sobota, 3 października 2015

Coming - out. Znacząca część kleru...

   Na pustyni wewnętrznej, na której przyszło mi żyć od ponad roku, nie łatwo jest znaleźć krzepiący ducha pokarm. Dlatego od dłuższego czasu z lubością wsłuchuję się - w emitowane przez międzynarodową stację katolicką EWTN - krótkie komentarze do życia kapłańskiego, jakie regularnie wygłasza w niej sędziwy kardynał Julián Herranz. Dziś mądry hierarcha przez kilka minut mówił o tym, że ksiądz nie jest maszyną do wykonywania czynności duszpasterskich, że tak się żyć w sutannie nie da i że dobry ksiądz wie, co to znaczy kochać. Miłość jest inspiracją duszpasterza i chroni go od nudy, smutku, zniechęcenia. Ksiądz często bowiem przebywa w obecności Jezusa eucharystycznego, któremu zawierza wszystko. Chodzi więc regularnie przed tabernakulum i prostym językiem codziennego życia, opowiada szczerze Panu o problemach i radościach, o wyzwaniach i porażkach. Obcowanie księdza z tabernakulum napełnia go miłością. Nie można bowiem być księdzem i nie umieć kochać. Jako prosty i znany przykład kardynał Herranz wskazał Jana Marię Vianney'a, który w programie swojego aktywnego życia ustawił konkretną godzinę rozmowy z Jezusem u stóp Najświętszego Sakramentu. I dzięki temu kochał. Wysłuchałem tej konferencji i umocniony wyłączyłem telewizor. A potem jak co tydzień uruchomiłem internet, aby odczytać wiadomości z Polski - wszak dobry misjonarz to również wierny patriota. I nagle uciekło gdzieś łagodne skupienie. Sieć tego dnia krzyczała o innej zgoła formie kapłańskiej miłości. Wszystkie portale internetowe - te pobożne ze zgorszeniem, te libertyńskie zaś z rozkoszą - wyświetlały szczupłą twarz księdza prałata Krzysztofa Charamsy, który z pianą w kącikach ust, z drżącymi dłońmi, w sztucznym, żenującym, banalnie kaznodziejskim uniesieniu, wyszedł z jakiejś szafy, by wyznać światu: "jestem gejem".
   Właściwie sądzę, że należałoby tę wstydliwą histerię biednego człowieka przemilczeć w poczuciu godności. I tak zrobiłbym, gdybym nie otrzymał już tego samego dnia kilku maili od moich Przyjaciół, rozbitych wewnętrznie przez medialną potańcówkę. Napisali do mnie Przyjaciele - księża z Polski, kolejny raz niesłusznie obrażani. Napisali też do mnie Przyjaciele - świeccy katolicy, których znów niechodzący do kościoła sąsiedzi zaczęli wytykać zza płotu palcami. Naprawdę przemilczałbym to jeszcze, gdyby ten rozbity człowiek w koloratce i mój brat w kapłaństwie nie powiedział trzech rzeczy: że to, co robi, kojarzy mu się z kapłańską wolnością; że odkąd zakochał się w innym geju, to mówi lepsze kazania; i że znacząca cześć kleru to homoseksualiści. Dość! Nie wiem, co miał na myśli ksiądz prałat, cedząc słowo: "znacząca" - czy chodziło mu o ilość, czy może o znaczenie na szczeblach kościelnej hierarchii? Nie wiem, nie jestem i nie będę nigdy prałatem, nie wykładam na dwóch, papieskich uczelniach, nie czuję się też na szczęście prominentnym funkcjonariuszem Kościoła - ale nad księdzem Charamsą mam jedną przewagę. Moje kapłańskie życie od piętnastu lat nie polega na siedzeniu za biurkiem. Być może to z poziomu swojej oficyny w watykańskiej kongregacji ksiądz prałat nabawił się przekonania o chorobliwym stanie znaczącej części kleru. Współczuję tylko takiej perspektywy lecz dziękuję Bogu, że w ciągu tych kilku lat dane mi było poznać duchownych wzdłuż i wszerz całej mapy świata: od Dublina, przez Mazowsze, aż po Buenos Aires. Nie jestem więc byłym sekretarzem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, ale moja statystyka duchownych jest zupełnie inna.
   Bo ta znacząca część kleru to zwykli księża. Tak o nich i do nich z szacunkiem zwracają się wierzący ludzie. Księża biorą się z tej ziemi, mówią ludzkim językiem i noszą na sobie stygmat ludzkich ułomności. Bywają więc bardziej inteligentni, uduchowieni, błyskotliwi, co tłumy za sobą porywają ku Bogu. Bywają wśród nich też i tacy, którzy dobrze remontują dachy na kościołach - pewnie i jednych i drugich Bóg jakoś wykorzysta. Ci zwykli księża stronią od kariery. Wieczorami, zmęczeni mówią w skupieni brewiarz i samotni gaszą nocną lampkę na stoliku. Tylko nieznacząca część z nich ugania się za byle tytułem, wygląda łaski polityków lub szuka dla siebie zysku.
     I znacząca część tego kleru wolność zdobywa w szrankach duchowego rozeznania. Mają na to czas przez sześć lat solidnej formacji duchowej, duszpasterskiej, ludzkiej, umysłowej. Ilu z nich nocami idzie do kaplicy, by z konsekwentną pokorą pytać Boga o drogę? Potem dojrzewają szybko. Nie są bezmyślni. Upadają i powstają, namiętnie kochają świat, dla tego jednego wezwania radykalnie oddając wszystko. Tylko kilku z nich to hipokryci, co podwójne życie szminkują kolorem błazeńskiej ideologii.
    Ta znacząca część kleru to czasem też wybitni naukowcy. Są wśród nich tacy, co całą Biblię poznali na pamięć. Prowadzić by mogli z sukcesem najbardziej ryzykowne dysputy filozoficzne, w zaciekle ateistycznych akademiach świata. Lecz posłuszni Katechizmowi po nocach piszą kolejne artykuły, pchając pod górkę nadprzyrodzoną świadomość na dobre zeświecczonej dziś kultury. Tylko nieliczni wśród nich to sensaci, którzy tworzą coś po to, by zabłysnąć i którzy - zamiast uczyć studentów odwiecznej mądrości - gorszą nieoświeconych.
      Potem znacząca część kleru, to dzisiaj też ci, którzy zrozumieli, za co pokutuje Benedykt XVI. To oni nad życie kochają Matkę Kościół, gotowi za prawdę oddać swoje życie. Przez lata nie mogli się pogodzić, że ktoś w Rzymie blokuje proces oczyszczania seminariów, przemyślane dokumenty Ratzingera upychając szpicem buta do przepastnej szuflady. Że ktoś nie chce reformy struktur kurialnych, a służbę w Kościele rozmienia na tanią giełdę posłusznych sobie, lawendowych wasali. Nie ma ich zbyt wielu, za to nigdy nie czytają oni Ewangelii, broniąc zaciekle kościelnego feudalizmu, utopijnego klerykalizmu, wygodnego życia i grubego  stołu. Dziś wiele spraw stanęło w innym świetle. 
   Jeszcze znacząca część kleru to mistrzowie życia duchowego. Ci z kolei godzinami w konfesjonałach czekają na człowieka. A potem w jednej chwili - z dramatycznej bryły ludzkiego żywota - potrafią wydobyć kształt, błysk, jakby mistyczny refleks nawrócenia. Tacy głoszą nam głębokie rekolekcje. Odprawiają w skupieniu Eucharystię. Czasem ktoś nigdy nie chodził na katechizm, lecz zobaczy w kościele księdza na modlitwie - to wystarczy za całą naukę. Tylko kilku wśród nich to religijni iluzjoniści, płytcy gracze, magicy, którzy charyzmat mylą z nadmuchanym balonem.
    Bardzo znacząca część kleru to również misjonarze. Bywa, że w zupełnie dojrzałym wieku przyjdzie do serca księdza jakieś wzruszenie, bo na końcu świata ludzie Boga jeszcze nie znają. I spakuje taki swój plecak, jadąc przed siebie i nie wiedząc, na jakim to lotnisku zakończyć się może wędrówka. A potem są miesiące samotności, lata tropikalnych chorób i całe życie tęsknoty za bliskimi, przyjaciółmi, krajem, polskim hymnem i pieśniami z kościoła, śpiewanymi w rodzimym języku. Tylko niewielu pośród nich to poszukiwacze przygód, złaknieni egzotyki chłoptasie, co talenty i pieniądze rozgonią po świecie, biegnąc we mgle nie wiadomo za czym.
   Wreszcie znacząca część kleru to księża emeryci. Widać ich na ulicach polskich miast, gdy zwolnionym krokiem, w sutannie i z laską w ręku, spacerują sobie długimi godzinami ze wzrokiem gdzieś już utkwionym poza horyzont tej ziemi. Czasem ktoś zaczepi ich w rozmowie, pozdrowi, Imię Pańskie pochwali. A oni już wiedzą wszystko z nazwiska, z adresu, z kolędy, z kartoteki - przecież w tym kościele na rynku przez lata chrzcili wam dzieci, dłonie wiązali do ślubu i psalmy śpiewali na pogrzebach. Wśród księży emerytów tylko kilku służyło komunistom.
     Jestem więc boleśnie zdumiony. Nigdy z okna mojej plebanii nie miałem takiego widoku, jakim epatować nas zamierzył ksiądz prałat Krzysztof Charamsa, zapatrzony zza swego biurka w chimerę, upiora, czy światową fantasmagorię. Dziadek nauczył mnie kultury i męskości. Inspiracji do kazań szukam w Ewangelii. Kocham i od kilku już dobrych lat jestem naprawdę wolnym człowiekiem. Nie mogę też uważać siebie za znaczącą część kleru, być może dlatego każdego dnia dziękować nie przestaję Bogu za kilku wspaniałych Ludzi w sutannach, którzy obdarzyć mnie chcieli swą przyjaźnią. To dzięki nim wciąż jednakowo wierzę, nikomu nigdy nie włażąc do szafy.   
   Od piętnastu lat, w każdym zakątku świata, układam sobie taką statystykę kleru. Chciałbym ją dziś podliczyć. Zrobić sobie własny coming-out. Opublikować, nie wychodząc wcale z szafy, by wskoczyć zaraz do alkowy. Ksiądz prałat jest teoretycznie teologiem, więc chyba wie, że jedną z przerażających kar biblijnych jest ta, gdy Bóg człowiekowi rozum odbiera. Ja z kolei już rozumiem, że w kapłaństwie bracia są niespodzianką Boga. Rodziny się nie wybiera, jak dobrać sobie można by partnera gorszącego wszystkich spektaklu. Na szczęście papież Franciszek uczy nas wytrwale, że Kościół współczesny to szpital. A w każdej, dobrej klinice są jej różne oddziały: izba przyjęć czy wypisów, kardiologia, psychiatria, patologia, neurologia, rehabilitacja, wreszcie oddział intensywnej terapii. Modlę się więc cierpliwie i czekam, kiedy i na które piętro zawiozą przeżutego przez media i wyplutego przez kochanka księdza prałata. Już nie prominentnego funkcjonariusza watykańskich dykasterii, ani wymownego wykładowcę papieskich wydziałów - lecz zawsze księdza, który jeszcze na chwilę przed ostatnim oddechem ucałować może fioletową stułę - tym razem po drugiej stronie dyskretnego konfesjonału. Od pokuty jest blisko do świadectwa.
    

środa, 2 września 2015

Rana...

