały uwagę na osobę. Aby doświadczyć pokoju duszy, rozwiedzeni chrześcijanie muszą najpierw nauczyć się płakać tymi samymi łzami, które płyną z oczu ich dzieci.
   Tuż po pierwszej odsłonie synodu dla rodzin, w bardzo radykalnym wywiadzie, jakiego udzielił kardynał Schoenborn dla włoskiego dziennika La Stampa, znany z zawrotnej zmiany poglądów arcybiskup Wiednia, powiedział bez znieczulenia: "To bardzo złożony problem i nie może rozwiązać go żaden synod. Mam pytanie do takich osób, zadaję je zawsze, gdy pytają o komunię - gdzie są wasze dzieci? Co z nimi? Czy obarczyliście je ciężarem waszego upadku i grzechu? Jak możecie prosić o komunię, skoro przez złamanie przysięgi, którą złożyliście, te owoce waszej miłości - dzieci - teraz cierpią. Czy zdajecie sobie z tego sprawę? To jest dramat, o którym milczymy także i na synodzie. Dzieci po rozwodzie rodziców żyją zwykle między jednym a drugim. Co z tego wynika? Czy to się da naprawić?"
   Wreszcie trzecią propozycją Franciszka dla chrześcijan rozwiedzionych jest indywidualne podejście Matki Kościoła do dramatu moralnego, jaki podzielił dawniej kochających się ludzi, którzy w pewnej chwili zaczęli zadawać sobie ból i ranę. Papież piątego sierpnia wypowiedział zdanie, które w dłuższej perspektywie może ważyć wiele: "musimy uczynić właściwe rozeznanie sytuacji, wskazując na przykład różnicę, między tymi, którzy doznali separacji, a tymi, którzy ją spowodowali". Rzeczywiście, nauka moralna Kościoła nie jest ślepym przepisem, stosowanym z jednakową, twardą intensywnością wobec wszystkich. Co prawda duch Dekalogu nie podlega zmianie, jednak litera prawa musi uznać różnicę okoliczności, kontekst, ciężar odpowiedzialności lub zakres świadomości tych, których życie próbuję się etycznie uściślać. Być może więc nadszedł czas, w którym Kościół z zimnego, kurialnego biura, jakie wszystkim z dystansu wysyła opieczętowane prawem dekrety, zamieni się w ciepły dom, gdzie znający się nawzajem domownicy, potrafią doskonale odróżniać - co jest winą kogoś, a co krzywdą? W takim domu, przy jednym stole, członkowie tej samej rodziny, zgoła inaczej traktują tych, którzy ból zadali, od tych, którzy noszą na sobie ich rany.
    Jaką więc ofertę ma dziś Kościół dla chrześcijan rozwiedzionych? Większą aktywność społeczną - zapewne tak. Przyjmowanie ich dzieci do wspólnoty wierzących podczas uroczystej Mszy Świętej niedzielnej - to już uczynił sam papież. Bycie lektorem w parafii. Otwieranie poradni, w których porzuconym małżonkom duszpasterz, psycholog, lekarz i prawnik, za darmo pomogą otrzeć gorzkie łzy. Towarzyszenie duchowe tym, którzy pragną nauczyć się modlitwy. Białe małżeństwo po latach próby dla herosów. To wszystko warte jest wysiłku. Ale w głębokim kontekście papieskiego rozmyślania kryje się przede wszystkim bezkompromisowe zaproszenie do życia prawdą, która wyzwala. To największy atut Kościoła od wieków - Kościoła, który nie jest zabiegającym o głosy politykiem; Kościoła, który nie jest walczącym o klientów bankiem; Kościoła, który nie jest showmanem głodnym oklasków - Święta Prawda. Kończę właśnie godną polecenia wszystkim lekturę wybitnej książki George'a Weigla Katolicyzm Ewangeliczny, w której znakomity Autor, z zapałem proroka, kreśli ambitną wizję autentycznej odnowy Kościoła. I już w pierwszym rozdziale dzieła Weigel pisze: "Ojcowie Soboru Watykańskiego Drugiego zaproponowali Kościołowi i światu wielki akt wiary w fakt Objawienia. Ów akt wiary zawiera w sobie kryterium głębokiej i autentycznej reformy katolicyzmu: kryterium prawdy. Kryterium to można zastosować w formie kategorycznego pytania: czy jako diakon, kapłan, biskup, osoba ucząca w seminarium, katolicki intelektualista, zakonnik, zakonnica, bądź osoba świecka, żyjąca i pracująca w świecie - wierzysz, że Ewangelia (rozumiana jako wszystko, co Bóg objawił dla naszego zbawienia w Piśmie Świętym i tradycji apostolskiej) jest nadprzyrodzonym darem Bożego Objawienia, tak że to ona stanowi miarę dla twojego życia, a nie twoje życie dla niej?" (George Weigel, Katolicyzm Ewangeliczny, Kraków 2013, s. 70)
   Byłem wzruszony, kiedy przed laty jeden z księży polecił mi obejrzeć rosyjski film o tytule Wyspa. Jest to poruszająca historia życia prawosławnego mnicha, świętego starca, jurodiwego Anatola, który podczas wojny sowieckiej z Trzecią Rzeszą pracował jako marynarz i ze strachu przed śmiercią, na polecenie Niemca oddał strzał w stronę głowy własnego kapitana. Anatol przez całe życie męczy się, zmaga z poczuciem winy za zabójstwo, pokutuje i szuka wyzwolenia, już uczestnicząc w świętości. Pointa opowieści zaskakuje. Oto po latach radykalnego wysiłku, na wyspę mnicha Anatola, do uzdrowiciela przywozi swoją opętaną córkę dawny kapitan - dziś admirał, który w tamtą noc nie zginął, uskoczył jedynie do wody, ocalał. Ostatnie sceny filmu paradoksalnie stawiają więc całą pokutę mnicha pod znakiem zapytania? Tylko pozornie. Bóg widzi dalej. Poszukiwanie prawdy, niezależnie od bólu serca,  zawsze uświęca. Czasem myślę, że Kościół musi zrobić wszystko, aby nie zabrać rozwiedzionym tego przywileju: dotarcia w wysiłku do prawdy, która przynosi ostatecznie wyzwolenie.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Obfitość. Droga doskonałych...

