sobota, 13 września 2014

EPICENTRUM - odc. 2



   Turkowski już tam jest i przygotował wszystko. Nie denerwuj się - powiedziała cicho Emi, chwytając z tyłu chłodną dłoń matki. Powiedziała to na wszelki wypadek, bo przecież w takich sytuacjach mówi się podobne zdania, którą nie znaczą wiele ale też nie kosztują nic. Agnieszka nie poruszyła się nawet. Nie zareagowała wcale. Jej spokój imponował córce od lat i być może właśnie ta niewzruszona nigdy, niczym moc umysłu, duszy, sumienia, emocji, była absolutnym fundamentem przyjaźni, jaka połączyła już na zawsze dojrzałą wiekiem matkę z dojrzewającą szybko córką - nastolatką. Agnieszka wpatrywała się w okno uporczywie jeszcze chwilę, a potem na kilka minut zakryła ręką oczy, jakby wewnętrzna ciemność była w całej tej sytuacji lepszym już wyborem, niż błękitna, poranna mgła, w którą wjechał samochód z jej mężem w środku.
   Agnieszka i Emilia wiedziały o wszystkim nie od początku lecz od bardzo dawna. Emi słynęła z inteligencji. Uwielbiała obserwować świat i ludzi. W szóstej klasie podstawowej szkoły zwyciężyła w konkursie fizycznym, pokonując nawet licealistów. Rok później na dwa dni zginęła nagle rodzicom. Andrzej, wówczas już wpływowy człowiek w stolicy, znalazł ją - zdumioną szczerze niepokojem wokół całej sprawy - za pomocą służb specjalnych państwa, na lotnisku Chopina. Obserwowała ludzi, rozmawiała z przylatującymi w trzech językach, pytała: czego szukają w Polsce i co już o niej wiedzą? Zapisywała wszystko skrupulatnie, pod każdą notatką podsumowując wnioski. Lotnisko było dla niej jak żywioł wędrującej w różnych kierunkach ludzkości, jak nowożytna wieża Babel, jak hymn o wolności człowieka. W całej swej badawczej szczerości nawet nie zauważyła, gdy minęły dwa dni, nie czuła głodu i nie chciało się jej spać. Andrzej znalazł ją na tarasie widokowym lotniska, podczas rozmowy, jaką prowadziła po angielsku z żydowskim rabinem, dyrektorem archiwów Yad Vashem, który potem długo ściskał dłoń zdumionego na przemian i wściekłego ojca, gratulując mu znakomitego wychowania córki.
   Dlatego właśnie kilka już miesięcy temu Emi jako pierwsza odnotowała i zbadała zmianę w zachowaniu Andrzeja. Wszystko było niby tak samo regularne: Andrzej jak zawsze odwoził ją rano do szkoły, potem telefonował około południa, wieczorem - uśmiechnięty choć zmęczony - przytulał długo swoją córkę, jednym okiem zerkając na wieczorne wiadomości w publicznej Jedynce. Drogą jednak do wychwycenia zmian była najpierw Agnieszka. Emi wyczuwała jakiś niepokój i smutek matki oraz tę przemożną chęć, by wszystko ukryć przed małą i maksymalnie zabezpieczyć zewnętrzny świat przed jej domysłami. Aby tylko nie dało się wyczuć żadnego tąpnięcia ani przesilenia. Agnieszka nie dopuściła więc, by cokolwiek zmieniło jakąkolwiek z dobrych reguł życia ich domu. Ale Emi miała siódmy zmysł. I natychmiast wszystkie receptory jej inteligencji, pamięci i serca chwytały te szczegóły, których świat materialny nie jest w stanie odnotować, bo żyją one poza horyzontem policzonej fizycznie rzeczywistości.