   Nieodłącznym dylematem człowieka postępującego w życiu duchowym jest swoista, pobożna rozterka: pragnę szczerze i nie mogę tego osiągnąć; chciałbym i brakuje mi sił; szukam modlitwy i coś ciągle mi w niej przeszkadza; planuję dokładnie jak i kiedy praktykować normy pobożności i nie starcza mi czasu. To zmaganie jest niemal stałą cechą życia duchowego osób, pozostających w polu aktywności, katolików świeckich i księży diecezjalnych, rodziców zajmujących się dziećmi, słowem - wszystkich tych, których od pazernej dynamiki tego świata nie odgrodzi kurtyna zakonnej, kontemplatywnej klauzury. Jak ostatecznie rozstrzygnąć ascetyczny dylemat, rozdzierający duszę pobożną pomiędzy palącym pragnieniem modlitwy, a brakiem sił lub czasu na realne jej praktykowanie? Pierwszym odruchem jest pokusa reakcji siłowej. Przezwyciężać, zdobywać, co drugi dzień klękać do spowiedzi, biczować się mokrym ręcznikiem, mnożyć liczbę dewocji, wkładać zapałki w oczy, modlić się z zegarkiem w ręku i zobowiązywać do coraz nowych postanowień lub wyrzeczeń. Zapewniam - to nie przyniesie skutku. Życie wiary ostatecznie jest relacją miłości, a nie przyzwoitym zwyczajem. Nie da się więc go skorygować za pomocą podręcznika ascetycznych tortur czy mistycznego savoir-vivre'u. Trzeba dać się Bogu zranić.
    Z powodu osobistych planów i zamiarów obejrzałem nie dawno film: "Droga życia". Jest to opowieść o amerykańskim lekarzu - okuliście, którego syn pewnego dnia wyruszył na pielgrzymi szlak do Santiago de Compostela i już pierwszego dnia Bóg nazbyt radykalnie zmienił cel jego wędrówki. Rozpętana w górach burza zabrała chłopca na drugą stronę pielgrzymiego szlaku życia. Zraniony tym faktem ojciec, próbując zrozumieć tragiczną śmierć swojego dziecka, pakuje urnę z jego prochami do pokutnego plecaka i sam rusza na Camino. Bez obaw, nie dopowiem pointy. Wspomnę tylko o początkowej prawie scenie, kiedy to lekarz - niepraktykujący, chłodny i twardy wobec Boga - po odbytej rozmowie z pobożnym policjantem i odebraniu prochów dziecka, stawia pierwsze kroki na szlaku. Sucho stwierdza, że chciałby odbyć tę pielgrzymkę ze swoim synem i dla swojego syna. Zaskakuje go jednak zupełnie lapidarne dopowiedzenie wierzącego głęboko policjanta: na pielgrzymkę idzie się samemu i dla samego siebie...
    Dla Boga tak naprawdę nie ma znaczenia kwestia wysiłku lecz liczy się jakość pragnienia. Mówiąc obrazowo, normy pobożności to nie siłownia, w której zdesperowany osiłek stara się co dnia wycisnąć nową liczbę religijnych ciężarów. Ostatecznie, można odmówić czasem wiele modlitw, nie zwracając już nawet uwagi na to, by choć jednym, szczerym aktem ukochać Boga. Taka siłowa ścieżka zdrowia kiedyś w końcu skutkuje przewrotnym efektem. Niedawny zapaśnik - dewot zniechęca się szybko, popadając w równolegle przeciwną skrajność: po co te wszystkie normy pobożności, skoro wystarczy rozłożyć się ze słomką w zębach i po prostu kochać Boga lekkością własnego istnienia. To zdumiewające, z jaką zręcznością w życiu wiary przyciągają się nawzajem skrajności. Ani przemoc ascetyczna, ani przewrotna lekkoduszność, nie są prawdziwym rozwiązaniem omawianego tutaj problemu. Bo tak na serio ani nie jest prawdą, że nawraca człowieka sama ilość godzin spędzonych ewentualnie na modlitwie. Ani też nie jest nią mgliste zawierzenie wszystkiego Stwórcy, bez żadnej próby praktykowania choć najmniejszego czynu pobożnego. Prawdą zaś jest, że człowiekowi, który pragnie żyć modlitwą lecz nie dopełnia norm pobożności, nie brakuje wcale sił ani czasu. Nie starcza mu żaru serca, bo być może nigdy dotąd nie pozwolił sobie serca otworzyć.
   Prawidłowy, zdrowy i bezpieczny porządek wzrostu w modlitwie jest taki: najpierw pragnienie, potem dopełnienie w ascezie. Każdy inny kierunek i usiłowanie zakończy się schorzeniem: albo wewnętrznym mechanizmem albo utratą duchowej wrażliwości. Trzeba po prostu tak pragnąć Boga, aby w stosunku do mocy tego pragnienia podjęcie każdej, religijnej normy nie było już żadnym wysiłkiem. Jak do tego dojść? Klasyczna teologia życia duchowego mówi tutaj o zranieniu serca Bożą miłością. To ciekawe, że kto raz zostanie zraniony przez Boga, nie może już przestać Go szukać. Kto pragnie więc na serio stałej pobożności, musi wydać serce na przebicie. I to nie jest tylko mistyczna metafora. To działa w następujący sposób.
    Jeśli starasz się modlić i prawie nic nie wychodzi, zredukuj licznik do zera. Zostaw różaniec, posty, ambitną lekturę duchową, długi brewiarz lub nocne adoracje - bo cóż, że to wszystko postanowisz, gdy i tak w tym cię w końcu nie będzie. Choć to wyjątkowo trudne, trzeba serce pozostawić w stanie całkowitej nagości, czyli zdać sobie dobrze sprawę ze stanu duchowej bezradności: ja nie znam się jeszcze na miłości do Boga i dlatego to wszystko nie działa. Należy niestety zejść z wyidealizowanych wyżyn do parteru twardej rzeczywistości. Tylko wtedy Bóg może zranić serce miłością. Te wszystkie, upragnione punkty życia pobożnego kiedyś powrócą - we właściwym czasie i z właściwą sobie siłą namiętności. Ale dziś musisz dać się zranić. Nie wszystkie zaś modlitwy ranią. Niektóre z nich budują siłę w świętych, więc gdy od nich zacznie konstrukcję duchową człowiek, który nie ma otwartego z miłości serca, asceza świętych paradoksalnie otoczy go murem, spoza którego ani nie dojrzy Boga. Uważam, że trzy formy modlitwy ranią serce tak, iż człowiek nie może już o Bogu zapomnieć. Że szuka Go ponad wszystko. Że potem wierność wewnętrzna jest po prostu tylko logiczną konsekwencją, a nie jałowym wysiłkiem. Za modlitwy, które ranią, uważam: przedłużone dziękczynienie po codziennie praktykowanej Eucharystii; Komunie Duchowe oraz ta mała forma bardzo osobista, w której twoje serce znajdzie dziś upodobanie.
    Tak więc trzeba zacząć od prostego znaku krzyża po przebudzeniu i codziennej, zwykłej Mszy Świętej w pobliskiej parafii. To będzie chłodny poranek, kościół jeszcze w budowie i trzyminutowe kazanie z banalnym niekiedy wnioskiem. Gdy ucichną organy wszyscy ludzie pobiegną natychmiast do pracy. Lecz zanim pan kościelny pozamyka drzwi, ty pozostaniesz - jak długo to możliwe - w pobliżu tabernakulum, by kilka minut sercem szukać obecnego w tobie już Boga. Czasem odmówisz coś z książeczki, odczytasz psalm lub jedną myślą wrócisz do tej modlitwy z Mszału, która dziś zapadła ci w pamięci. Czasem wypowiesz akt wiary, nadziei, żalu i miłości, a czasem zadowolisz się ciszą. Z biegiem lat nauczysz się dziękczynienia po Mszy Świętej i rozrzeźbisz ten akt wewnętrzny jak prawdziwą sztukę. Bo on jest właśnie tą pierwszą chwilą intymności, w której Bóg zwykle rani serce człowieka.
    A po nim docenisz i ten drugi - nawiedzenie Najświętszego Sakramentu, związane z Komunią Duchową. Być może będzie to ten sam kościół z porannej Eucharystii, a być może szpitalna kaplica lub katedra, którą widzisz tylko z okna twojego biura. Jest południe. Masz nagle chwilę oddechu. Przykładasz rozpalone zmęczeniem czoło do chłodnej szyby, szepcząc w myślach: pragnę Cię teraz przyjąć, Panie, z taką samą pokorą, pobożnością i czystością, z jaką przyjęła Cię Najświętsza Matka, z duchem i żarliwością świętych. Amen. I Bóg zrani serce, tak że potem będzie ono chronić w sobie jeszcze i tę jedną, krótką, osobistą modlitwę. Lecz z biegiem czasu rana stanie się palącym pragnieniem, które bez żadnego wysiłku doprowadza człowieka do różańca, postu, brewiarza i nocnych adoracji. Tak to działa.
    Bóg musi zranić miłością, aby człowiek mógł Mu dochować wierności. Często mówi o tym Biblia. Oto gdy zalękniony Jakub przygotowuje się na spotkanie ze swym groźnym bratem, Ezawem - opowiada Księga Rodzaju w zakończeniu jej trzydziestego drugiego rozdziału - cały swój dobytek przenosi na drugą stronę potoku Jabbok i pozostaje sam na sam z Bogiem, szamocząc się w wewnętrznej walce aż do wschodu jutrzenki. Wyrywa w końcu Stwórcy upragnioną przychylność, a potem wraca do swoich i utyka na nogę, przechodząc przez Penuel. Rana utwierdza jego stałość i odwagę. Przesłanie biblijne potwierdza doświadczenie chrześcijańskiej mistyki. Oto jednym z najbardziej zagadkowych momentów wiary chrześcijańskiej była śmierć Teresy z Avila w roku 1582. Rychło rozpoczęto proces orzekania o Jej świętości i dla zachowania norm kanonicznych dokonano sekcji zwłok wielkiej Karmelitanki. Kiedy więc w dziewięć lat po śmierci otwarto serce Świętej, zobaczono je jakby żywym, w nienaruszonym stanie - widoczne było jedynie pięć, fizycznych blizn, jak pięć znaków duchowych zaślubin Teresy z Jezusem.
   Stałości w życiu duchowym nie zdobywa się siłą lecz raną intymności. Wielu nie pojmuje tego, marnując lata w jałowym uścisku pomiędzy chęcią do modlitwy a brakiem czasu lub konsekwencji. A przecież jakiś czas temu już pisał w wierszu "Powołanie" ksiądz Pasierb te słowa:

                                                 pytasz czy zostałeś wezwany

                                                 jesteś prosty i jasny
                                                 tu ciemność w południe
                                                 nie wiem czy jesteś
                                                 skaleczony przez anioła
                                                 ugryziony przez węża
                                                 naznaczony

                                                nie wiem czy zostałeś wybrany

                                                nie widzę rany


piątek, 14 sierpnia 2015

Co Kościół katolicki proponuje rozwiedzionym?