   Kilka dni temu otrzymałem sympatyczną przesyłkę. Zaprzyjaźniona Rodzina z Płocka nadesłała mi płytę pod zagadkowym tytułem: "Atramentowa", z wybitnie nastrojowymi piosenkami Stanisławy Celińskiej. Ponieważ życie misjonarza to niekończąca się wędrówka z miejsca na miejsce, wielokrotnie, przemierzając kilometry urugwajskich bezdroży, z rozkoszą wsłuchiwałem się w prostą, codzienną, wyśpiewaną w moim ojczystym języku poezję. Pośród kilku, znakomitych naprawdę utworów, usłyszałem również i ten o tytule "Obfitość". Bohaterem wiersza jest chyba anonimowy kontemplatyk, który nie troszcząc się zgoła o komunikatywność własnego przekazu dla innych, syci się dyskretnym pięknem życia, intensywnością stworzonej rzeczywistości, powabem dyskursu między światem widzialnym a zakrytym. Wiersz zapisany został w niewielu słowach. Autor nie sili się nawet na to, by stworzyć jakąś litanię celnych i wzniosłych metafor, przez witraż których ukazać by można teoretycznie dopracowany portret wszechistnienia. Stara się raczej ostatecznie udowodnić, iż wszelkie piękno życia dane jest człowiekowi nie po to, by je interpretować, lecz po to, by je chłonąć i dzielić z miłością pomiędzy wielu. Uważam, że sercem wiersza jest jego pointa, którą Celińska śpiewa tak: "Z ziemi do nieba się pnie/życie, co wszystko wie./Wielka obfitość niewidzialnego/w widzialnym dostrzeż je".
   Zatem podstawową charakterystyką pierwszego okresu życia duchowego, nazywanego drogą początkujących albo oczyszczeniem, jest wzbudzenie w człowieku wierzącym czystej intencji w wyborze Boga. Celem drugiego etapu - czyli drogi postępujących albo oświecenia - będzie z kolei motywacja do przekraczania wszelkich, naturalnych granic, aż do szczytu indywidualnych możliwości duchowego organizmu chrześcijanina. Stwórca zna dobrze potencję stworzenia i nie spocznie, dopóki nie wydobędzie z duszy proporcjonalnych dla niej perspektyw. Wreszcie cechą trzeciego momentu wzrostu w łasce - nazywanego w klasycznej nauce wewnętrznej drogą doskonałych lub zjednoczeniem - jest granica niezrozumienia. Oto duszę zjednoczoną dosięga paradoks nieprzekazywalności doświadczenia wewnętrznego. Jakby zmuszona ona była zupełnie porzucić narzędzia interpretacji fenomenu życia, dostępne - na jednakowym poziomie komunikacji - dla wszystkich. Skąd tak zaskakujący finał? Oto dusza, w efekcie uczciwego postępu w łasce, przekroczyła granice Bożego świata. Żyje już bardziej tam, w zasadzie wcale tu. Jak opisać językiem pojęć ludzkich wartość, która przynależy do przestrzeni Bożej? Jak wyjaśnić ludziom, którzy całym ciężarem doczesnego ciała stoją jeszcze na ziemi, to, czym zmysły swego serca delektują aniołowie w Niebie? To po prostu niemożliwe. Chwilami takie doświadczenie niezrozumienia ciąży i bywa powodem bólu, strapienia, skargi mistyków albo proroków.
   W jakim jednak celu Bóg prowadził duszę aż dotąd? Przecież nie dla ujawnienia skandalu podziału na dwa światy. Wolą Boga jest jedność między ludźmi. To prawda, jednak ponad kategoriami doczesnej ugody, istnieje coś jeszcze ważniejszego, obiektywnego i wiecznego. Stawką w tej drodze jest intymność, nazywana duchowymi zaślubinami oraz niezbywalna wolność człowieka w Bogu. Kontemplatyk i mistyk przeżyje więc duchowy ból niezrozumienia od innych po to, aby cenić dar intymności w obcowaniu z Bogiem. Mówią, że ta intymność zjednoczenia nasyca szczęściem bardziej, niż każda więź ludzka, niż satysfakcja seksualności, niż lata wspierania się bliskością ukochanej osoby. Dar ten posiada swój personalny kod, faktycznie nieprzekazywalny za pomocą żadnego, emocjonalnego świadectwa. Każdy osobiście musi tutaj dojść, bo nie wystarcza o tym usłyszeć. I również po to, by będąc niezrozumianym, oprzeć się całkowicie na Bogu - nigdy więcej już na człowieku. Wolność jest właśnie najbardziej czytelnym kierunkiem autentycznego życia duchowego. Mistycy to wolni ludzie.