   Matka więc tak samo gotowała swemu mężczyźnie poranny kubek mleka - ale gdy za to całował ją w czoło - miała w oczach kilka kropel łez. Zaledwie kilka kropel. Lecz dla Emi były one jak powódź, która systematycznie przełamuje tamę spokoju. Ojciec więc tak samo odwoził swoje dziecko rano do szkoły ale w drodze zaczynało brakować mu pytań i żartów. Gubił wątek rozmowy. Zerkał ze spoconym czołem często na telefon i wówczas na długie minuty oblegała ich ponurym murem ta cisza, która zapowiadała poważne, smutne zmiany. Pewnego dnia Andrzej nie zadzwonił do córki w południe, a potem zupełnie zarzucił już ten zwyczaj. Owszem, przytulał co wieczór swoje dziecko. Ale nie było już w tym uścisku jego serca - Emi wyczuła to doskonale. A jeśli nawet było - to było to serce inne, jakby ktoś wykroił z niego całą tę radość, wolność, twórczość i dobroć, w której córka od dziecka przyzwyczaiła się tulić i znikać całkowicie.
   I jeszcze był ten ogród. To znaczy kawałek ogrodu, który przed laty zasadził dziadek Emilki i nauczył ją, że każde drzewo ma swój rozum i potrafi przez to prowadzić osobliwy dialog z człowiekiem. Emi rozmawiała z drzewami. Dopóki żył dziadek: ze wszystkimi drzewami ogrodu. Ale oto przed kilkoma miesiącami ojciec zamknął jego część, gdzieś z tyłu, przy drzewach obcych - drzewach z lasu, które zdawały się nie mieć rozumu i mówiły jedynie językiem wiatru, słowami skargi, a nie mądrości - i nie chciał, aby ktokolwiek tam wchodził. Emi przestrzegała zakazu ojca aż do pierwszej, głośnej kłótni rodziców - kłótni, która trwała zaledwie chwilę, nigdy jednak przedtem nie była gościem w ich domu, wkraczając więc bez zaproszenia wniosła chłód i śmiertelną, siną nieufność.
   Tej nocy Emi postanowiła wyjaśnić wszystkie przyczyny rodzinnej przykrości. Wiedziała nazbyt dobrze, że jedyna odpowiedź kryje się w zakazanej części ogrodu. Kiedy zapóźnione godziny nocy przyniosły wreszcie wszystkim sen - otworzyła oczy. Ciemność przekonywała ją o bezpieczeństwie podjętego zamiaru. Wyszła cicho z łóżka. Na pidżamę nałożyła ciepły sweter i dżinsowe spodnie. Do kieszeni wsunęła swój telefon. Stara latarka dziadka wisiała przy drzwiach, a klucz tkwił jak zwykle w zamku, od środka. Pod kurtkę wsadziła jeszcze notes. W takich chwilach wyobraźnia tworzy zbyt wiele emocji. Trzeba zapisać wszystko, a potem oddać do laboratorium - powiedziała Emi sama do siebie, stukając dużym palcem w czubek własnej głowy. Potem otworzyła drzwi domu i weszła w noc.
   Znała ogród dziadka na pamięć. Wszystkie ścieżki, mały strumyk po prawej stronie, życiodajne rośliny i chroniące przed słońcem południa, dalekowschodnie, rozłożyste krzewy, które nie traciły liści nawet jesienią i zimą. Ciemności nie skradły jej znakomitej orientacji. Emi wiedziała, że szeroka ścieżka, wyłożona kamieniami, prowadzi wprost do starej części ogrodu, którą zasadził i pielęgnował dziadek. Ale w pewnej chwili od głównej drogi odbijała, jakby wydeptana przez ojca i ledwie widoczna, dróżka w bok, nawet nie ścieżka ale piaszczysty ślad, przesiew, miejscami zmielony w zębach chwastów i traw. Emi zawahała się chwilę. Chłód nocy chwycił ją zawistnie za stopy ale spojrzała raz jeszcze w okna sypialni rodziców i zdecydowanym krokiem wkroczyła w zakazaną, oddzieloną część starego ogrodu.