   Spojrzenie nauczyciela, który czerpie z serca matki - tak fenomenalnie wypośrodkowaną odpowiedź przedstawił papież Franciszek chrześcijanom rozwiedzionym, podczas środowej katechezy z dnia 5 sierpnia 2015 roku. Ojciec Święty powiedział szczerze, że sytuacja rozwodu jest sprzeczna z chrześcijańskim sakramentem. Zaznaczył jednocześnie, że Kościół nigdy nie był w tej kwestii ani leniwy ani niewrażliwy, poszukując dla chrześcijan w separacji właściwego rozeznania i mądrej opieki duchowej, wiedząc zawsze - jak zaznaczył to Benedykt XVI kiedyś - że nie mamy w tej materii łatwych odpowiedzi. Przyznam się, że papieska konferencja, wygłoszona podczas watykańskiej audiencji generalnej - także z powodu osobistej historii życia - ujęła mnie mocno za serce. Co prawda, jak zawsze w przypadku tego pontyfikatu, by delektować się smakiem mądrości papieskiego nauczania, należy dotrzeć do rzeczywistego tłumaczenia tekstu, który w tamtą środę czytał Franciszek. Skomponowany bowiem frywolnie wycinek w dziennym serwisie wiadomości dowolnej, laickiej stacji telewizyjnej, jak zwykle omamia.
   Wróciło więc do mnie pewne wspomnienie. Jakiś już czas temu zostałem powołany w mojej, rodzimej diecezji, do duszpasterskiego i duchowego towarzyszenia osobom rozwiedzionym, osobom w separacji lub osobom żyjącym w ponownym związku niesakramentalnym. Ponieważ przeczuwałem, że przyjdzie mi wkroczyć tym samym na teren solidnie zaminowany, aby nie popełnić zbyt wielu błędów - czasem duszpasterscy komandosi też mylą się tylko raz - nawiązałem kontakt z Mistrzem tematu, zresztą księdzem, który jak i ja, swoje kapłańskie korzenie w przeszłości zapuszczał w Płocku. Nie było to już wtedy proste, bo ojciec Mirosław Paciuszkiewicz - dawniej ksiądz płocki, a potem wybitny jezuita z Rakowieckiej - odchodził, chorował bardzo, męczył się szybko, gnębiony dodatkowo nieszczęśliwym upadkiem ze schodów i bólem pękniętych kości. Miałem jednak tę przewagę, że wtedy przyjechałem do Niego z Płocka, by nauczyć się sztuki towarzyszenia rozwiedzionym - nie mógł mi więc odmówić. Nie oczekiwałem od księdza Mirka traktatów. W efekcie spotkania otrzymałem coś więcej. Postawiłem kilka pytań i dostałem jedną odpowiedź. Mistrz wręczył mi papierowy obrazek z informacją o spotkaniach grup osób niesakramentalnych przy Rakowieckiej. Na pierwszej stronie widniało zdjęcie znanego obrazu Rembrandta, na którym stęskniony ojciec obejmuje szerokim gestem zmęczonego życiem, marnotrawnego syna. Paciuszkiewicz milcząc, palcem wskazał mi powszechnie komentowany dziś symbol z jednej strony ojcowskiej, z drugiej zaś matczynej dłoni położonej na plecach nędzarza, mówiąc: kochaj ich wszystkich, jednak nikogo nie oszukuj...
    Zdaje się, że w podobnym kierunku poszła główna intuicja papieskiej katechezy ze wspomnianej już tutaj audiencji. Na kilka chwil przed drugą odsłoną kłopotliwego skądinąd synodu, Franciszek zaakcentował coś, co moim zdaniem może zakończyć wreszcie gorszące nieco i jałowe spory, motywując uczestników październikowej debaty do bardziej ewangelicznych wniosków na temat pastoralnej służby Kościoła wobec rodzin. Odpowiedź biskupa Rzymu na niepokojące pytania niesakramentalnych to jak zwykle trzy propozycje, które w labiryncie skomplikowanej życiowo sytuacji, mogą przynieść im ulgę i pociechę: aktywne uczestnictwo, szczera nauka łez i uczciwość Kościoła w ocenie zróżnicowanej sytuacji moralnej rozwiedzionych.
   To naturalne, że człowiek postawiony w biernej pozycji, w bezruchu, bez najmniejszego zainteresowania, z miejsca czuje się niepotrzebny, niechciany lub obcy. Najpierw więc papież zaznaczył, że chrześcijanie pozostający w związkach niesakramentalnych, nie są kościelnymi intruzami. Ich życie religijne musi być przedmiotem troski i wrażliwości duszpasterzy. Franciszek rozpisał też konkretną listę pastoralnych kroków, które można i należy podjąć w katolickich diecezjach, parafiach lub wspólnotach: otaczać opieką rozwiedzionych i dodawać im otuchy, umożliwiać osobiste spotkanie z Chrystusem poprzez nieustanny rozwój życia wiary i modlitwy, zapraszać aktywniej do słuchania Słowa Bożego i udziału w liturgii oraz motywować do chrześcijańskiego wychowania dzieci, posługi wobec ubogich, czy angażowania się na rzecz sprawiedliwości i pokoju. W ten sposób rozwiedzeni mają szansę pokonać pierwszą barierę, jaka chwilami separuje ich od całej wspólnoty - pełną kompleksów bierność, apatię, znamię trędowatych w tłumie doskonałych.
   Pierwsze rozwiązanie powikłanej sytuacji wewnętrznej wielu osób nie jest jedynie duszpasterskim trikiem papieża. To krok stanowczy, poważny lecz zarazem radykalnie autentyczny. Jest bowiem faktem, że do praktyki pastoralnej Kościoła od wieków zakradła się niebezpieczna, tchnąca faryzejskim purytanizmem cenzura, która osoby wierzące lecz skonfliktowane w wymiarze małżeńskim, palcem wskazującym zaocznego osądu, wielokrotnie skazywała na podziwianie ołtarza Pańskiego z odległości ciemnej, świątynnej kruchty. Ile razy rozwiedzeni podczas rekolekcji parafialnych opłakiwali swoje życie w samotnej ławce pod chórem? Ileż razy musieli chrzcić dzieci w sobotę, w tygodniu, nocą, po cichu, poza Eucharystią? Tak to chyba też jest, że praktyka duszpasterska obficie czerpie z teologii. Nie wiem jakimi kanałami, po Soborze Trydenckim do mentalności duszpasterzy szczególnie tych obszarów geograficznych, na których Kościół miał wpływy i moc, wkradło się skrajne myślenie Marcina Lutra. Ten to przecież mnich augustianin dowodził, że grzech całkowicie zniszczył naturę człowieka. Według mnie Luter przekonał do tego aspektu swojej, posępnej teorii wielu katolickich biskupów i proboszczów, którzy znając sytuację rodzinną rozwiedzionych, zbyt szybko wszystko spisywali na straty. W środowej katechezie papież Franciszek nawiązał więc do prawdziwej nauki katolickiej, z której na nowo może zaczerpnąć duszpasterstwo rodzin: stało się jakieś zło, nikt temu nie przeczy. Jednak Kościół wierzy, że grzech naruszył naturę człowieka, ale nigdy do końca jej nie zniszczył. To dlatego rozwiedzeni chrześcijanie w ponownych związkach nie mogą co prawda być dla innych przykładem cnót - mogą jednak brać udział w życiu wiary, wnosić wiele dobra i korzystać w pewnych aspektach z łaski, którą z hojności Boga, bezwarunkowo cieszy się cała rodzina Kościoła. Absolutnie już dziś warto byłoby zetrzeć to luterańskie znamię z duszpasterskiej praktyki życia katolickiej parafii. Grzech dotknął jakoś rozwiedzionych lecz nie zniszczył całego dobra, które w różnoraki sposób może wciąż służyć wspólnocie.
   Drugi z aspektów papieskiej katechezy z piątego sierpnia, to kwestia dzieci, które żyją często w cieniu dramatu, jaki dotknął dom osób rozwiedzionych. Już kilka miesięcy temu, podczas pielgrzymki na Filipiny, Ojciec Święty w bardzo spontanicznym dialogu z młodzieżą - mówiąc o niesprawiedliwości, jaka krzywdzi często dzieci głodne, samotne, używane za narzędzia do wojny, seksu lub pracy - głosił, że w tej sytuacji chrześcijanie muszą nauczyć się płakać. Franciszek zawsze staje w obronie praw dziecka. W swej środowej konferencji papież - mówiąc o smutku dzieci, przeżywających rozpad więzi ich rodziców - używał zdrobniałego słowa: malcy, jakie siłą rzeczy przywodzi na myśl biblijnych maluczkich, za krzywdą których zawsze stoi sprawiedliwy gniew Boga. Franciszek zaznaczył, że liczba dzieci i młodych w rodzinach po rozwodzie jest dziś wielka, stąd tak istotne jest, by pastoralna praktyka katolickiej wspólnoty - jej gesty i język - zawsze zwracały uwagę na osobę. Aby doświadczyć pokoju duszy, rozwiedzeni chrześcijanie muszą najpierw nauczyć się płakać tymi samymi łzami, które płyną z oczu ich dzieci.
   Tuż po pierwszej odsłonie synodu dla rodzin, w bardzo radykalnym wywiadzie, jakiego udzielił kardynał Schoenborn dla włoskiego dziennika La Stampa, znany z zawrotnej zmiany poglądów arcybiskup Wiednia, powiedział bez znieczulenia: "To bardzo złożony problem i nie może rozwiązać go żaden synod. Mam pytanie do takich osób, zadaję je zawsze, gdy pytają o komunię - gdzie są wasze dzieci? Co z nimi? Czy obarczyliście je ciężarem waszego upadku i grzechu? Jak możecie prosić o komunię, skoro przez złamanie przysięgi, którą złożyliście, te owoce waszej miłości - dzieci - teraz cierpią. Czy zdajecie sobie z tego sprawę? To jest dramat, o którym milczymy także i na synodzie. Dzieci po rozwodzie rodziców żyją zwykle między jednym a drugim. Co z tego wynika? Czy to się da naprawić?"
   Wreszcie trzecią propozycją Franciszka dla chrześcijan rozwiedzionych jest indywidualne podejście Matki Kościoła do dramatu moralnego, jaki podzielił dawniej kochających się ludzi, którzy w pewnej chwili zaczęli zadawać sobie ból i ranę. Papież piątego sierpnia wypowiedział zdanie, które w dłuższej perspektywie może ważyć wiele: "musimy uczynić właściwe rozeznanie sytuacji, wskazując na przykład różnicę, między tymi, którzy doznali separacji, a tymi, którzy ją spowodowali". Rzeczywiście, nauka moralna Kościoła nie jest ślepym przepisem, stosowanym z jednakową, twardą intensywnością wobec wszystkich. Co prawda duch Dekalogu nie podlega zmianie, jednak litera prawa musi uznać różnicę okoliczności, kontekst, ciężar odpowiedzialności lub zakres świadomości tych, których życie próbuję się etycznie uściślać. Być może więc nadszedł czas, w którym Kościół z zimnego, kurialnego biura, jakie wszystkim z dystansu wysyła opieczętowane prawem dekrety, zamieni się w ciepły dom, gdzie znający się nawzajem domownicy, potrafią doskonale odróżniać - co jest winą kogoś, a co krzywdą? W takim domu, przy jednym stole, członkowie tej samej rodziny, zgoła inaczej traktują tych, którzy ból zadali, od tych, którzy noszą na sobie ich rany.
    Jaką więc ofertę ma dziś Kościół dla chrześcijan rozwiedzionych? Większą aktywność społeczną - zapewne tak. Przyjmowanie ich dzieci do wspólnoty wierzących podczas uroczystej Mszy Świętej niedzielnej - to już uczynił sam papież. Bycie lektorem w parafii. Otwieranie poradni, w których porzuconym małżonkom duszpasterz, psycholog, lekarz i prawnik, za darmo pomogą otrzeć gorzkie łzy. Towarzyszenie duchowe tym, którzy pragną nauczyć się modlitwy. Białe małżeństwo po latach próby dla herosów. To wszystko warte jest wysiłku. Ale w głębokim kontekście papieskiego rozmyślania kryje się przede wszystkim bezkompromisowe zaproszenie do życia prawdą, która wyzwala. To największy atut Kościoła od wieków - Kościoła, który nie jest zabiegającym o głosy politykiem; Kościoła, który nie jest walczącym o klientów bankiem; Kościoła, który nie jest showmanem głodnym oklasków - Święta Prawda. Kończę właśnie godną polecenia wszystkim lekturę wybitnej książki George'a Weigla Katolicyzm Ewangeliczny, w której znakomity Autor, z zapałem proroka, kreśli ambitną wizję autentycznej odnowy Kościoła. I już w pierwszym rozdziale dzieła Weigel pisze: "Ojcowie Soboru Watykańskiego Drugiego zaproponowali Kościołowi i światu wielki akt wiary w fakt Objawienia. Ów akt wiary zawiera w sobie kryterium głębokiej i autentycznej reformy katolicyzmu: kryterium prawdy. Kryterium to można zastosować w formie kategorycznego pytania: czy jako diakon, kapłan, biskup, osoba ucząca w seminarium, katolicki intelektualista, zakonnik, zakonnica, bądź osoba świecka, żyjąca i pracująca w świecie - wierzysz, że Ewangelia (rozumiana jako wszystko, co Bóg objawił dla naszego zbawienia w Piśmie Świętym i tradycji apostolskiej) jest nadprzyrodzonym darem Bożego Objawienia, tak że to ona stanowi miarę dla twojego życia, a nie twoje życie dla niej?" (George Weigel, Katolicyzm Ewangeliczny, Kraków 2013, s. 70)
   Byłem wzruszony, kiedy przed laty jeden z księży polecił mi obejrzeć rosyjski film o tytule Wyspa. Jest to poruszająca historia życia prawosławnego mnicha, świętego starca, jurodiwego Anatola, który podczas wojny sowieckiej z Trzecią Rzeszą pracował jako marynarz i ze strachu przed śmiercią, na polecenie Niemca oddał strzał w stronę głowy własnego kapitana. Anatol przez całe życie męczy się, zmaga z poczuciem winy za zabójstwo, pokutuje i szuka wyzwolenia, już uczestnicząc w świętości. Pointa opowieści zaskakuje. Oto po latach radykalnego wysiłku, na wyspę mnicha Anatola, do uzdrowiciela przywozi swoją opętaną córkę dawny kapitan - dziś admirał, który w tamtą noc nie zginął, uskoczył jedynie do wody, ocalał. Ostatnie sceny filmu paradoksalnie stawiają więc całą pokutę mnicha pod znakiem zapytania? Tylko pozornie. Bóg widzi dalej. Poszukiwanie prawdy, niezależnie od bólu serca,  zawsze uświęca. Czasem myślę, że Kościół musi zrobić wszystko, aby nie zabrać rozwiedzionym tego przywileju: dotarcia w wysiłku do prawdy, która przynosi ostatecznie wyzwolenie.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Obfitość. Droga doskonałych...