   To nie są wcale teoretyczne dywagacje. Cała duchowość, także w jej trzech, klasycznych odsłonach, ma swój bardzo praktyczny wymiar. Bo jak to jest w życiu? Ileż to razy kobieta, która szanuje siebie, swoje uczucia, ciało lub powołanie i gdzieś w głębi serca poświęca Bogu swą czystość - słyszy od bliskich słowa krytyki: mogłabyś w końcu kogoś sobie znaleźć...i cóż wówczas powiedzieć? Ile razy chrześcijanin - społecznik, kierując się w swych wyborach duchem solidarności z potrzebującymi, zostanie obrzucony przez własnych domowników kamieniami twardych zarzutów: głupcze, inni robią karierę, a ty co z tego będziesz miał...i jak o tym rozmawiać? A wreszcie ileż to razy człowiek autentycznej modlitwy, który latami przedzierał się ku Bogu wąską bramą wyrzeczenia, adoracji, dobrych spowiedzi, pokuty, cichej modlitwy, postu i jałmużny, zmuszony będzie wypić z rąk współbraci kubek gorzkiego osądu: stałeś się radykałem...i cóż można udowadniać w odpowiedzi? Gdy Bóg zabiera serce na własność, rzuca jednocześnie pomiędzy brzegiem a głębią przepaść milczenia, niezrozumienia, całej, świętej, nieprzekazywalnej po ludzku i wolnej bez miary - mistycznej intymności.
   Oczywiście, stan intymnej i wolnej nieprzekazywalności wewnętrznego bytowania duszy w Bogu, nie jest tym samym, co subiektywna egzaltacja, czyli ekscentryczna, religijna alienacja, której musi zaprzeczyć racjonalna natura człowieka. Choć należy przyznać ze smutkiem, że w sytuacji dzisiejszego zamętu duchowego, wielu za mistyczne niezrozumienie uznaje publicznie to, co jest tylko duchowym dziwolągiem. To nie to samo. Niekomunikatywna obfitość dusz jednoczących się z Bogiem, jak wszystko w zdrowej odsłonie religii chrześcijańskiej, ma też swoją normę i miarę, według której można rozróżnić niezrozumienie jako efekt zjednoczenia, od niezrozumienia na skutek pobożnych błędów, które kontestuje - wspierając rozwój wiary - rozum człowieka. Nie jest więc tak, że każdy, ktokolwiek i jakkolwiek chce, może swoje subiektywne stany emocjonalne nazywać duchowym poślubieniem przez Boga. Co ciekawe, uważam, że mistrzem opisu trzeciej drogi był - jak dotąd najbardziej wybitny dogmatyk katolicki wszechczasów - Tomasz z Akwinu. On to właśnie, w swojej Summa Contra Gentiles,  dokładnie w dwudziestym pierwszym i dwudziestym drugim rozdziale jej czwartej księgi, udowadnia, iż etap zjednoczenia duszy z Bogiem, to po prostu chwila, kiedy Trójca Przenajświętsza czyni sobie z człowiek własny przybytek, zamieszkanie, sanktuarium, biorąc dla siebie duszę, która skłoniła się wcześniej radykalnie ku świętości.
   Aby uniknąć subiektywnej oceny i nazywania poślubieniem tego, co jest zaledwie emocjonalną histerią religijną, Akwinata pisze, iż w duszy naprawdę mistycznej widać siedem, obiektywnych znaków, jakich nigdy nie znajdą w sercu ci, którzy zwykli mianować wprawdzie siebie mistykami lecz tak naprawdę błądzą chaotycznie we mgle gnostycznych nadużyć. Zatem dusza prawdziwie poślubiona Bogu i przez to niezrozumiana już dłużej przez świat: po pierwsze - nie upada więcej pod ciężarem grzechu ciężkiego. Ten wymiar moralny Tomasz wskazuje jako warunek początkowy, a zarazem konieczny dla prawdziwości następujących potem znaków. Bez umiejętności zdobycia się na rzetelność moralną, w chrześcijaństwie nie mówi się o postępie wnętrza; po drugie - dusza naprawdę zjednoczona smakuje w nadziemskiej radości nie tylko słuchając Słowa Bożego, ale nade wszystko, a czasem wbrew wszystkiemu, wprowadzając Ewangelię w praktykę uczynków. To dlatego mistycy nie są marudami ale żyją z dnia na dzień bardziej zdolni, twórczy, wytrwali i praktyczni; po trzecie - na tym etapie życia, dusza kocha się bardziej w Mądrości Bożej niż w ludzkiej inteligencji; po czwarte - skłania się zdecydowanie bardziej do poufnej, ukrytej rozmowy z Boskim Oblubieńcem, niż do teatralnych, stadionowych występów publicznych, które wywabiać by mogły duszę z jej miłosnej izdebki, odzierając modlitwę z koniecznej pokory i skromności. To przecież takie naturalne. Dwójka, zakochanych w sobie ludzi, za wszelką cenę unika wystawiania na widok ludzki wzajemnej, serdecznej bliskości. To samo zazdrosne i zarazem wstydliwe pragnienie dyskrecji, ogarnia Boga i duszę w chwili zjednoczenia; po piąte - dusza zjednoczona raduje się zawsze w Bogu, także w chwilach ucisku, Krzyża, przeciwności, nigdy nie ulegając smutkowi, który jest trucizną wiary; po szóste - posiada w sobie wolność dziecka Bożego, z nadprzyrodzonym dystansem traktując opinię ludzką lub zmienne prądy myślowe oraz ideologie tej albo innej epoki. Bóg się nie zmienia. wszystko inne przeminie jak wiatr; po siódme wreszcie - mówi o Bogu z obfitości serca, a nie z wyuczonej na pamięć książki. To skutecznie porusza i zaraża do życia Bożego tych, którzy takie świadectwo przyjmują. Jeśli w duszy człowieka widać komplet siedmiu znaków, wolno wówczas twierdzić: oto mistyk - człowiek naprawdę wolny, który kroczy ku Stwórcy drogą doskonałych.