    Nie rozumiała czego tutaj, tyle godzin każdego dnia, chciał szukać jej ojciec. Piękny bowiem ogród szybko przekształcał się w pełen nieładu wąwóz. Ciężko było stawiać kroki nie tylko z powodu dyktatu absolutnej ciemności ale przede wszystkim dlatego, że trzeba było iść po miękkim poszyciu, chwilami kryjąc nogi po kolana w nieprzyjemnym, lepkim i wilgotnym mchu. Świat zakazanego ogrodu milczał. W pierwszych chwilach Emi nasłuchiwała jeszcze, co mówią drzewa. Ale one nie mówiły nic. Nie znały żadnego języka. Nie wypowiadały nawet najprostszego słowa. Nie miały mądrości tych drzew zasadzonych w ogrodzie dziadka. Nie miały życia. Po prostu więc szła przed siebie, potykając się raz po raz, zwalniając kroku i latarką rozpraszając mrok tego, co miało nastąpić.
   Wydeptany przesmyk wąwozu doprowadził ją w pewnej chwili do drewnianego baraku. Zatrzymała się zdezorientowana, ponieważ drzwi tego pomieszczenia wyłoniły się z ciemności tak nagle, tak gwałtownie, jakby uderzając dziewczynę prosto w twarz. Na chwilę straciła oddech. Trochę ze zdziwienia, trochę ze strachu. Po chwili emocje odbiegły i latarka znów zaczęła tłumaczyć osnutą ciemnościami nocy, nową, nieznaną rzeczywistość. Barak chwilami przypominał więc małą świątynkę - notowała Emi na kolanie. Trudno było opisać w jakim rycie i stylu architektonicznym ten kościół został zbudowany. Pewne elementy przypominały cerkiew, inne bazylikę. Dach natomiast, umieszczony gdzieś w wyniosłych ciemnościach, podobny był zupełnie do buddyjskiego aśramu lub mniszej, ascetycznej pustelni. Drzwi były założone od zewnątrz ale nie zamknięte zupełnie żelazną kołatką w kształcie głowy lwa. Emi nacisnęła kołatkę i weszła do środka.
   Po pierwszych krokach wewnątrz zabrakło jej oddechu. Wszystko w świątyni cuchnęło wręcz z jednej strony brakiem świeżego powietrza i przewiewu, a z drugiej jakąś mieszaniną kadzidła, starych ubrań, świec, pleśniejącego papieru i krwi. Emi poczuła jak ciemny świat wiruje w jej głowie i upadła na ziemię. Latarka wypadła z jej dłoni, tocząc się sama i spadając nagle gdzieś w dół, po drewnianych schodach. Świątynia zaczęła tańczyć śmiesznie w rytm, szarpanych uskokiem stopni, elektrycznych promieni. Emi notowała szybko: stary mundur dziadka, zdjęcia ojca z dzieciństwa, nadpalone flagi Solidarności, księgi, zdjęcia polityków, gazety podziemne wydawane za komunistów, a drukowane na powielaczu, chyba Biblia albo obok jeszcze inne pisma i książki na pierwszy rzut oka bardzo stare, rząd zdjęć ojca z zagranicznych podróży, portret jakiegoś przywódcy - nie widziała go nigdy w życiu osobiście i nigdy nie czytała o nim w podręcznikach historii, ikony ale jakieś dziwne, mieszane, skupiające w tle postaci ze wszystkich chyba religii świata, od Zaratustry po Chrystusa... nagle snop światła latarki dziadka zatrzymał się na ostatnim stopniu i oświetlił ostatecznym blaskiem duży, kamienny ołtarz ze skrzynką ustawioną w jego centrum.