   Kilka dni temu otrzymałem sympatyczną przesyłkę. Zaprzyjaźniona Rodzina z Płocka nadesłała mi płytę pod zagadkowym tytułem: "Atramentowa", z wybitnie nastrojowymi piosenkami Stanisławy Celińskiej. Ponieważ życie misjonarza to niekończąca się wędrówka z miejsca na miejsce, wielokrotnie, przemierzając kilometry urugwajskich bezdroży, z rozkoszą wsłuchiwałem się w prostą, codzienną, wyśpiewaną w moim ojczystym języku poezję. Pośród kilku, znakomitych naprawdę utworów, usłyszałem również i ten o tytule "Obfitość". Bohaterem wiersza jest chyba anonimowy kontemplatyk, który nie troszcząc się zgoła o komunikatywność własnego przekazu dla innych, syci się dyskretnym pięknem życia, intensywnością stworzonej rzeczywistości, powabem dyskursu między światem widzialnym a zakrytym. Wiersz zapisany został w niewielu słowach. Autor nie sili się nawet na to, by stworzyć jakąś litanię celnych i wzniosłych metafor, przez witraż których ukazać by można teoretycznie dopracowany portret wszechistnienia. Stara się raczej ostatecznie udowodnić, iż wszelkie piękno życia dane jest człowiekowi nie po to, by je interpretować, lecz po to, by je chłonąć i dzielić z miłością pomiędzy wielu. Uważam, że sercem wiersza jest jego pointa, którą Celińska śpiewa tak: "Z ziemi do nieba się pnie/życie, co wszystko wie./Wielka obfitość niewidzialnego/w widzialnym dostrzeż je".
   Zatem podstawową charakterystyką pierwszego okresu życia duchowego, nazywanego drogą początkujących albo oczyszczeniem, jest wzbudzenie w człowieku wierzącym czystej intencji w wyborze Boga. Celem drugiego etapu - czyli drogi postępujących albo oświecenia - będzie z kolei motywacja do przekraczania wszelkich, naturalnych granic, aż do szczytu indywidualnych możliwości duchowego organizmu chrześcijanina. Stwórca zna dobrze potencję stworzenia i nie spocznie, dopóki nie wydobędzie z duszy proporcjonalnych dla niej perspektyw. Wreszcie cechą trzeciego momentu wzrostu w łasce - nazywanego w klasycznej nauce wewnętrznej drogą doskonałych lub zjednoczeniem - jest granica niezrozumienia. Oto duszę zjednoczoną dosięga paradoks nieprzekazywalności doświadczenia wewnętrznego. Jakby zmuszona ona była zupełnie porzucić narzędzia interpretacji fenomenu życia, dostępne - na jednakowym poziomie komunikacji - dla wszystkich. Skąd tak zaskakujący finał? Oto dusza, w efekcie uczciwego postępu w łasce, przekroczyła granice Bożego świata. Żyje już bardziej tam, w zasadzie wcale tu. Jak opisać językiem pojęć ludzkich wartość, która przynależy do przestrzeni Bożej? Jak wyjaśnić ludziom, którzy całym ciężarem doczesnego ciała stoją jeszcze na ziemi, to, czym zmysły swego serca delektują aniołowie w Niebie? To po prostu niemożliwe. Chwilami takie doświadczenie niezrozumienia ciąży i bywa powodem bólu, strapienia, skargi mistyków albo proroków.
   W jakim jednak celu Bóg prowadził duszę aż dotąd? Przecież nie dla ujawnienia skandalu podziału na dwa światy. Wolą Boga jest jedność między ludźmi. To prawda, jednak ponad kategoriami doczesnej ugody, istnieje coś jeszcze ważniejszego, obiektywnego i wiecznego. Stawką w tej drodze jest intymność, nazywana duchowymi zaślubinami oraz niezbywalna wolność człowieka w Bogu. Kontemplatyk i mistyk przeżyje więc duchowy ból niezrozumienia od innych po to, aby cenić dar intymności w obcowaniu z Bogiem. Mówią, że ta intymność zjednoczenia nasyca szczęściem bardziej, niż każda więź ludzka, niż satysfakcja seksualności, niż lata wspierania się bliskością ukochanej osoby. Dar ten posiada swój personalny kod, faktycznie nieprzekazywalny za pomocą żadnego, emocjonalnego świadectwa. Każdy osobiście musi tutaj dojść, bo nie wystarcza o tym usłyszeć. I również po to, by będąc niezrozumianym, oprzeć się całkowicie na Bogu - nigdy więcej już na człowieku. Wolność jest właśnie najbardziej czytelnym kierunkiem autentycznego życia duchowego. Mistycy to wolni ludzie.
   To nie są wcale teoretyczne dywagacje. Cała duchowość, także w jej trzech, klasycznych odsłonach, ma swój bardzo praktyczny wymiar. Bo jak to jest w życiu? Ileż to razy kobieta, która szanuje siebie, swoje uczucia, ciało lub powołanie i gdzieś w głębi serca poświęca Bogu swą czystość - słyszy od bliskich słowa krytyki: mogłabyś w końcu kogoś sobie znaleźć...i cóż wówczas powiedzieć? Ile razy chrześcijanin - społecznik, kierując się w swych wyborach duchem solidarności z potrzebującymi, zostanie obrzucony przez własnych domowników kamieniami twardych zarzutów: głupcze, inni robią karierę, a ty co z tego będziesz miał...i jak o tym rozmawiać? A wreszcie ileż to razy człowiek autentycznej modlitwy, który latami przedzierał się ku Bogu wąską bramą wyrzeczenia, adoracji, dobrych spowiedzi, pokuty, cichej modlitwy, postu i jałmużny, zmuszony będzie wypić z rąk współbraci kubek gorzkiego osądu: stałeś się radykałem...i cóż można udowadniać w odpowiedzi? Gdy Bóg zabiera serce na własność, rzuca jednocześnie pomiędzy brzegiem a głębią przepaść milczenia, niezrozumienia, całej, świętej, nieprzekazywalnej po ludzku i wolnej bez miary - mistycznej intymności.
   Oczywiście, stan intymnej i wolnej nieprzekazywalności wewnętrznego bytowania duszy w Bogu, nie jest tym samym, co subiektywna egzaltacja, czyli ekscentryczna, religijna alienacja, której musi zaprzeczyć racjonalna natura człowieka. Choć należy przyznać ze smutkiem, że w sytuacji dzisiejszego zamętu duchowego, wielu za mistyczne niezrozumienie uznaje publicznie to, co jest tylko duchowym dziwolągiem. To nie to samo. Niekomunikatywna obfitość dusz jednoczących się z Bogiem, jak wszystko w zdrowej odsłonie religii chrześcijańskiej, ma też swoją normę i miarę, według której można rozróżnić niezrozumienie jako efekt zjednoczenia, od niezrozumienia na skutek pobożnych błędów, które kontestuje - wspierając rozwój wiary - rozum człowieka. Nie jest więc tak, że każdy, ktokolwiek i jakkolwiek chce, może swoje subiektywne stany emocjonalne nazywać duchowym poślubieniem przez Boga. Co ciekawe, uważam, że mistrzem opisu trzeciej drogi był - jak dotąd najbardziej wybitny dogmatyk katolicki wszechczasów - Tomasz z Akwinu. On to właśnie, w swojej Summa Contra Gentiles,  dokładnie w dwudziestym pierwszym i dwudziestym drugim rozdziale jej czwartej księgi, udowadnia, iż etap zjednoczenia duszy z Bogiem, to po prostu chwila, kiedy Trójca Przenajświętsza czyni sobie z człowiek własny przybytek, zamieszkanie, sanktuarium, biorąc dla siebie duszę, która skłoniła się wcześniej radykalnie ku świętości.
   Aby uniknąć subiektywnej oceny i nazywania poślubieniem tego, co jest zaledwie emocjonalną histerią religijną, Akwinata pisze, iż w duszy naprawdę mistycznej widać siedem, obiektywnych znaków, jakich nigdy nie znajdą w sercu ci, którzy zwykli mianować wprawdzie siebie mistykami lecz tak naprawdę błądzą chaotycznie we mgle gnostycznych nadużyć. Zatem dusza prawdziwie poślubiona Bogu i przez to niezrozumiana już dłużej przez świat: po pierwsze - nie upada więcej pod ciężarem grzechu ciężkiego. Ten wymiar moralny Tomasz wskazuje jako warunek początkowy, a zarazem konieczny dla prawdziwości następujących potem znaków. Bez umiejętności zdobycia się na rzetelność moralną, w chrześcijaństwie nie mówi się o postępie wnętrza; po drugie - dusza naprawdę zjednoczona smakuje w nadziemskiej radości nie tylko słuchając Słowa Bożego, ale nade wszystko, a czasem wbrew wszystkiemu, wprowadzając Ewangelię w praktykę uczynków. To dlatego mistycy nie są marudami ale żyją z dnia na dzień bardziej zdolni, twórczy, wytrwali i praktyczni; po trzecie - na tym etapie życia, dusza kocha się bardziej w Mądrości Bożej niż w ludzkiej inteligencji; po czwarte - skłania się zdecydowanie bardziej do poufnej, ukrytej rozmowy z Boskim Oblubieńcem, niż do teatralnych, stadionowych występów publicznych, które wywabiać by mogły duszę z jej miłosnej izdebki, odzierając modlitwę z koniecznej pokory i skromności. To przecież takie naturalne. Dwójka, zakochanych w sobie ludzi, za wszelką cenę unika wystawiania na widok ludzki wzajemnej, serdecznej bliskości. To samo zazdrosne i zarazem wstydliwe pragnienie dyskrecji, ogarnia Boga i duszę w chwili zjednoczenia; po piąte - dusza zjednoczona raduje się zawsze w Bogu, także w chwilach ucisku, Krzyża, przeciwności, nigdy nie ulegając smutkowi, który jest trucizną wiary; po szóste - posiada w sobie wolność dziecka Bożego, z nadprzyrodzonym dystansem traktując opinię ludzką lub zmienne prądy myślowe oraz ideologie tej albo innej epoki. Bóg się nie zmienia. wszystko inne przeminie jak wiatr; po siódme wreszcie - mówi o Bogu z obfitości serca, a nie z wyuczonej na pamięć książki. To skutecznie porusza i zaraża do życia Bożego tych, którzy takie świadectwo przyjmują. Jeśli w duszy człowieka widać komplet siedmiu znaków, wolno wówczas twierdzić: oto mistyk - człowiek naprawdę wolny, który kroczy ku Stwórcy drogą doskonałych.
   Wolność jest dla dusz zjednoczonych największą motywacją życia i działania. To dla tej przyczyny dojrzały chrześcijanin zawsze mówi sobie: warto! Przemierzyć czasem ciernisty szlak wewnętrzny z zaciśniętymi zębami. Obumrzeć skutecznie dla pychy. Przekroczyć granice naturalnych możliwości. Zaryzykować - wbrew świeckiej mentalności tych przyziemnych czasów - prawdziwą przygodę życia z Bogiem. Czekać cierpliwie, wzrastać w ukryciu i jako wieniec zwycięzcy nałożyć sobie intymną wolność duszy, zjednoczonej z Panem historii i czasu. Dla umocnienia aż takiej motywacji, wspomniany już Tomasz z Akwinu nauczał: "Dziećmi Bożymi kieruje Duch Święty nie jak niewolnikami, lecz jak stworzeniami wolnymi. Duch Święty rzeczywiście każe nam działać, pociągając naszą wolną wolę do chcenia, gdy daje nam miłość do Boga i skłania nas do działania z miłości ku Niemu, a nie ze służalczej bojaźni" (Św. Tomasz z Akwinu, Komentarz do Listu Św. Pawła Apostoła do Rzymian, rozdz. VIII, punkt 16). Warto wreszcie żyć z obfitości!
   Wiem, że każdy z nas łatwo mógłby wskazać tę świątynię, którą kocha i w której dobrze jest mu się modlić, milczeć lub spowiadać. Nasze ukochane kościoły - te od dziecka, od Chrztu Świętego lub od chwili nawrócenia. Ja też mam taką świątynię. W samym centrum mławskiego rynku stoi neobarokowy kościół Trójcy Świętej. Pierwszy jego kształt powstał już w 1477 roku. Potem mój kościół spłonął i wysiłkiem wiary odbudowano go w roku 1712. Zresztą płonął nie jeden raz, dlatego dziś próżno szukać w nim spójnego stylu sakralnej architektury. Ale mój kościół ma ducha, a jest nim dla mnie osobiście niewyobrażalnie piękny obraz Trójcy Świętej, umieszczony w centrum głównego ołtarza świątyni. Od dziecka - dzień po dniu, niedziela po niedzieli - widziałem, jak Bóg Ojciec trzyma w ramionach Krzyż swojego Syna, mocą Ducha Świętego składając jakby powoli Ciało Zbawiciela w dół, na wyrzeźbionym kunsztownie ołtarzu, nad którym kapłan unosi właśnie kielich w chwili konsekracji. Trójca Święta wypełnia kielich obfitością odkupienia...

środa, 24 czerwca 2015

Mocni zawodnicy...

   Było to już ładnych parę lat temu. Wraz z grupą kilkunastu księży z Polski, przeżywaliśmy prawie dwutygodniowy, tak zwany kurs formacyjny w pięknie położonym ośrodku Opus Dei, blisko Mińska Mazowieckiego. Czas kursu został podzielony pomiędzy wspólną i osobistą modlitwę, studium, pracę intelektualną, ciekawe spotkania, sport i odpoczynek. Wszystko po to, by księża, z reguły pochłonięci aktywną służbą dla innych, mogli również coś przemyśleć dla siebie, zapoznać się z najbardziej aktualnymi problemami teologii, filozofii, czy życia społecznego, a wreszcie nieco wypocząć. W programie kursu, jak zawsze, znalazł się również dzień skupienia oraz propozycja jednodniowej wycieczki, którą sami mieliśmy sobie zaplanować. Oczywiście, pojawiły się różne koncepcje marszruty. Doskwierał letni upał. Jedni więc proponowali załatwić sprawę wycieczki jak najłagodniej i zwiedzić pobliską Warszawę. Taki projekt byłby przyjemny i nikogo z nas nie kosztowałby żadnego wysiłku więcej. Jedynie ksiądz Marcin - myślę, że najstarszy z nas, więc z prawem do realnego zmęczenia - nastawał w dyskusji z uporem, by nie odpuszczać i wybrać się na wschodnią stronę Polski, z odwiedzinami do jednego z klauzurowych klasztorów, leżącego w odległym setki kilometrów Kodniu. W korytarzu od rana trwała gorąca debata - w którym z kierunków wyruszyć? Jedni za odpoczynkiem, drudzy za solidną wycieczką. Wśród dyskutujących prawdziwą kampanię na rzecz wyczerpującego lecz ciekawego projektu wyprawy kodeńskiej prowadził niestrudzony ksiądz Marcin. Pamiętam do dziś, jak w pewnej chwili podszedł w moją stronę prowadzący kurs ksiądz Stefan, klepnął mnie po ramieniu i w charakterystyczny dla siebie, krótki lecz tłumaczący wszystko sposób, wskazując na księdza Marcina, rzucił jedno zdanie: patrz, to jest mocny zawodnik...
   Rzadko mówi się dziś o tym, ale wciąż faktem jest, iż ta sama wiara, która proponuje ludziom pokój, miłość, bliskość albo odpocznienie, domaga się również poważnej konsekwencji. Pamiętam znakomicie z Polski dziesiątki już rekolekcji, piosenek szarpanych na gitarze, medytacji przy wygaszonym świetle w świątyni lub sentymentalnych homilii, w których natchniony kaznodzieja, wyciszonym głosem, zapadającym w głębię serc wzruszonych gimnazjalistek, szeptał: przytul się do Jezusa...Przyznam, że w takich chwilach, wracało do mnie krótkie zdanie, jakie jeden raz tylko w swym życiu John Henry Newman dedykował ostrzegawczo swemu rozmówcy, księciu Norfolk, mówiąc: spodziewam się, że nadejdzie kiedyś chrześcijaństwo łatwe, lekkie i przyjemne...na szczęście wiele animuszu dodała mi lektura tekstów księdza Jana Kaczkowskiego, który w jakimś fragmencie, w charakterystyczny dla siebie, odważny, a nawet prowokacyjny sposób, wykrzyknął: Jezus nie jest pluszakiem!
   W porannym czytaniu z poniedziałkowej jutrzni czwartego tygodnia brewiarza, umieszczony został, choć bez ciekawego kontekstu, poruszający fragment Księgi Judyty, stanowiący zakończenie oraz istotę przemowy, którą ta dzielna kobieta skierowała do wahających się, wątpiących i upadających na duchu Chabrisa i Charmisa, dwóch starszych ludu w jej mieście. Judyta rzekła wówczas: "Przypomnijcie sobie to wszystko, co Bóg uczynił z Abrahamem, i jak doświadczył Izaaka, i co spotkało Jakuba w Mezopotamii syryjskiej, gdy pasł trzody Labana, brata jego matki. Albowiem jak niegdyś doświadczył ich w ogniu, wystawiając na próbę ich serca, tak i teraz nas nie ukarał, lecz chłoszcze Pan tych, którzy zbliżają się do Niego, aby się opamiętali" (Jdt, 8, 26-27). Jak się wydaje, w perspektywie innych form i tłumaczeń, a także niektórych badań biblijnych i komentarzy, owo "opamiętanie" nie dotyczy jedynie wątku moralnego. Nie chodzi więc o to, że ktoś grzeszył, wzbudził Boży gniew i teraz Pan wszechmocny, za pomocą chłosty, wzywa upadłego człowieka, by powstał. Porządek jest odwrotny. Bóg przepowiada opamiętanie, by zapobiec, a nie by piętnować skutki. Dlatego nie mówi się tu o problemie diagnozy upadku moralnego i konsekwentnej karze lecz o miłosiernej profilaktyce Stwórcy. Słowo "opamiętać" w tym fragmencie Księgi Judyty, bardziej sugeruje przestrogę, czyli solidne rozważenie, znak zapytania, jaki Bóg chciałby skierować w stronę człowieka: czy wiesz, co robisz? Po co zbliżasz się do mnie? Z jakim zamiarem przekraczasz granicę Bożego życia? Czy dotrzymasz potem swojego wyboru?
   I słusznie, ponieważ w ludzkim życiu co rusz to napotyka się jakby dwa rodzaje wartości. Jedne z nich mają charakter ziemski i stąd nigdy nie będą naznaczone wieczną konsekwencją. Każda decyzja doczesna: zakup domu, wybór pracy, dzień trudnej operacji czy wyjazd na emigrację, doczeka się w końcu kiedyś swego, ziemskiego finału. Dlatego doczesne błędy mogą boleć, jednak nigdy nie prowadzą do rozpaczy. I doczesne sukcesy mogą cieszyć, tak samo jednak nigdy nie nasycą w pełni - euforia przemija. Bywa tymczasem, że człowiek w końcu wkracza kiedyś w przestrzeń wartości Bożych, które przeciwnie - mieć będą konsekwencje na wieki. Stąd o ile zwykły namysł i rozsądek winien towarzyszyć nam przed podjęciem każdej decyzji doczesnej, o tyle - posługując się językiem dzielnej Judyty - prawdziwe opamiętanie, przestroga rozumu, serca i sumienia, musi uprzedzać każdy absolutny wybór, jaki może nastąpić w naszym życiu. Ten bowiem, kto zbliża się do wartości Bożych, dla swojego dobra, powinien uznać wcześniej powagę ich absolutnej konsekwencji.
   Bóg domaga się i zarazem strzeże poszanowania wobec wartości absolutnych na poziomie porządku łaski, porządku prawdy i porządku miłości. Dlatego właśnie każde, poważne i trwałe wkroczenie człowieka w obszar tych trzech porządków, będzie miało swój konsekwentnie absolutny charakter. Porządek łaski przechowuje Bóg w naczyniach sakramentów. Nie da się więc przyjąć Chrztu Świętego na próbę, na moment, na kilka lat. W prawdzie zapis o udzieleniu pierwszego z sakramentów, na żądanie delikwenta, można wymazać z parafialnej księgi lecz Bóg zawsze będzie już widział odciśniętą w człowieku ochrzczonym pieczęć odkupienia. Myśl więc, co robisz, gdy pragniesz przyjąć Chrzest. Konsekwencje tego będą trwać na wieki. Porządek prawdy chroni Bóg w przekazie autentycznej doktryny. Nie jest tym samym obojętne, kto w co wierzy, na ile zmaga się z ignorancją lub jak skuteczna jest w przekazie chrześcijańska katecheza. Myśl, jaką książkę stawiasz na swej półce i co przyjmujesz za najwyższy argument w życiu. Konsekwencje tego będą trwać na wieki. Wreszcie porządek miłości konserwuje Bóg w powołaniu: do małżeństwa, kapłaństwa lub życia konsekrowanego. Autentyczne powołanie tylko raz spotyka człowieka. Nikt, kto trwoni powołanie w bezmyślny sposób, nie posiada szczęścia. Konsekwencje tego będą trwać na wieki. Dla tych motywów angażowanie się w wybór spraw doczesnych wymaga jedynie odrobiny sprytu, inteligencji lub smaku. Nie wystarczą jednak już one w chwili wejścia w krajobraz wartości absolutnych, których konserwacja to współpraca w duszy ludzkiej stanowczych, konsekwentnych dyspozycji woli, rozumu i serca.
   Chwilami ośmielam się przypuszczać, że w dużej mierze, dyskutowany dziś na wiele sposobów kryzys chrześcijańskiej ekspansji apostolskiej, to wynik braku uświadomienia sobie konsekwencji w wierze. Trudno powiedzieć jak doszło do zamiany porządków. Człowiek współczesny, a zarazem współczesny chrześcijanin odwrócił rzeczywistość jakby do góry nogami i tam, gdzie znajdowały się wymagania konieczne do uporządkowania spraw tylko doczesnych, ustawił dyspozycje absolutne. I odwrotnie. Wie zatem, jak w pewny sposób zrobić zakupy w markecie i nieomylnie zainwestować na giełdzie, by absolutnie nie stracić nic. Zapomniał jakby jednocześnie, jak wzrastać wewnętrznie, traktując z drażniąca lekkością odwieczne sprawy Boże. Tymczasem przecież niewiele to zmienia, gdy kupi się w sklepie zbyt ciasne obuwie - co najwyżej tydzień bolą nas odciski. Wieczność zaś tracić może ten, kto roztrwoni łaskę, zakłamuje prawdę lub lekceważy miłość. Długo rozmyślałem, wychodząc z Centrum Formacji Misyjnej, po dobrej rozmowie z doświadczonym misjonarzem, księdzem Janem. Bo w mojej, misyjnej, urugwajskiej diecezji, przygotowanie do Chrztu Świętego to zaledwie dwa, krótkie spotkania. Do tego chrzestnym może być każdy, kogo kiedyś tam przyniesiono do Chrztu. Ksiądz Jan opowiedział mi natomiast, że większą część swej piętnastoletniej, misyjnej pracy w Burkina Faso, poświęcał na dobre prowadzenie katechumenatu. Program przygotowania do Chrztu w jego, misyjnej diecezji, rozłożony był na trzy lata. Być może dlatego Afryka biegnie dziś ku Bogu, podczas gdy Urugwaj niezdolny jest utrzymać się na nogach?
   Przygotowując się do kolejnych zajęć w seminarium, czytałem znakomity komentarz autorstwa Orygenesa, w którym antyczny mędrzec wyjaśnia naturę relacji między Bogiem a duszą, która pragnie w Niego wierzyć. Orygenes znał i cytował w swej homilii chrzcielnej jakiś fragment Ewangelii, który nie zachował się do naszych czasów. Aleksandryjski teolog relacjonuje ten zaginiony tekst w następujących słowach: "Ktokolwiek jest blisko mnie - powiedział Jezus - jest blisko ognia". Kto więc nie chce się poparzyć, niech lepiej nie podchodzi - wytłumaczyć nam chciała Judyta.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Palec Boży. Droga postępujących...