   Wolność jest dla dusz zjednoczonych największą motywacją życia i działania. To dla tej przyczyny dojrzały chrześcijanin zawsze mówi sobie: warto! Przemierzyć czasem ciernisty szlak wewnętrzny z zaciśniętymi zębami. Obumrzeć skutecznie dla pychy. Przekroczyć granice naturalnych możliwości. Zaryzykować - wbrew świeckiej mentalności tych przyziemnych czasów - prawdziwą przygodę życia z Bogiem. Czekać cierpliwie, wzrastać w ukryciu i jako wieniec zwycięzcy nałożyć sobie intymną wolność duszy, zjednoczonej z Panem historii i czasu. Dla umocnienia aż takiej motywacji, wspomniany już Tomasz z Akwinu nauczał: "Dziećmi Bożymi kieruje Duch Święty nie jak niewolnikami, lecz jak stworzeniami wolnymi. Duch Święty rzeczywiście każe nam działać, pociągając naszą wolną wolę do chcenia, gdy daje nam miłość do Boga i skłania nas do działania z miłości ku Niemu, a nie ze służalczej bojaźni" (Św. Tomasz z Akwinu, Komentarz do Listu Św. Pawła Apostoła do Rzymian, rozdz. VIII, punkt 16). Warto wreszcie żyć z obfitości!
   Wiem, że każdy z nas łatwo mógłby wskazać tę świątynię, którą kocha i w której dobrze jest mu się modlić, milczeć lub spowiadać. Nasze ukochane kościoły - te od dziecka, od Chrztu Świętego lub od chwili nawrócenia. Ja też mam taką świątynię. W samym centrum mławskiego rynku stoi neobarokowy kościół Trójcy Świętej. Pierwszy jego kształt powstał już w 1477 roku. Potem mój kościół spłonął i wysiłkiem wiary odbudowano go w roku 1712. Zresztą płonął nie jeden raz, dlatego dziś próżno szukać w nim spójnego stylu sakralnej architektury. Ale mój kościół ma ducha, a jest nim dla mnie osobiście niewyobrażalnie piękny obraz Trójcy Świętej, umieszczony w centrum głównego ołtarza świątyni. Od dziecka - dzień po dniu, niedziela po niedzieli - widziałem, jak Bóg Ojciec trzyma w ramionach Krzyż swojego Syna, mocą Ducha Świętego składając jakby powoli Ciało Zbawiciela w dół, na wyrzeźbionym kunsztownie ołtarzu, nad którym kapłan unosi właśnie kielich w chwili konsekracji. Trójca Święta wypełnia kielich obfitością odkupienia...

środa, 24 czerwca 2015

Mocni zawodnicy...

   Było to już ładnych parę lat temu. Wraz z grupą kilkunastu księży z Polski, przeżywaliśmy prawie dwutygodniowy, tak zwany kurs formacyjny w pięknie położonym ośrodku Opus Dei, blisko Mińska Mazowieckiego. Czas kursu został podzielony pomiędzy wspólną i osobistą modlitwę, studium, pracę intelektualną, ciekawe spotkania, sport i odpoczynek. Wszystko po to, by księża, z reguły pochłonięci aktywną służbą dla innych, mogli również coś przemyśleć dla siebie, zapoznać się z najbardziej aktualnymi problemami teologii, filozofii, czy życia społecznego, a wreszcie nieco wypocząć. W programie kursu, jak zawsze, znalazł się również dzień skupienia oraz propozycja jednodniowej wycieczki, którą sami mieliśmy sobie zaplanować. Oczywiście, pojawiły się różne koncepcje marszruty. Doskwierał letni upał. Jedni więc proponowali załatwić sprawę wycieczki jak najłagodniej i zwiedzić pobliską Warszawę. Taki projekt byłby przyjemny i nikogo z nas nie kosztowałby żadnego wysiłku więcej. Jedynie ksiądz Marcin - myślę, że najstarszy z nas, więc z prawem do realnego zmęczenia - nastawał w dyskusji z uporem, by nie odpuszczać i wybrać się na wschodnią stronę Polski, z odwiedzinami do jednego z klauzurowych klasztorów, leżącego w odległym setki kilometrów Kodniu. W korytarzu od rana trwała gorąca debata - w którym z kierunków wyruszyć? Jedni za odpoczynkiem, drudzy za solidną wycieczką. Wśród dyskutujących prawdziwą kampanię na rzecz wyczerpującego lecz ciekawego projektu wyprawy kodeńskiej prowadził niestrudzony ksiądz Marcin. Pamiętam do dziś, jak w pewnej chwili podszedł w moją stronę prowadzący kurs ksiądz Stefan, klepnął mnie po ramieniu i w charakterystyczny dla siebie, krótki lecz tłumaczący wszystko sposób, wskazując na księdza Marcina, rzucił jedno zdanie: patrz, to jest mocny zawodnik...
   Rzadko mówi się dziś o tym, ale wciąż faktem jest, iż ta sama wiara, która proponuje ludziom pokój, miłość, bliskość albo odpocznienie, domaga się również poważnej konsekwencji. Pamiętam znakomicie z Polski dziesiątki już rekolekcji, piosenek szarpanych na gitarze, medytacji przy wygaszonym świetle w świątyni lub sentymentalnych homilii, w których natchniony kaznodzieja, wyciszonym głosem, zapadającym w głębię serc wzruszonych gimnazjalistek, szeptał: przytul się do Jezusa...Przyznam, że w takich chwilach, wracało do mnie krótkie zdanie, jakie jeden raz tylko w swym życiu John Henry Newman dedykował ostrzegawczo swemu rozmówcy, księciu Norfolk, mówiąc: spodziewam się, że nadejdzie kiedyś chrześcijaństwo łatwe, lekkie i przyjemne...na szczęście wiele animuszu dodała mi lektura tekstów księdza Jana Kaczkowskiego, który w jakimś fragmencie, w charakterystyczny dla siebie, odważny, a nawet prowokacyjny sposób, wykrzyknął: Jezus nie jest pluszakiem!