   We wstępie tego rozważania na życzenie, poświęconego tym razem drugiemu z etapów życia wewnętrznego, pragnę zaznaczyć, iż medytacje te nie są wyczerpującym temat traktatem lecz bardziej krótką wariacją, pejzażem, szkicem - z praktycznym i zawsze aktualnym odniesieniem. Jednakże warto odnotować tu pewien paradoks życia duchowego! Bo aby wyczerpująco opisać każdą, z trzech dróg wznoszących duszę ku Bogu, należałoby poświęcić temu wyzwaniu zaiste tomy studiów i opracowań. To fakt - lecz jednocześnie, aby intuicyjnie przyswoić sobie to, o czym jest mowa, istocie wierzącej szczerze wystarczy jedna chwila refleksji umysłu, zgody sumienia i przyzwolenia woli, aby już stosować streszczone tu zasady w praktyce. Oto istotnie porywający paradoks wiary.
   Drugi etap życia duchowego nazywany jest - przy zastosowaniu klasycznego podziału - czasem oświecenia albo drogą postępujących. Symboliką tego etapu będą przede wszystkim noc i dzień, światłość i ciemności. Chciałbym więc najpierw odwołać się znów do pewnego wspomnienia. Jeden, jedyny raz w życiu, miałem okazję odbyć wspaniałą wyprawę do położonego w interiorze irlandzkim, w hrabstwie Meath, antycznego grobowca o nazwie Newgrange. Co budzi respekt, to fakt, że prehistoryczne cmentarzysko znad rzeki Boyne, powstało gdzieś na wysokości roku 3200 przed Chrystusem. Jest więc starsze od Wielkiej Piramidy w Gizie i zapewne bardziej wiekowe niż osławione Stonehenge. Nasyp mogiły ma około 90 metrów szerokości i 11 metrów wysokości. Jest owalny. W pewnym miejscu turysta napotyka wejście do grobowca, wraz z 19 metrowym korytarzem, który poprowadził nas w głąb, w miejsce składania kości, w ciemność. Samo wejście do Newgrange jest tak skonstruowane, iż nad górnym progiem dołączona została jeszcze jedna półka. Po co? Otóż raz do roku, bo tak ustawiona jest cała konstrukcja wejścia, dokładnie w dniu przejścia pory jesiennej w zimę, o godzinie 8.58 rano - jeśli chmury nie przesłonią zjawiska - do grobowca wpełza promień słońca i przebija śmiertelne ciemności. Mieszkańcy Newgrange wierzyli, że właśnie tego dnia, bóstwo słoneczne zabiera zmarłych z cmentarzyska, przenosząc ich z krainy cienia do wiecznej światłości.
   W Newgrange co roku trwają zapisy na poranek dnia, w którym przypada przesilenie jesieni i zimy i grupa 10 szczęściarzy z całego świata - bo tylko taka liczba osób mieści się w korytarzu mogiły - modli się o to, by nie było chmur, by nie padał deszcz, by zobaczyć na własne oczy misterium dwóch, odwiecznych żywiołów: światła i ciemności. Przeciętni zaś turyści, czyli choćby ja, mogą wykupić bilet za odpowiednią sumę, odstać swoje w kilometrowej kolejce i codziennie przeżyć to samo, za pomocą elektronicznej stymulacji. Tamtego dnia nie zapomnę jednak nigdy. Jak często w Irlandii padał wtedy deszcz. Przewodnik wprowadził nas w końcu wąskim korytarzem w głąb antycznego grobowca. Po udzieleniu instrukcji nagle zgasło światło i zapadła całkowita cisza. Wszyscy przepadli gdzieś w odmętach cienia. Ja sam przestałem liczyć swój oddech. Ciemność jakby połknęła nas w jednej chwili, na zawsze. Wówczas przystąpiono do eksperymentu. Nagle, ponad progiem wejścia do mogiły, pojawił się najpierw niewielki płomień światła, który rósł, dojrzewał i potężniał, przemierzając po kilku sekundach przestrzeń korytarza. Właściwie nie był to płomień lecz palec światła, jakby palec Boży, który wpełzł na kilka sekund do wnętrza, zatrzymał się na moment u naszych stóp, trwał chwilę i w takim samym odstępie czasowym wycofał się na zewnątrz. Zjawisko miało swój potężny ciężar duchowy. Byłem do głębi poruszony mistycznością eksperymentu.
   Wielu z nas nie pojmuje dlaczego Bóg oświeca duszę, szukającą uczciwie jedności z Nim, posługując się woalem wewnętrznych ciemności. Rzeczywiście, od ludzkiej strony wygląda to tak, jakby światło wiedzy zbawiennej przychodziło do nas przez zazdrosny korytarz cienia. Bywa, że inni przyjmują to za wyzwanie i buntując się, zaprzestają wzrostu w wierze, kwestionując nawet dobroć Boga. Jakoby miał On sobie zaprzeczać, z jednej strony prowadząc, wyjaśniając, pogłębiając - z drugiej jednak strony kryjąc się, zamraczając i ocieniając duszę, która szuka. To jednak tylko ludzkie złudzenie, które czasem można by uzasadnić, odwołując się do czysto doczesnych odniesień. O to bowiem kiedy ktoś budzi się ze snu i otwiera oczy, przez kilka sekund - mimo rześkiego blasku poranka - nie dostrzega nic. Kiedy indziej, gdy podróżnik odkrywa nowe ziemie, nie są one dla niego wcale zagrożeniem. To brak precyzyjnej mapy terenu prowokuje czasem godziny zwłoki, pomyłek, zbłądzeń i powrotów do właściwej strefy. Jeszcze w innej chwili, ucząc się nowego, obcego języka, nie wypada mówić od razu, iż jest on bełkotem. To tylko my na początku nie odróżniamy słów. Mowa ma jednak zawsze swoje piękno, które w stosownym czasie odkrywa się w końcu poprzez osłuchanie. Choć porównanie nie jest nigdy argumentem, to jednak wolno nam w końcu powiedzieć, że w podobny sposób i Bóg nie ma niczego wspólnego z ciemnością. Stwórca nie bawi się cieniem, próbując lub ważąc, jakie znaczenia ma dla nas wydarcie Mu tej odrobiny światła. Nie! Bóg sam jest tylko Światłością, Wiedzą, Obecnością, a to, że w chwili przekroczenia granicy światów, zapada w nas ciemność, jest jedynie konsekwencją gigantycznej, egzystencjalnej zmiany. Życie wewnętrzne chrześcijan polega w istocie na przejściu - najprościej mówiąc - z terenu ludzkiego, na terytorium Boga. Od wartości ludzkich, do wartości Bożych. Od możliwości, zdolności i limitów ludzkich - do tych boskich. To Bóg przyjmuje człowieka w siebie, nie odwrotnie. Dla tej przyczyny postęp duchowy jest szokiem, nazywanym niekiedy w języku mistyki: ciemnością ducha, w jądrze której dokonuje się prawdziwe oświecenie.
    Co jest celem oświecenia nas przez wstrząs duchowych ciemności? Tylko Bóg zna pełne możliwości swojego stworzenia. On wie, ile wartości, dobra i twórczości można w tym życiu z nas wydobyć. Ułomny człowiek kocha - więc zazwyczaj usprawiedliwia wymówkami, zamykając tym samym pełen horyzont miłości. Doskonały Bóg kocha - zatem nie boi się wymagać, by wydobyć z duszy pełnię jej umiłowania. Można by więc w życiu wiary pozostać z urazą do kogoś, pokrywając ją jedynie pozorną powłoką dyplomatycznego znaku pokoju. Ale można jednocześnie dojść do miłości nieprzyjaciół, która jest zarazem ciemnością uczuć i szczytem możliwości ludzkiego serca. Można by dalej modlić się, odmawiając co dnia te same, pobożne regułki, mierząc własną doskonałość perfekcyjnym zegarem dewocji. Ale warto przecież smakować kontemplacji, która jest jednocześnie wygaszeniem wzniosłych słów, uczuć i myśli, będąc szczytem modlitwy człowieka. I można by wreszcie spowiadać się tylko z zewnętrznych uczynków. Ale przecież kiedyś trzeba się nawrócić, w pewnym sensie trwożąc się przepaścią własnych żądz, intencji i przywiązań, w tej trwodze dosięgając do Prawdy, która jest zarazem Wolnością. Oświecenie to zmiana terytorium, języka i warunków istnienia: z ludzkich na Boskie. Dlatego zawsze przebiega w ciemnościach, które są cechą człowieka, nie Boga.
   Boję się więc, iż przy współczesnym, niefortunnym i bardzo niedojrzałym przekomponowaniu formacji duchowej chrześcijan w tanią psychologizację, realnie jawi się ogromne niebezpieczeństwo przegapienia momentu oświecenia. Świat bowiem podsunął chrześcijanom pewne wynalazki, za pomocą których można latami utwierdzać się w trwaniu na czysto ludzkim terytorium działania, bycia i poznawania. Obawiam się, że współcześnie wielu przewodników duchowych może bezwiednie zapóźniać dusze postępujących, odwlekając w nieskończoność przekroczenie granic Bożego świata - o co w istocie chodzi w życiu wiary - i krepując tym samym pełne rozwinięcie duchowych możliwości człowieka. Nie pojmuję czasem, skąd dziś w Kościele bierze się ta cała fala czysto ludzkich interwencji w wybitnie Boży proces przeobrażenia się osoby ludzkiej? I nie rozumiem, dlaczego dziś tak wielu upiera się, by ludzi w Kościele tylko uzdrawiać i terapeutyzować. Moim zdaniem w ten sposób wylewa się dziecko z kąpielą. Chcąc pomóc - zamyka się najszersze horyzonty wzrostu. Psychologia nie ma przecież pełnej wiedzy o człowieku. To, co jest w stanie poznać psychologia, to zaledwie trzydzieści procent ludzkiej osobowości. Resztę stanowi antropologia, etyka i duchowość. Notoryczne dziś popychanie wszystkich chrześcijan ku uzdrawianiu ich wspomnień, wyzwalaniu od wyimaginowanych czasem demonów i natarczywym terapeutyzowaniu przeszłości, niestety bardzo często kończy się niedorozwojem duchowym ludzi. Nie wszystko, co trudne, wymagające lub skarlałe w nas, natychmiast trzeba uzdrawiać. To bowiem, co wyrzucają dziś z człowieka na siłę rozliczne modlitwy uzdrawiające i terapie, jest w dużej mierze wybitną, duchową potencją, czyli materiałem sposobnym do przekroczenia progu oświecenia. W krzyżu jest palec Boży. A co odpowie psychologia, jeśli dla kogoś życiowe zranienie stanie się powodem wzrostu w pokorze? A co, jeśli wielki pokuszenie wyzwala w duszy absolutne zaufanie do Bożej Opatrzności? A co wreszcie, jeśli ktoś nie mogąc ni słowa wypowiedzieć o sobie, modlić się, klaskać lub śpiewać, zakosztuje w końcu radości i pokoju kontemplacji? Szkoda byłoby widzieć po latach w Kościele chrześcijan pouzdrawianych perfekcyjnie ze wszystkiego lecz zarazem niedorozwiniętych w przestrzeni ducha - chrześcijan, którzy nigdy nie przekroczyli linii demarkacyjnej prawdziwie Bożego świata.
   Kontynuując w tych dniach osobistą lekturę duchową, jakby na potwierdzenie powyższej intuicji, natknąłem się na następujący jej fragment: "Chrześcijanin nie uświęca się pomimo wydarzeń i okoliczności, które są bolesne i niesprzyjające - pisze hiszpański ksiądz Francisco Carvajal - ale właśnie przez nie. Takie sytuacje mogą mieć szczególne znaczenie dla wzrastania w miłości krzyża, która jest niezbędną drogą do postępowania naprzód w życiu nadprzyrodzonym, a także w akceptacji i umiłowaniu woli Bożej, która nie zawsze zbiega się z tym, czego byśmy pragnęli. Życie wiarą przejawia się też w obcowaniu z Panem w Najświętszej Eucharystii, w modlitwie prośby, w relacjach z Aniołami Stróżami, w liczeniu na pomoc, której udziela nam Bóg w trudnych sytuacjach". (Francisco F. Carvajal, Dotrzeć do portu. Znaczenie kierownictwa duchowego, s. 191). Żeby tylko nie usunąć niefrasobliwie i przedwcześnie ciężaru tych ciążących zjawisk, które w psychologizacji określa się chłodnym mianem deficytu, a w świetle życia łaski stanowią one najbardziej zwyczajny i jednocześnie najbardziej skuteczny motyw do przebóstwiania ograniczeń ludzkiej natury.
   Dawno już temu, bo przed laty, siedziałem w pokoju mojego Profesora na Rakowieckiej, przygotowując wstępny plan rozprawy specjalizacyjnej. Ojciec Marek jest dla mnie mędrcem i autorytetem. Pamiętam, jak zapytałem Go wówczas: proszę Ojca, ile to musi mieć stron? Jakieś trzysta? Profesor, w charakterystyczny dla siebie sposób, stęknął, westchnął i tamtego dnia usłyszałem z Jego ust jakby cichy szept: a kto by to czytał? Sto...Uspokojony - zacząłem więc pisać. A potem z rosnącym zdziwieniem obserwowałem, jak ze spotkania na spotkanie Profesor podnosi poprzeczkę. Rośnie liczba rozdziałów, paragrafów, tłumaczeń i przypisów, w efekcie końcowym zdecydowanie przekraczając pechowe, mroczne, przewidywane z lękiem na wstępie, trzysta stronic. Gdybym to wiedział na początku, nigdy nie postawiłbym w tekście żadnego, pierwszego znaku. Bóg jest mądrym Profesorem. Dlatego istotą etapu oświecenia jest wydobycie z człowieka jego największych możliwości, których ludzka logika, psychologia lub filozofia, czasem zwyczajnie nie docenia.