   W porannym czytaniu z poniedziałkowej jutrzni czwartego tygodnia brewiarza, umieszczony został, choć bez ciekawego kontekstu, poruszający fragment Księgi Judyty, stanowiący zakończenie oraz istotę przemowy, którą ta dzielna kobieta skierowała do wahających się, wątpiących i upadających na duchu Chabrisa i Charmisa, dwóch starszych ludu w jej mieście. Judyta rzekła wówczas: "Przypomnijcie sobie to wszystko, co Bóg uczynił z Abrahamem, i jak doświadczył Izaaka, i co spotkało Jakuba w Mezopotamii syryjskiej, gdy pasł trzody Labana, brata jego matki. Albowiem jak niegdyś doświadczył ich w ogniu, wystawiając na próbę ich serca, tak i teraz nas nie ukarał, lecz chłoszcze Pan tych, którzy zbliżają się do Niego, aby się opamiętali" (Jdt, 8, 26-27). Jak się wydaje, w perspektywie innych form i tłumaczeń, a także niektórych badań biblijnych i komentarzy, owo "opamiętanie" nie dotyczy jedynie wątku moralnego. Nie chodzi więc o to, że ktoś grzeszył, wzbudził Boży gniew i teraz Pan wszechmocny, za pomocą chłosty, wzywa upadłego człowieka, by powstał. Porządek jest odwrotny. Bóg przepowiada opamiętanie, by zapobiec, a nie by piętnować skutki. Dlatego nie mówi się tu o problemie diagnozy upadku moralnego i konsekwentnej karze lecz o miłosiernej profilaktyce Stwórcy. Słowo "opamiętać" w tym fragmencie Księgi Judyty, bardziej sugeruje przestrogę, czyli solidne rozważenie, znak zapytania, jaki Bóg chciałby skierować w stronę człowieka: czy wiesz, co robisz? Po co zbliżasz się do mnie? Z jakim zamiarem przekraczasz granicę Bożego życia? Czy dotrzymasz potem swojego wyboru?
   I słusznie, ponieważ w ludzkim życiu co rusz to napotyka się jakby dwa rodzaje wartości. Jedne z nich mają charakter ziemski i stąd nigdy nie będą naznaczone wieczną konsekwencją. Każda decyzja doczesna: zakup domu, wybór pracy, dzień trudnej operacji czy wyjazd na emigrację, doczeka się w końcu kiedyś swego, ziemskiego finału. Dlatego doczesne błędy mogą boleć, jednak nigdy nie prowadzą do rozpaczy. I doczesne sukcesy mogą cieszyć, tak samo jednak nigdy nie nasycą w pełni - euforia przemija. Bywa tymczasem, że człowiek w końcu wkracza kiedyś w przestrzeń wartości Bożych, które przeciwnie - mieć będą konsekwencje na wieki. Stąd o ile zwykły namysł i rozsądek winien towarzyszyć nam przed podjęciem każdej decyzji doczesnej, o tyle - posługując się językiem dzielnej Judyty - prawdziwe opamiętanie, przestroga rozumu, serca i sumienia, musi uprzedzać każdy absolutny wybór, jaki może nastąpić w naszym życiu. Ten bowiem, kto zbliża się do wartości Bożych, dla swojego dobra, powinien uznać wcześniej powagę ich absolutnej konsekwencji.
   Bóg domaga się i zarazem strzeże poszanowania wobec wartości absolutnych na poziomie porządku łaski, porządku prawdy i porządku miłości. Dlatego właśnie każde, poważne i trwałe wkroczenie człowieka w obszar tych trzech porządków, będzie miało swój konsekwentnie absolutny charakter. Porządek łaski przechowuje Bóg w naczyniach sakramentów. Nie da się więc przyjąć Chrztu Świętego na próbę, na moment, na kilka lat. W prawdzie zapis o udzieleniu pierwszego z sakramentów, na żądanie delikwenta, można wymazać z parafialnej księgi lecz Bóg zawsze będzie już widział odciśniętą w człowieku ochrzczonym pieczęć odkupienia. Myśl więc, co robisz, gdy pragniesz przyjąć Chrzest. Konsekwencje tego będą trwać na wieki. Porządek prawdy chroni Bóg w przekazie autentycznej doktryny. Nie jest tym samym obojętne, kto w co wierzy, na ile zmaga się z ignorancją lub jak skuteczna jest w przekazie chrześcijańska katecheza. Myśl, jaką książkę stawiasz na swej półce i co przyjmujesz za najwyższy argument w życiu. Konsekwencje tego będą trwać na wieki. Wreszcie porządek miłości konserwuje Bóg w powołaniu: do małżeństwa, kapłaństwa lub życia konsekrowanego. Autentyczne powołanie tylko raz spotyka człowieka. Nikt, kto trwoni powołanie w bezmyślny sposób, nie posiada szczęścia. Konsekwencje tego będą trwać na wieki. Dla tych motywów angażowanie się w wybór spraw doczesnych wymaga jedynie odrobiny sprytu, inteligencji lub smaku. Nie wystarczą jednak już one w chwili wejścia w krajobraz wartości absolutnych, których konserwacja to współpraca w duszy ludzkiej stanowczych, konsekwentnych dyspozycji woli, rozumu i serca.
   Chwilami ośmielam się przypuszczać, że w dużej mierze, dyskutowany dziś na wiele sposobów kryzys chrześcijańskiej ekspansji apostolskiej, to wynik braku uświadomienia sobie konsekwencji w wierze. Trudno powiedzieć jak doszło do zamiany porządków. Człowiek współczesny, a zarazem współczesny chrześcijanin odwrócił rzeczywistość jakby do góry nogami i tam, gdzie znajdowały się wymagania konieczne do uporządkowania spraw tylko doczesnych, ustawił dyspozycje absolutne. I odwrotnie. Wie zatem, jak w pewny sposób zrobić zakupy w markecie i nieomylnie zainwestować na giełdzie, by absolutnie nie stracić nic. Zapomniał jakby jednocześnie, jak wzrastać wewnętrznie, traktując z drażniąca lekkością odwieczne sprawy Boże. Tymczasem przecież niewiele to zmienia, gdy kupi się w sklepie zbyt ciasne obuwie - co najwyżej tydzień bolą nas odciski. Wieczność zaś tracić może ten, kto roztrwoni łaskę, zakłamuje prawdę lub lekceważy miłość. Długo rozmyślałem, wychodząc z Centrum Formacji Misyjnej, po dobrej rozmowie z doświadczonym misjonarzem, księdzem Janem. Bo w mojej, misyjnej, urugwajskiej diecezji, przygotowanie do Chrztu Świętego to zaledwie dwa, krótkie spotkania. Do tego chrzestnym może być każdy, kogo kiedyś tam przyniesiono do Chrztu. Ksiądz Jan opowiedział mi natomiast, że większą część swej piętnastoletniej, misyjnej pracy w Burkina Faso, poświęcał na dobre prowadzenie katechumenatu. Program przygotowania do Chrztu w jego, misyjnej diecezji, rozłożony był na trzy lata. Być może dlatego Afryka biegnie dziś ku Bogu, podczas gdy Urugwaj niezdolny jest utrzymać się na nogach?
   Przygotowując się do kolejnych zajęć w seminarium, czytałem znakomity komentarz autorstwa Orygenesa, w którym antyczny mędrzec wyjaśnia naturę relacji między Bogiem a duszą, która pragnie w Niego wierzyć. Orygenes znał i cytował w swej homilii chrzcielnej jakiś fragment Ewangelii, który nie zachował się do naszych czasów. Aleksandryjski teolog relacjonuje ten zaginiony tekst w następujących słowach: "Ktokolwiek jest blisko mnie - powiedział Jezus - jest blisko ognia". Kto więc nie chce się poparzyć, niech lepiej nie podchodzi - wytłumaczyć nam chciała Judyta.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Palec Boży. Droga postępujących...

   We wstępie tego rozważania na życzenie, poświęconego tym razem drugiemu z etapów życia wewnętrznego, pragnę zaznaczyć, iż medytacje te nie są wyczerpującym temat traktatem lecz bardziej krótką wariacją, pejzażem, szkicem - z praktycznym i zawsze aktualnym odniesieniem. Jednakże warto odnotować tu pewien paradoks życia duchowego! Bo aby wyczerpująco opisać każdą, z trzech dróg wznoszących duszę ku Bogu, należałoby poświęcić temu wyzwaniu zaiste tomy studiów i opracowań. To fakt - lecz jednocześnie, aby intuicyjnie przyswoić sobie to, o czym jest mowa, istocie wierzącej szczerze wystarczy jedna chwila refleksji umysłu, zgody sumienia i przyzwolenia woli, aby już stosować streszczone tu zasady w praktyce. Oto istotnie porywający paradoks wiary.
   Drugi etap życia duchowego nazywany jest - przy zastosowaniu klasycznego podziału - czasem oświecenia albo drogą postępujących. Symboliką tego etapu będą przede wszystkim noc i dzień, światłość i ciemności. Chciałbym więc najpierw odwołać się znów do pewnego wspomnienia. Jeden, jedyny raz w życiu, miałem okazję odbyć wspaniałą wyprawę do położonego w interiorze irlandzkim, w hrabstwie Meath, antycznego grobowca o nazwie Newgrange. Co budzi respekt, to fakt, że prehistoryczne cmentarzysko znad rzeki Boyne, powstało gdzieś na wysokości roku 3200 przed Chrystusem. Jest więc starsze od Wielkiej Piramidy w Gizie i zapewne bardziej wiekowe niż osławione Stonehenge. Nasyp mogiły ma około 90 metrów szerokości i 11 metrów wysokości. Jest owalny. W pewnym miejscu turysta napotyka wejście do grobowca, wraz z 19 metrowym korytarzem, który poprowadził nas w głąb, w miejsce składania kości, w ciemność. Samo wejście do Newgrange jest tak skonstruowane, iż nad górnym progiem dołączona została jeszcze jedna półka. Po co? Otóż raz do roku, bo tak ustawiona jest cała konstrukcja wejścia, dokładnie w dniu przejścia pory jesiennej w zimę, o godzinie 8.58 rano - jeśli chmury nie przesłonią zjawiska - do grobowca wpełza promień słońca i przebija śmiertelne ciemności. Mieszkańcy Newgrange wierzyli, że właśnie tego dnia, bóstwo słoneczne zabiera zmarłych z cmentarzyska, przenosząc ich z krainy cienia do wiecznej światłości.