sobota, 16 maja 2015

Tryumfy pana Antonio Gramsciego...

   Trzy, codzienne wydarzenia nie dawały ostatnio odpoczynku moim myślom. Od jakiegoś czasu, w ramach tak zwanych Cuestiones de teología, prowadzę na Universidad de Montevideo dość regularne zajęcia akademickie, w których brać muszą udział - bo to obowiązkowe - studenci księgowości, dziennikarstwa i ekonomii. Jedni przychodzą na zaliczenie, inni z nieco wyższą motywacją. Tak naprawdę jest to szeroki plan katechezy studentów w Urugwaju. Na ostatnim wykładzie poruszyłem kwestię trzech, słynnych mistrzów podejrzliwości: Freuda, Marxa i Sartre'a, w kontekście ich ideologii analizując pewien profil kulturowy chrześcijanina dziś. Z konieczności dotknęliśmy też komunizmu. W Urugwaju wciąż mieszka i działa bardzo silna społecznie grupa wyznawców Che Guevary, Fidela Castro oraz ich radzieckich pobratymców. Dyskusja była ciekawa lecz natychmiast po wykładzie podszedł do mnie prywatnie najlepszy spośród studentów, Juan Manuel i z intelektualnym niepokojem wypytywał o moje zdanie odnośnie spotkania-audiencji, na której papież Franciszek przyjmował Raúla Castro. Zastanowił mnie ten skrajny lek oraz dobrze ułożone argumenty młodego, inteligentnego Urugwajczyka i pomyślałem sobie wówczas: w mojej mentalności polskiego katolika istnieje oczywista granica radykalnego oddzielenia ideologii komunistycznej od wewnętrznego życia Kościoła. Ta granica jest gruba i od lat nieprzepuszczalna. Może jednak nie dla każdego chrześcijanina, nie w każdym miejscu świata i z powodu rozmaitych wydarzeń historycznych, ta linia demarkacyjna: komunizm - katolicyzm, nie jest oczywistością?
   Drugie wydarzenie z kolei wywołało już kilka poważnych szmerów w kuluarach kościelnych południowej części Ameryki Łacińskiej i mocną decyzję latynoskiego biskupa z północy Urugwaju. Oto właśnie w miesiącu maju, na zajęciach w jednym z seminariów diecezjalnych tego kontynentu, doszło do nieprzyjemnego zgrzytu. Kleryk zanegował wykład profesora, który obwieszczał, iż nie ma różnic między związkiem dwóch osób homoseksualnej orientacji a naturalnym małżeństwem kobiety i mężczyzny oraz że Komunię Świętą od tej, historycznej chwili mogą przyjmować już wszyscy ochrzczeni. Gdy twardogłowy alumn racjonalnie oponował, został wyproszony z sali wykładowej oraz obdarzony epitetami: mudżahedina, betonu, ekstremisty. Po chwili profesor dokonał jakiejś autorefleksji, zezwolił studentowi powrócić lecz do końca semestru odebrał mu prawo głosu. Na szczęście prawie natychmiast pojawiła się reakcja biskupa, odpowiedzialnego za powołanie tego kleryka. Ordynariusz wycofał chłopca ze studiów i formacji w jedynym seminarium duchownym tego kraju, od nowego semestru posyłając Go do hiszpańskiej Pampeluny. Myślałem potem długo z nadzieją, czy gdzieś wkrótce, na jakąś intelektualną rekonwalescencję, nie zostałby lepiej skierowany sam profesor? Ów alumn zresztą, w pełnym zaufaniu i z niekłamanym bólem głowy, po innych zajęciach pokazywał mi spis obowiązkowych lektur libertyńskiego wykładowcy. Na czołowych pozycjach listy nie mógł nie znaleźć się: Boff, Juan Luis Segundo, de Mello a nawet Międzynarodowa Karta Miłośników Ziemi!
   Zakończyłem właśnie - po trzecie - dość opóźniony w rozwoju, lekturę znakomitej, ciekawej i godnej polecenia książki autorstwa ks. Roberta Skrzypczaka, pod tytułem: Chrześcijanin na rozdrożu, szeroko i z teologiczno-kulturową swadą traktującej o kryzysie w Kościele posoborowym dziś. Ks. Skrzypczak mówi z wybitną inteligencją i miłością Ewangelii o najbardziej palących sprawach jakie dzieją się od lat we wnętrzu Kościoła. Diagnoza Autora jest ciekawa: różnice w łonie katolicyzmu stały się tak wielkie, że są dziś jakby nie do przekroczenia. Pisze ks. Skrzypczak: bracia już nie tylko urodzili się odmienni lecz dziś nie są w stanie siąść ze sobą do stołu i spokojnie rozmawiać. Umarła chęć dialogu pomiędzy tradycjonalistami a postępowymi. Na szczęście Autor podaje rozwiązanie, którego teoretyczny powab należałoby wypróbować szybko w praktyce duszpasterstwa: autentyczny katechumenat - czyli właściwa, radykalna praktyka wtajemniczenia chrześcijańskiego, stosowana w Kościele zarówno wobec Dzieci, czyli Rodzin, jak też wobec Dorosłych. Oczyszczenie źródła - myśli ks. Skrzypczak - spowodowałoby powrót do regularnego biegu rzeki. Mimo, iż książka jest wybitnie odważna, wciąż trapiło mnie pytanie: jak do tego doszło? Jak to się stało, że toksyna niepewnych ideologii, przez krwioobieg lektur, dysput, przemian i kryzysów, doszła naprawdę do samego serca chrześcijaństwa?
   Moje gratulacje chciałbym tu nieszczerze złożyć niejakiemu panu Antonio Gramsciemu. Był to inteligentny komunista. Urodził się na Sardynii w roku 1891, zmarł tuż przed drugą wojną światową, w Rzymie, w roku 1937. Wespół założył był Włoską Partię Komunistyczną. Do ideologii komunistycznej wniósł jednak myśl, która komunizmowi pozwoliła na poziomie teoretycznym przeżyć nawet samego siebie. Gramsci nie był wyznawcą czynnej rewolucji, wraz z obalaniem rządów lub paleniem świątyń. Przeciwnie. Ów inteligentny Sardyńczyk wymyślił teorię, która w historii filozofii rozsiadła się pod nazwą: hegemonii kulturowej. Według Gramsciego infekcja komunizmu miała nastąpić nie tyle siłą, co za pomocą inteligentnej, stopniowej, cierpliwej i narastającej infiltracji marksistowskiej od wnętrza wszystkich, aktywnie obecnych w życiu społecznym grup - nie wyłączając wcale Kościoła. Zatem Antonio Gramsci nie wniósł nic nowego do filozofii komunistycznej na poziomie teoretycznym. Rozegrał jednak genialnie problem na poziomie praktycznym. Wynalazł taktykę, która okazała się być skuteczniejsza od - traktowanej dogmatycznie w marksizmie - czynnej rewolucji. Co więcej, Gramsci zasponsorował i opisał nam strategię, która odbyła swoją rzetelną służbę już nie tylko w szeregach wymierającego komunizmu. Zapożyczyli ją sobie z powodzeniem wkrótce zarówno libertyni jak i masoni.
   Moim zdaniem, to właśnie taktyka gramscizmu sprawiła, że monumentalne mury katolickiej świątyni od wewnątrz nasiąkać poczęły stopniowo wilgocią obcych ideologii. To strategia Gramsciego przekonała wielu katolików świeckich, zakonnych i duchownych ubiegłego stulecia, że w katolicyzmie różnorodne bogactwo charyzmatów ważniejsze jest od centrum, identyfikującego ich tożsamość. Stąd każda próba zespolenia Kościoła w sprawny, dynamiczny monolit - jak choćby ostatnia za pontyfikatu Benedykta XVI - kończyła się oskarżeniem papieży o pokusę integryzmu. To praktyczny gramscizm wmówił wielu katolikom, że subiektywny, pobożnościowy powiew może skutecznie zastąpić jakąkolwiek dyscyplinę wewnętrzną, personalną, liturgiczną czy duchową w Kościele. Że zaangażowanie polityczne czy społeczne katolików świeckich wolno pragmatycznie oddzielić od chrześcijańskiego etosu, który miał stać się jedynie echem świątynnej zakrystii. To dlatego dziś, w Parlamencie Europejskim prawie każda chrześcijańska demokracja nie oznacza wcale tego, jak się nazywa. I to dlatego również choćby podjęta przed laty decyzja marszałka Marka Jurka, aby złożyć swój urząd z powodów moralnych, nie spotkała uznania wśród większości katolików polskiej prawicy - bo to nie było praktyczne! Wreszcie to taktyka gramscistów powoduje, że w świecie katolickim ktoś myśli dziś o tym, by odwieczne fundamenty Dekalogu i nieomylnej nauki o naturze łaski uświęcającej oraz nierozerwalności sakramentu małżeństwa, podporządkować wątpliwej skutecznie praktyce pastoralnej.
   Pewnie momentów przecieku przez mur jest kilka. Najpierw źle sformułowana koncepcja dialogu Kościoła ze światem, która bardziej ceni ubieranie się katolików w kolorowe barwy coraz to dziwaczniejszych ideologii, niż własną tożsamość ewangeliczną. Następnie nasze upajanie się intelektualizmem tego świata, ta ciągła pokusa bycia grzecznie nowoczesnym, która w końcu terapią zastępuje duchowość a pogłębioną doktrynę i solidną katechezę - ewangelizacyjnym frazesem. Również błąd w reakcji i stosowanie odrealnionej retoryki wiary, bez odpowiedniego rozeznania kontekstu kulturowego, który kosztował Kościół kilka lat opóźnienia w skutecznej apologii. Potem błędna idea koniecznego w Kościele ubóstwa, jaka szczególnie w świecie Ameryki Łacińskiej lecz nie tylko, obróciła wspólnoty katolickie w biura pomocy społecznej a piękne świątynie odarła z ich godności, sakralności i ciepła. Wreszcie praktyczna taktyka uwodzenia, stosowana wobec ludzi Kościoła, którzy potem skrępowani niebezpiecznym układem, musieli milczeć albo co gorsza mówić, nauczać i żyć jak chcieli ci, którzy wiedzieli o nich więcej, niż wszyscy i zawsze mogli to wyjawić. Dość, że przeciek gramscizmu nastąpił i trwa, infekując nowicjaty, seminaria, fakultety, redakcje świeckich czasopism a w konsekwencji wreszcie nawet pobożne, katolickie parafie. Szturmu nie było. Nikt świątyni nie zdobywał atakiem. Wystarczyło toksyną, od wewnątrz, rozcieńczać siłę i spoistość muru. 
    Myślę, że problem ten krótko, dobitnie lecz genialnie w swej homilii na początek konklawe po bolesnej śmierci Jana Pawła II, nazwał kardynał Joseph Ratzinger. Któż z nas wtedy jednak słuchał? A przyszły papież mówił: "Iluż to powiewów nauki zaznaliśmy w ostatnich dziesięcioleciach, iluż ideologicznych prądów, iluż sposobów myślenia...Łódeczka myśli wielu chrześcijan była nierzadko huśtana przez te fale - miotana z jednej skrajności w drugą: od marksizmu do liberalizmu aż po libertynizm; od kolektywizmu do radykalnego indywidualizmu; od ateizmu do niejasnego mistycyzmu religijnego; od agnostycyzmu po synkretyzm i tak dalej. Każdego dnia rodzą się nowe sekty i urzeczywistnia się to, co Święty Paweł nazywa <<oszustwem ze strony ludzi i przebiegłością w sprowadzaniu na manowce fałszu>> (Ef 4,14). Posiadanie jasnej wiary, zgodnej z Credo Kościoła, zostaje często zaszufladkowane jako fundamentalizm. A tymczasem relatywizm, to znaczy zdanie się na <<każdy powiew nauki>>, zdaje się być jedyną postawą godną współczesności. Ustanawiany jest rodzaj dyktatury relatywizmu, która nie uznaje niczego za pewnik a jedynym miernikiem ustanawia własne ja i jego zachcianki". Przyznam się, że słuchając tej homilii w roku 2005, być może zwiedziony mnogością "izmów", sądziłem, iż Ratzinger opowiada o bólach ludzkiej kultury poprzedniego stulecia. Dopiero po latach homilia kardynała wróciła na moje biurko. Wczytałem się w nią ponownie i ze zdumieniem odkryłem, że przyszły papież wówczas mówił nie o problemach świata na zewnątrz chrześcijaństwa lecz o kłopotach, które miotać zaczęły wnętrzem delikatnej łódeczki Kościoła. To wszystko przetoczyło się przecież przez samo serce katolickiego świata.
   A jednak zgadzam się z odważną diagnozą ks. Skrzypczaka i również wiem, że lekarstwo istnieje. Co prawda do powrotu w stronę pogłębionego katechumenatu jako antidotum, dodałbym jeszcze dwa, bardzo praktyczne działania, w celu uleczenia organicznej gorączki: ochronę formacji przyszłych duchownych i troskę o rozum laikatu - w zarodku! Oto kilkanaście już dni temu poproszono mnie o poprowadzenie dnia skupienia w seminarium Drogi Neokatechumenalnej Redemptoris Mater w Montevideo. Do kapłaństwa i misji przygotowuje się tam szesnastu kandydatów - jak na Urugwaj to rekord. Byłem zachwycony. Seminarium Drogi to prawdziwy dom, gdzie rektor i wychowawcy nie tyle pilnują i pracują ale są ojcami dla alumnów. Biblioteka potężna, dobrze wyposażona, bez zbędnych i męczących umysł nowinek literackich - klasyka teologiczna i filozoficzna. Formacja bez zarzutu, w młodych mężczyznach czuć zdrowego ducha ofiary, miłości Kościoła i ubóstwa. Liturgia piękna i godnie przygotowana. Życie duchowe solidne. Z pewnością tacy księża nie ulegną taktyce Gramsciego, bo wiedzą, co myślą - w co wierzą. Ciekawa była przed laty rozmowa między Kiko Arguello, inicjatorem Drogi a biskupem z Montevideo. Kiko wcześniej myślał o otwarciu seminarium misyjnego w Buenos Aires lecz tę intuicje uprzedził przez swą prośbę urugwajski metropolita. Gdy Kiko zapytał: dlaczego akurat w Urugwaju, ówczesny arcybiskup Cotugno odpowiedział szczerze: "bo ja chcę mieć księży wierzących a nie ideologów...". Również co jakiś czas odzywa się do mnie jeden z kleryków, którego mój biskup z Minas posłał na studia do międzynarodowego seminarium w hiszpańskim Bidasoa, powierzonym opiece formacyjnej Opus Dei. Nicolas jest szczęśliwy. Zaczyna rozumieć Kościół powszechny. Pije wodę ze zdrowego źródła chrześcijańskiej filozofii, uczy się klasycznej modlitwy i liturgii, nabywa cnót ludzkich, tak niezbędnych do bycia człowiekiem w sutannie.
    Natomiast po ostatnim kręgu biblijnym w mojej parafii wywiązała się inna, ciekawa dyskusja. W maleńkiej miejscowości Aiguá, w której od jakiegoś czasu jestem proboszczem, było przez dwadzieścia lat kilku, różnych księży. Różne też głosili nauki. Ludzie tutaj są prości lecz niegłupi. Pytają więc o to, jak to jest naprawdę: jedni kazali klękać, inni stać prosto na Mszy; jedni wynieśli konfesjonał z kościoła, inni wozili na rekolekcje; jedni udzielali Komunii Świętej wszystkim, teraz przyszedł Polak i mówi o grzechu ciężkim. Gdzie jest, drogi Ojcze, prawdziwa nauka Jezusa? Tamtego wieczoru w odpowiedzi wziąłem do ręki Katechizm Kościoła Katolickiego, mówiąc krótko: weryfikujcie nas - myśląc! Na koniec spotkania podeszła do mnie nauczycielka Nedis, która w miasteczku uchodzi za wzór wiary, inteligencji oraz moralności i z ujmującym jak zawsze uśmiechem, dodała: sprawdzałam już od lat...I dlatego może dotąd nie zbłądziła? 
   Zgadzam się zatem z ks. Skrzypczakiem: by uleczyć, trzeba zejść do źródeł. Nie tylko jednak wracając do prawdziwego katechumenatu. Trzeba ochronić serce kapłańskiej formacji w Kościele. I osłonić od zepsucia umysł i sumienie ludzi, którzy modlą się wciąż pobożnie w katolickich parafiach. Naruszyć jest łatwo, odbudować trudniej. Cierpliwość jednak wszystkiego dosięga...