   W Newgrange co roku trwają zapisy na poranek dnia, w którym przypada przesilenie jesieni i zimy i grupa 10 szczęściarzy z całego świata - bo tylko taka liczba osób mieści się w korytarzu mogiły - modli się o to, by nie było chmur, by nie padał deszcz, by zobaczyć na własne oczy misterium dwóch, odwiecznych żywiołów: światła i ciemności. Przeciętni zaś turyści, czyli choćby ja, mogą wykupić bilet za odpowiednią sumę, odstać swoje w kilometrowej kolejce i codziennie przeżyć to samo, za pomocą elektronicznej stymulacji. Tamtego dnia nie zapomnę jednak nigdy. Jak często w Irlandii padał wtedy deszcz. Przewodnik wprowadził nas w końcu wąskim korytarzem w głąb antycznego grobowca. Po udzieleniu instrukcji nagle zgasło światło i zapadła całkowita cisza. Wszyscy przepadli gdzieś w odmętach cienia. Ja sam przestałem liczyć swój oddech. Ciemność jakby połknęła nas w jednej chwili, na zawsze. Wówczas przystąpiono do eksperymentu. Nagle, ponad progiem wejścia do mogiły, pojawił się najpierw niewielki płomień światła, który rósł, dojrzewał i potężniał, przemierzając po kilku sekundach przestrzeń korytarza. Właściwie nie był to płomień lecz palec światła, jakby palec Boży, który wpełzł na kilka sekund do wnętrza, zatrzymał się na moment u naszych stóp, trwał chwilę i w takim samym odstępie czasowym wycofał się na zewnątrz. Zjawisko miało swój potężny ciężar duchowy. Byłem do głębi poruszony mistycznością eksperymentu.
   Wielu z nas nie pojmuje dlaczego Bóg oświeca duszę, szukającą uczciwie jedności z Nim, posługując się woalem wewnętrznych ciemności. Rzeczywiście, od ludzkiej strony wygląda to tak, jakby światło wiedzy zbawiennej przychodziło do nas przez zazdrosny korytarz cienia. Bywa, że inni przyjmują to za wyzwanie i buntując się, zaprzestają wzrostu w wierze, kwestionując nawet dobroć Boga. Jakoby miał On sobie zaprzeczać, z jednej strony prowadząc, wyjaśniając, pogłębiając - z drugiej jednak strony kryjąc się, zamraczając i ocieniając duszę, która szuka. To jednak tylko ludzkie złudzenie, które czasem można by uzasadnić, odwołując się do czysto doczesnych odniesień. O to bowiem kiedy ktoś budzi się ze snu i otwiera oczy, przez kilka sekund - mimo rześkiego blasku poranka - nie dostrzega nic. Kiedy indziej, gdy podróżnik odkrywa nowe ziemie, nie są one dla niego wcale zagrożeniem. To brak precyzyjnej mapy terenu prowokuje czasem godziny zwłoki, pomyłek, zbłądzeń i powrotów do właściwej strefy. Jeszcze w innej chwili, ucząc się nowego, obcego języka, nie wypada mówić od razu, iż jest on bełkotem. To tylko my na początku nie odróżniamy słów. Mowa ma jednak zawsze swoje piękno, które w stosownym czasie odkrywa się w końcu poprzez osłuchanie. Choć porównanie nie jest nigdy argumentem, to jednak wolno nam w końcu powiedzieć, że w podobny sposób i Bóg nie ma niczego wspólnego z ciemnością. Stwórca nie bawi się cieniem, próbując lub ważąc, jakie znaczenia ma dla nas wydarcie Mu tej odrobiny światła. Nie! Bóg sam jest tylko Światłością, Wiedzą, Obecnością, a to, że w chwili przekroczenia granicy światów, zapada w nas ciemność, jest jedynie konsekwencją gigantycznej, egzystencjalnej zmiany. Życie wewnętrzne chrześcijan polega w istocie na przejściu - najprościej mówiąc - z terenu ludzkiego, na terytorium Boga. Od wartości ludzkich, do wartości Bożych. Od możliwości, zdolności i limitów ludzkich - do tych boskich. To Bóg przyjmuje człowieka w siebie, nie odwrotnie. Dla tej przyczyny postęp duchowy jest szokiem, nazywanym niekiedy w języku mistyki: ciemnością ducha, w jądrze której dokonuje się prawdziwe oświecenie.
    Co jest celem oświecenia nas przez wstrząs duchowych ciemności? Tylko Bóg zna pełne możliwości swojego stworzenia. On wie, ile wartości, dobra i twórczości można w tym życiu z nas wydobyć. Ułomny człowiek kocha - więc zazwyczaj usprawiedliwia wymówkami, zamykając tym samym pełen horyzont miłości. Doskonały Bóg kocha - zatem nie boi się wymagać, by wydobyć z duszy pełnię jej umiłowania. Można by więc w życiu wiary pozostać z urazą do kogoś, pokrywając ją jedynie pozorną powłoką dyplomatycznego znaku pokoju. Ale można jednocześnie dojść do miłości nieprzyjaciół, która jest zarazem ciemnością uczuć i szczytem możliwości ludzkiego serca. Można by dalej modlić się, odmawiając co dnia te same, pobożne regułki, mierząc własną doskonałość perfekcyjnym zegarem dewocji. Ale warto przecież smakować kontemplacji, która jest jednocześnie wygaszeniem wzniosłych słów, uczuć i myśli, będąc szczytem modlitwy człowieka. I można by wreszcie spowiadać się tylko z zewnętrznych uczynków. Ale przecież kiedyś trzeba się nawrócić, w pewnym sensie trwożąc się przepaścią własnych żądz, intencji i przywiązań, w tej trwodze dosięgając do Prawdy, która jest zarazem Wolnością. Oświecenie to zmiana terytorium, języka i warunków istnienia: z ludzkich na Boskie. Dlatego zawsze przebiega w ciemnościach, które są cechą człowieka, nie Boga.