środa, 6 maja 2015

Prolog. Droga początkujących...

   Cieszę się z każdego listu lub maila, przesłanego nie o mnie ale personalnie do mnie, w którym Człowiek dzieli się ze mną trudnością, radością lub wątpliwością, wyrażaną wobec tego, o czym tu piszę. Jak często powiada jeden z moich Przyjaciół: dziękuję za współmyślenie. Nade wszystko jednak ucieszyło mnie ostatnio to, iż wiele Osób poszukujących autentycznej drogi życia duchowego, po ostatnim artykule zapragnęło nie tyle oglądać spektakl na teatralnej scenie, show czy ekranizację. Wielu z nas opuściło wygodną lożę, oddało bilet by z pobożną ciekawością podejrzeć, co tak naprawdę dzieje się za kurtyną nawrócenia. Dlatego też postawiono mi pytanie: czym są trzy okresy życia duchowego?
   Czas płynie szybko. Ale pamiętam znakomicie, że przed kilkoma już laty, z grupą wiernych Przyjaciół, wybraliśmy się do jednego z maluczkich lecz autonomicznych teatrów warszawskich, na tajemniczą sztukę o tytule "Prolog". Nikt z nas nie wiedział wcześniej, co autor dzieła miał na myśli? To, co zdolni byliśmy poznać przed wejściem do teatru, to odczytać krótką prezentację i ogólną recenzję, dołączoną do biletu. Dopiero więc po rozpoczęciu sztuki, wszyscy zrozumieliśmy, że klasyki nie będzie. Nikt z nas nie straci oddechu z wrażenia ani nikt z nas nie będzie ziewał z nudy. Po prostu scenariusz "Prologu" został tak zaaranżowany, aby to widzowie w pewnej chwili, krok po kroku, stawali się współtwórcami dzieła. Akcja sztuki wraz z upływem minut coraz bardziej zależała od naszych reakcji, odpowiedzi i wyborów. Loża przeobraziła się w scenę a scenariusz, wraz z jego ostatnim aktem, wyprowadził nas w zimową, białą od śniegu ulicę praskiej części Warszawy - w życie. Na odchodne usłyszeliśmy wszyscy głos reżysera: nie zatrzymuj się, idź...
   Wszystkim katolikom świata, szczególnie w Europie, nie wspominając już o dziewięćdziesięcio dziewięcio procentowej Polsce, grozi w życiu wewnętrznym pokusa bezmotywacyjnej stagnacji czyli wygodnej religijności bez wyboru. Kościół katolicki jest bowiem instytucją religijną praktycznie zorganizowaną. Każdy więc katolik zostaje poinformowany, że swoje dziecko trzeba najpierw przynieść do Chrztu. Otrzymuje ono łaskę pierwszego z sakramentów ale nie jest na tyle świadome, by już coś wybierać. Chrześcijanin rośnie i zostaje zapisany do szkoły, w której chodzi na lekcje religii. Niby można nie chodzić ale nikt przecież nie wymaga zapisów czy deklaracji: jeśli chodzi się do szkoły - a to publiczny obowiązek - jest się automatycznie na liście katechety. Co najwyżej przysługuje wybór negatywny: gdy się nie chce rozmawiać z katechetą, trzeba to na piśmie zgłosić zarządowi placówki. I tak niebezpiecznie narasta proces bez refleksji lub wyboru.
   Religia w szkole przygotowuje do Komunii Świętej. Każde dziecko wie, że będą zdjęcia, filmy, goście i prezenty. W kilka lat po przyjęciu Ciała Chrystusa, rozpoczyna się religijna kampania w celu zwerbowania kandydatów do bierzmowania, wręczenia im indeksu obecności w parafii, z nieodłącznym hasłem: nie przyjdziesz na bierzmowanie to i ślubu nie będzie! Nie można więc i dziwić się, że następnie po latach, ów zaprojektowany już w pakiecie bierzmowania ślub, jest raczej dla wielu decyzją za dopełnieniem pewnej, czasem już antycznej, moralnej tradycji, niż świadomie, pięknie przeżytym sakramentem. W tym dobrze zorganizowanym, pragmatycznym, europejskim systemie kościelnym papiery są w porządku lecz bardzo mało miejsca pozostawia się własnej, niewymuszonej, refleksyjnej inicjatywie. Kancelaria parafialna funkcjonuje lecz serce nie rozeznaje czasem perspektywy ewangelicznej wolności wyboru.
   Tym właśnie różni się prawdziwe życie wewnętrzne od religijnej denominacji, że jego istotą jest wybór, a w konsekwencji wolność. Świadome uczestnictwo, a nie odgórnie zadany projekt. Bóg powołuje do udziału tylko wolnych ludzi. Wszystkie, trzy okresy życia prawdziwie duchowego zmierzają systematycznie do powiększenia obszaru wolności, która będzie główną konsekwencją kluczowej decyzji, jaką człowiek podjął w momencie pierwszego nawrócenia, całkowicie dedykując siebie Bogu. Te trzy przełomy wewnętrzne noszą nazwę: drogi początkujących, określanej też czasem oczyszczeniem; drogi postępujących lub etapem oświecenia; oraz drogi doskonałych, tudzież zjednoczeniem. Klasycy powiadają, iż nie ma tak naprawdę ścisłych sektorów. Cechy proporcjonalne dla okresu oczyszczeń, mogą powracać potem nawet na drogę doskonałych. Można jednak w duszy żyjącej duchowo rozpoznać znamiona postępu, charakterystyczne dla każdej z tych trzech, wyżej wymienionych dróg wewnętrznego wytrwania w łasce.
   Droga początkujących zaczyna się od pierwszej regularności duchowej, która trwa zazwyczaj długo po nawróceniu. Ta systematyczność nie jest jarzmem. Jest przyjemna, bo duszy postępującej w łasce towarzyszy świadomość rosnącej pobożności, błogosławieństwa, opieki Bożej w codzienności i większej wartości moralnej swojego życia. Środki do tego przeczucia są proste. Na drodze początkujących obiera się z satysfakcją jakiś pierwszy plan regularnej modlitwy, zazwyczaj dłuższej i bardziej intensywnej niż przedtem. Niedzielna Eucharystia nie jest już obowiązkiem lecz tęsknotą. Co więcej, dusze początkujące odkrywają i pragną Komunii Świętej częściej a nawet codziennie. Innym elementem oczyszczeń jest regularna spowiedź, z dobrym, coraz bardziej świadomy rachunkiem sumienia, który pozwala na poznawanie siebie. Jest się wówczas zdolnym do pewnego wysiłku ascetycznego, do stopniowej poprawy, które rozumie się jako doskonalenie i korektę duchowego organizmu. To dlatego na drodze początku dusza chętnie praktykuje rozmaite umartwienia: post, milczenie, wyłączenia telewizji, skromność oczu i języka. Najczęściej wówczas myśli się o przyłączeniu do innych pobożnych i dobrych, odkrywając życie wspólnotowe. Głównym znamieniem etapu początkujących jest też radosne przeczucie tego, że Bóg towarzyszy ludziom wierzącym w każdym, nawet najbardziej  prozaicznym momencie ich pracy, nauki albo odpoczynku.
   I oto nagle w samym centrum duchowej sielanki, w niespodziewanym choć zaiste odpowiednim momencie, pojawi się zgrzyt: Bóg, który zaprosił, odnalazł, przygarnął i błogosławił, pierwszy raz domaga się oczyszczenia. Co się stało? W momencie nawrócenia krajobraz wiary wydawał się być krainą, która opływa w mleko i miód. Tymczasem na drodze początkujących rodzą się nagle wątpliwości. Trwa modlitwa lecz gdzieś w głębi serca ożywa niepokojący dyskomfort i podnosi pierwszy raz głowę pokusa by zawrócić, odpocząć, żyć jak wszyscy ludzie, nie wygłupiać się a nawet prywatnie rozczarować się Bogiem. Co się dzieje?
   Jak mówiłem, istotą życia duchowego jest rozumny wybór, a nie bezprzytomne naśladownictwo. Podstawowym celem duchowego wzrostu nie jest sztuka ascezy ani nadprzyrodzone fajerwerki. Ascezę potrafi uprawiać tak naprawdę każdy. I każdy przeciętny, pentekostalny pastor zna się na sztuce socjotechniki czy hipnozy tłumu. Bogu chodzi jednak nie o pobożne sztuczki ale o prawdziwą motywację nawrócenia. Najczęściej bowiem na drogę początkujących - co zaskakujące lecz oczywiste - nie wchodzi się ze względu na Boga lecz ze względu na upragnione łaski. Poszukiwanie daru Bożego nie jest zaś wcale równoznaczne z poszukiwaniem Boga.
   Droga początkujących ma więc za cel oczyszczenie motywacji wiary. Pierwszy raz nawróciłeś się dla siebie, by inkasować duchowe profity: cieszyć się pobożnością, szukać w sobie nadprzyrodzoności i doceniać siebie za dobre, moralne wybory. Podczas etapu oczyszczenia jest natomiast szansa na ponowne nawrócenie, czego uczciwie domaga się Bóg. Nawrócenie od egoizmu, skupienia na sobie, poszukiwania nadzwyczajności i cudów, w stronę wolnej od tego adoracji Stwórcy. To dlatego na drodze początkujących chwile pociech przeplatają się z momentami goryczy a chwile światła z momentami buntu i zwątpienia. Wszystko po to, by dopełnił się cel tego okresu życia wewnętrznego: oczyszczenie motywacji w wyborze Boga.
   Tę przełomowy moment na drodze początkujących najtrafniej chyba, choć niezwykle radykalnie, przedstawił Jan od Krzyża, Doktor Kościoła i hiszpański mistyk XVI wieku. W swoim genialnym dziele pod tytułem: "Droga na Górę Karmel", w księdze drugiej, pisał On bowiem: "Od kiedy Bóg dał nam swego Syna, który jest Jego jedynym Słowem, nie ma innych słów do dania nam. Przez to jedno Słowo powiedział nam wszystko naraz. To bowiem, o czym częściowo mówił dawniej przez proroków, wypowiedział już całkowicie, dając nam swego Syna. Jeśli więc dzisiaj ktoś chciałby Go jeszcze pytać lub pragnąłby jakichś wizji lub objawień, nie tylko postępowałby błędnie, lecz także obrażałby Boga, nie mając oczu utkwionych jedynie w Chrystusa, szukając innych rzeczy lub nowości".
   Prolog, etap oczyszczeń albo droga początkujących to wyzwolenie autentycznej motywacji. Przyszedłeś do teatru, by przeżyć dreszczyk emocji i płakać ze wzruszenia albo ziewać i jak często to bywa - krytykować. Lecz centralna norma wolności sprawiła, że nie będziesz widzem. Zostaniesz reżyserem sztuki.

   

piątek, 24 kwietnia 2015

Impuls wobec procesu...

   Tym dokładnie, czym iskra jest wobec ognia, tym samym jest nawrócenie w stosunku do całego życia duchowego człowieka. Tak często, długimi wieczorami, w gronie dobrych przyjaciół towarzyszy nam ta chwila ekscytującego napięcia, kiedy ktoś sprawnie przykłada zarzewie do pierwszego płomienia i nagle jasność rozświetla mroczną głębię wieczoru. Któż jednak z nas pamięta o pierwszym płomieniu, gdy nadejdzie wreszcie potęga nocy? Wszyscy gromadzą się nie wokół iskry lecz blisko ognia, poszukując ciepła, bezpieczeństwa i blasku. Dlatego od dłuższego czasu moje zdziwienie budzi chyba przesadzona, współczesna koncentracja wielu na temacie nawrócenia w wierze, przy jednoczesnym odepchnięciu precz o wiele ważniejszej kwestii wytrwania w łasce.
   W świecie chrześcijańskim trwa dziś poważna dyskusja nad przynajmniej kilkoma tematami zapalnymi życia duchowego katolików, stawiając często po jednej stronie nieufnego dyskursu sceptycznych, racjonalnych krytyków, po drugiej zaś subiektywnych, namiętnych wyznawców. Brakuje wymownie środka. Oto bowiem wyruszamy choćby do argentyńskiej miejscowości Salta, gdzie od kilku lat lokalna wizjonerka, kobieta zamężna, matka kilkorga dzieci, twierdzi, iż widzi Matkę Bożą, otrzymując od Niej orędzia i przesłania. W Salta dzieją się nadzwyczajne cuda. Do Salta ciągną co sobota tysiące pielgrzymów, pragnąc kolejnego znaku. Miejscowy ordynariusz jednak robi krok w tył, nabiera dystansu, nie chce komentować, prosi Watykan o szybką interwencję. W gruncie rzeczy, jeśli przyjrzymy się bliżej tej rzeczywistości, argentyńskie Salta to latynoska kopia bałkańskiego Medjugorje, słynnego sanktuarium w Europie, gdzie od dłuższego czasu pobożny tłum odkrywa coraz to nowe charyzmaty, widzi i słyszy Matkę Bożą, a Ona nie przestaje przekazywać wszem i wobec i często swojego orędzia. Tymczasem niepokojące moralnie rzeczy miały zaistnieć w życiu kilku widzących z Medjugorje. Biskup Dubrovnika nie chce słyszeć o sprawie. Wypisuje w odpowiedzi opinię negatywną. Wszyscy spodziewają się radykalnych decyzji Rzymu. 
   I oto kilka lat temu w polskim Niepokalanowie prowadzą rekolekcje charyzmatyczne dwaj, peruwiańscy dominikanie. Z dni skupienia potem w Kościół rusza kilkudziesięciu księży, którzy rozpoczynają w wielu parafiach i seminariach, podczas pielgrzymek maturzystów i Wieczorów Chwały, kłaść ludzi na posadzkach, twierdząc, że to jest kontemplacja, jakiej surowo nawróconym udzielać może Duch Święty. Ta kontemplacja ma uzdrawiać. Co więcej, w krok za snem na posadzce kościołów pojawiają się inne zjawiska: spowiedź furtkowa, bezceremonialny chichot podczas adoracji eucharystycznej, nazywany darem wspólnotowej radości oraz powszechne uzdrowienia na stadionach. Wszystko to tłumaczy się zwiększoną, skompresowaną, zredukowaną w czasie i przyśpieszoną - ze względu na niespotykanie pogańskie czasy - działalnością Ducha Bożego. Tymczasem zaniepokojeni teologowie wskazują palcem na doświadczenie skrajnych sekt protestanckich i stadionowe zjawisko hipnozy, nazywanej Toronto Blessing, łudząco podobnej do charyzmatycznego snu na posadzkach kościołów. W końcu Komisja Episkopatu Polski niedawno, jednym dekretem, kategorycznie nakazuje zawracać od furtek do spowiedzi generalnej. Krytycy w natarciu, wyznawcy milczą, zapewne schodząc do podziemia.
   Spróbujcie, proszę, kiedyś, publicznie, w obecności wyznawców, wyrazić swoją wątpliwość. I nie to wątpienie - co zaiste byłoby gorszące - wobec istnienia Trójcy Świętej albo realnej obecności Pana w Eucharystii. W tej kwestii rozumiałbym bez słów bezwzględność pobożnego kontrataku. Wyraźcie natomiast - co jest rzeczą naturalną, bo nawet Katechizm pozostawia nam tu pełne prawo do wątpienia - delikatny dystans odnośnie autentyczności przesłań z Medjugorje lub rzekomej kontemplatywności stanu pokładania się niektórych na posadzkach świątyń. Spadną na was gromy potępienia. Oskarżą was o ateizm. Najczęstszym zaś argumentem, w imię jakiego zamyka się usta wszelkim znakom zapytania, jest hasło: milcz niedowiarku - ja dzięki temu przeżyłem nawrócenie!
   I nie przeczę. Być może. Przecież nawrócenie w wierze nie jest ani jej punktem kulminacyjnym ani jej istotą. Do nawrócenia Dobry Bóg może doprowadzić człowieka nawet za pomocą absurdu, gdy życie ludzkie zawikła się do tego stopnia i poziomu, że już tylko Miłosierdzie pozostaje sensowną odpowiedzią. Łaskawy Pan może wzywać ku przemianie wewnętrznej nawet ustami kłamców, posługując się hipokrytą, komunistą czy bankierem, których gesty, słowa lub czyny wydrążą duszę na tyle, by ktoś pojął wreszcie, iż tylko Bóg nie zawodzi. Tylu prostych ludzi zaczęło odmawiać różaniec, gdy przed laty w Polsce zapanowała moda, by oglądać Matkę Bożą na szkłach niedomytych okien - warto więc może było! Tysiące uczciwych chrześcijan zapisało się do wspólnot Krwi Chrystusa, Ruchu Rodzin Nazaretańskich czy Legionistów Chrystusa, otrzymując dar wewnętrznej formacji, choć dopiero potem odkryto przed oczyma historii wstrząsające fakty z życia fundatorów i założycieli tych ruchów. Dlaczego? Bo wytrwanie w łasce, a nie nawrócenie jest ostatecznym argumentem. Bo świadectwa przed zgromadzeniem godny jest proces, a nie pierwszy impuls. Zaświadczyć więc może prawdziwie nie ten, kogo wczoraj podobno dotknął Pan lecz ten, który od trzydziestu lat nigdy nie opuścił Eucharystii, medytował codziennie Słowo Boże i dochował wierności własnemu powołaniu, więc przez Pana był prowadzony bez cienia wątpliwości.
   Nie ma również najmniejszego sensu używać tarczy nawrócenia jako obrony przed weryfikacją zjawisk niepewnych, nieznanych lub kontrowersyjnych. Niech jeżdżą ludzie do Salta, niech na posadzkę świątyń kładą się wybrańcy, nazywając ten moment swoim nawróceniem - nie zmienia to faktu, iż Kościół wszystko, co dziwne, obce lub nowe, musi poddać badaniu, nigdy nie odmawiając swej łaski tym, którzy pragnąć będą przede wszystkim duchowego wzrostu. I jeśli pewnego dnia, weryfikacja Urzędu Nauczycielskiego stwierdzi, że ktoś do pierwszego ziarna posiewu dodał podstępem zatrute nasiona, nie musi zmieniać to faktu, że ci, którzy pracowali uczciwie potem przy uprawie zboża, mogą słusznie szykować się do żniw. Plewa zostanie odsiana od ziarna.
   Nadmierna koncentracja na pierwszym momencie nawrócenia - w jakikolwiek sposób, za pomocą jakichkolwiek narzędzi i w jakimkolwiek miejscu by ono nastąpiło -  jest jałowa, niebezpieczna i szkoda na nią czasu. Znaczący jest proces, a nie impuls. Jeśli Kościół pozwoli dziś nadmiernie rozdmuchać iskrę nawrócenia, zaniedbując wychowanie do wewnętrznego postępu, wiara chrześcijan może stać się infantylnym sentymentem. Dziś chrześcijaństwu obok kerygmatu jeszcze bardziej potrzebna jest pogłębiona katecheza, jako sprzeciw wobec ignorancji i pozytywny wykład wszystkich, możliwych do zgłębienia, przestrzeni duchowego misterium. Klasycy wiary powiedzą, że nawróceń w życiu tak naprawdę jest wiele, zaś monumentalne etapy życia duchowego są tylko trzy: oczyszczenie, oświecenie, zjednoczenie. Nie ma sensu łzawe klęczenie w miejscu pierwszego nawrócenia. Trzeba w drodze przeżyć istotną próbę wiary. Bez wyruszenia na szlak, powstaje w duszy zagrożenie egzaltacji lub wewnętrznego niedorozwoju. Podnosi głowę szybko pokusa ciągłego oczekiwania sensacji lub nadzwyczajności, prowokując chorobę auto-adoracji maniaka duchowego, który z jakiegoś motywu uwierzył, że światło jego nawrócenie jest szczególne, inne lub przełomowe w dziejach Kościoła.
    Tymczasem entuzjazm nawrócenia w niczym nie dorównuje potędze wewnętrznego wzrostu. Niepowtarzalna przygoda, zwana życiem duchowym, zaczyna się dopiero po przejściu progu nawrócenia. Pierwsza zażyłość z Panem, zawsze obecnym w tabernakulum. Kosztowanie medytacji nad Bożym Słowem. Codzienna, półgodzinna Eucharystia, przeżyta w sposób prosty, wręcz surowy, tak, aby niepotrzebne emocje nie zagłuszały wizyt Oblubieńca. Regularna praca nad sobą w warsztacie ascezy i zwarta, systematyczna spowiedź, która pozwala wstać, nabrać powietrza, kroczyć dalej niestrudzenie. Niezdobyte szczyty pokory, chwile irytacji nad sobą i pokusy zawrócenia z drogi. Wierność, co kosztuje wiele i przechodzi stopniowo w noc ducha. Bóg jakby oddala się lecz jednocześnie nie pozwala sercu umierać z tęsknoty. Potem próby wiary, obcość świata, totalne zaufanie w porażkach i na koniec miłość, wolność, pokój tej decyzji serca, które już na zawsze odkryło, że nikt na tej ziemi dla niego nie znaczy tyle, co Bóg. To dlatego nie lubię słuchać dopiero co nawróconych. Nie mają jeszcze zmarszczek, siwych włosów i nagich stóp odartych przez pustynne kamienie. Lecz szukam jurodiwych starców. W oceanach ich oczu mieszczą się trzy epoki życia duchowego.
    Dokładnie taki tytuł nosi jeden z najważniejszych w historii Kościoła podręczników ascetyki i mistyki, autorstwa Reginalda Garrigou-Lagrange'a: "Trzy okresy życia wewnętrznego". W punkcie poświęconym wymownemu zagadnieniu oczyszczenia dna woli, wybitny Autor pisze tak: "w miłości Boga niedoskonałej, czyli służalczej, dusza prawie nieświadomie szuka samej siebie. Przed świętym Janem od Krzyża Tauler kładł wielki nacisk na to, że wola wymaga oczyszczenia z egoizmu często nieświadomego, który trwa w niej od dawna, co skłania nas do niespokojnej i jałowej rozmowy z samymi sobą zamiast uspokajającej i ożywczej rozmowy z Bogiem. Tauler mówi często o tym nieświadomym egoizmie, który skłania nas jeszcze do szukania siebie we wszystkim. Widać z daleka, do jakich skrajności może doprowadzić ten osad egoizmu i pychy, który nas zaślepia i nie pozwala nam uznać naszych błędów. Jest więc rzeczą bardzo ważną, aby światło życia wiary żywej i darów Ducha Świętego przeniknęło w głąb naszego rozumu i niejako do korzenia naszej woli. Nie wystarczy do tego poznanie litery Ewangelii i uznanie jej; trzeba przyswoić sobie do głębi Jej ducha. W przeciwnym razie, pod pozorami chrześcijaństwa, w formach języka chrześcijańskiego, zachowalibyśmy w samym naszym wnętrzu coś, co nie jest chrześcijańskie i co stawia opór światłu życia; byłaby na dnie naszego rozumu i naszej woli, jakby forteca, gdzie chroni się miłość własna, która nie chce się poddać, nie chce dopuścić, by królestwo Boże ustaliło się w nas głęboko i na zawsze". (Reginald Garrigou-Lagrange, Trzy okresy życia wewnętrznego, Niepokalanów 1998, ss. 702-703) Czy ktoś z dopiero co nawróconych otworzył już spis treści tego dzieła?
   Dziś Kościołowi potrzebna jest odważna obrona procesu wzrostu wiary, a nie banalny spór o autentyczność pierwszego impulsu. Nie wolno przecież zaniedbać ognia, bawiąc się ulotną iskierką.