   Boję się więc, iż przy współczesnym, niefortunnym i bardzo niedojrzałym przekomponowaniu formacji duchowej chrześcijan w tanią psychologizację, realnie jawi się ogromne niebezpieczeństwo przegapienia momentu oświecenia. Świat bowiem podsunął chrześcijanom pewne wynalazki, za pomocą których można latami utwierdzać się w trwaniu na czysto ludzkim terytorium działania, bycia i poznawania. Obawiam się, że współcześnie wielu przewodników duchowych może bezwiednie zapóźniać dusze postępujących, odwlekając w nieskończoność przekroczenie granic Bożego świata - o co w istocie chodzi w życiu wiary - i krepując tym samym pełne rozwinięcie duchowych możliwości człowieka. Nie pojmuję czasem, skąd dziś w Kościele bierze się ta cała fala czysto ludzkich interwencji w wybitnie Boży proces przeobrażenia się osoby ludzkiej? I nie rozumiem, dlaczego dziś tak wielu upiera się, by ludzi w Kościele tylko uzdrawiać i terapeutyzować. Moim zdaniem w ten sposób wylewa się dziecko z kąpielą. Chcąc pomóc - zamyka się najszersze horyzonty wzrostu. Psychologia nie ma przecież pełnej wiedzy o człowieku. To, co jest w stanie poznać psychologia, to zaledwie trzydzieści procent ludzkiej osobowości. Resztę stanowi antropologia, etyka i duchowość. Notoryczne dziś popychanie wszystkich chrześcijan ku uzdrawianiu ich wspomnień, wyzwalaniu od wyimaginowanych czasem demonów i natarczywym terapeutyzowaniu przeszłości, niestety bardzo często kończy się niedorozwojem duchowym ludzi. Nie wszystko, co trudne, wymagające lub skarlałe w nas, natychmiast trzeba uzdrawiać. To bowiem, co wyrzucają dziś z człowieka na siłę rozliczne modlitwy uzdrawiające i terapie, jest w dużej mierze wybitną, duchową potencją, czyli materiałem sposobnym do przekroczenia progu oświecenia. W krzyżu jest palec Boży. A co odpowie psychologia, jeśli dla kogoś życiowe zranienie stanie się powodem wzrostu w pokorze? A co, jeśli wielki pokuszenie wyzwala w duszy absolutne zaufanie do Bożej Opatrzności? A co wreszcie, jeśli ktoś nie mogąc ni słowa wypowiedzieć o sobie, modlić się, klaskać lub śpiewać, zakosztuje w końcu radości i pokoju kontemplacji? Szkoda byłoby widzieć po latach w Kościele chrześcijan pouzdrawianych perfekcyjnie ze wszystkiego lecz zarazem niedorozwiniętych w przestrzeni ducha - chrześcijan, którzy nigdy nie przekroczyli linii demarkacyjnej prawdziwie Bożego świata.
   Kontynuując w tych dniach osobistą lekturę duchową, jakby na potwierdzenie powyższej intuicji, natknąłem się na następujący jej fragment: "Chrześcijanin nie uświęca się pomimo wydarzeń i okoliczności, które są bolesne i niesprzyjające - pisze hiszpański ksiądz Francisco Carvajal - ale właśnie przez nie. Takie sytuacje mogą mieć szczególne znaczenie dla wzrastania w miłości krzyża, która jest niezbędną drogą do postępowania naprzód w życiu nadprzyrodzonym, a także w akceptacji i umiłowaniu woli Bożej, która nie zawsze zbiega się z tym, czego byśmy pragnęli. Życie wiarą przejawia się też w obcowaniu z Panem w Najświętszej Eucharystii, w modlitwie prośby, w relacjach z Aniołami Stróżami, w liczeniu na pomoc, której udziela nam Bóg w trudnych sytuacjach". (Francisco F. Carvajal, Dotrzeć do portu. Znaczenie kierownictwa duchowego, s. 191). Żeby tylko nie usunąć niefrasobliwie i przedwcześnie ciężaru tych ciążących zjawisk, które w psychologizacji określa się chłodnym mianem deficytu, a w świetle życia łaski stanowią one najbardziej zwyczajny i jednocześnie najbardziej skuteczny motyw do przebóstwiania ograniczeń ludzkiej natury.
   Dawno już temu, bo przed laty, siedziałem w pokoju mojego Profesora na Rakowieckiej, przygotowując wstępny plan rozprawy specjalizacyjnej. Ojciec Marek jest dla mnie mędrcem i autorytetem. Pamiętam, jak zapytałem Go wówczas: proszę Ojca, ile to musi mieć stron? Jakieś trzysta? Profesor, w charakterystyczny dla siebie sposób, stęknął, westchnął i tamtego dnia usłyszałem z Jego ust jakby cichy szept: a kto by to czytał? Sto...Uspokojony - zacząłem więc pisać. A potem z rosnącym zdziwieniem obserwowałem, jak ze spotkania na spotkanie Profesor podnosi poprzeczkę. Rośnie liczba rozdziałów, paragrafów, tłumaczeń i przypisów, w efekcie końcowym zdecydowanie przekraczając pechowe, mroczne, przewidywane z lękiem na wstępie, trzysta stronic. Gdybym to wiedział na początku, nigdy nie postawiłbym w tekście żadnego, pierwszego znaku. Bóg jest mądrym Profesorem. Dlatego istotą etapu oświecenia jest wydobycie z człowieka jego największych możliwości, których ludzka logika, psychologia lub filozofia, czasem zwyczajnie nie docenia.