   Emi otrzepała spodnie, wstała, podniosła latarkę i podeszła do kamienia. Stały na nim dwie świece, jakby w pewnej odległości od małego koszyka na środku. W koszyku albo skrzynce - widać było, że ktoś - pewnie Andrzej - robił to coś szybko, własnymi rękami - dziewczyna spostrzegła trzy, elektroniczne karty pamięci. Nic więcej. To dziwne - wyszeptała do siebie w ciemnościach i wyciągnęła rękę w stronę tajemniczej skrzynki.
   W tym momencie nagły blask flesza oślepił ją zupełnie, jakby coś lub ktoś z góry, z zaskoczenia, znikąd, nagle, zza stropu buddyjskiego sufitu, zrobił jej zdjęcie. Zabolały oczy i Emi poczuła z całą realnością własnego przeświadczenia, że obcy człowiek - tutaj albo w innym miejscu - ogląda z uwagą i nienawiścią jej twarz. Krzyknęła z lęku. Wiedziała, że nie chce i nie może być teraz sama. Wyciągnęła z kieszeni telefon, odblokowała klawiaturę i kciukiem prawej ręki powędrowała na liście nazwisk w kierunku litery S. W końcu blade światło podświetliło ostatnią pozycję w tym sektorze telefonu - Szałata. W prawej, zaciśniętej dłoni trzymała mocno trzy, nieodszyfrowane jeszcze, wydobyte z koszyka, elektroniczne karty pamięci.

wtorek, 9 września 2014

EPICENTRUM - odc. 1 (próba powieści)

   Andrzej był przekonany, że słyszy oddech zasypiającej przy nim Agnieszki ostatni raz na wiele lat. Być może ostatni raz w życiu - wyszeptał sam do siebie ale tę myśl wyszarpnął z głowy jakby jednym, zdeterminowanym cięciem woli. Tej nocy nie zasnął. Nie mógł zasnąć, gdyż nie nastawił budzika. Nie chciał, aby jego żona usłyszała dźwięk, który podnosił ich na nogi każdego poranka od dwudziestu prawie już lat. Musiał wysunąć się z łóżka niepostrzeżenie, ubrać jedyne spodnie i buty, a potem szybko zostawić wszystko, co dotąd było całym jego życiem. Więc czuwał tej nocy. Nie było to wcale trudne, gdyż głośny tupot wszystkich, nagich lęków i wszystkich, negatywnych myśli bezustannie tętnił w jego wyobraźni. Stary strażnik - budzik, tej ostatniej nocy był naprawdę zbędny.
   O 4.50 zerknął dyskretnie na zegarek. Miał zaschnięte gardło. Mniej więcej za dwie godziny Agnieszka wstanie i zacznie go szukać. Wtedy zauważy, że włączony jest i działa jego osobisty komputer. Wybudzając maszynę z elektronicznego czuwania, odnajdzie otwarty na ekranie plik z tekstem przeznaczonym tylko dla niej. Ona zrozumie. Nie było żadnego, lepszego rozwiązania - Andrzej tłumaczył to sobie całą noc. Nawet poruszał wargami tak, jakby już teraz, poprzez ścianę snu, prowadził jakiś dialog ze swoją żoną, bezpiecznie ułożoną w ciepłej pościeli. Nie wydawał jednak żadnego dźwięku, żadnego westchnienia, żadnego, najmniejszego szeptu, czując, że nie ma jednak w ręku wszystkich, dobrze przemyślanych argumentów - I tylko ona jedyna na świecie potrafi to wyjaśnić jakoś Emilce... - po wygranym pojedynku z tą ostatnią tezą delikatnie, bezszelestnie wyszedł z łóżka.
   Nie mył się i nie golił. Ale przez okno domowej łazienki zauważył błękitny samochód, stojący jakieś dwieście metrów od ich domu, na ustalonym wcześniej miejscu. Ależ są punktualni i niezawodnie nieufni - wymamrotał sam do siebie. Dwukrotnie uderzył się pięścią po twarzy, próbując odegnać resztę snu lub bardziej może uporać się z jakimś uczuciem niepokojącej rozpaczy, która zdawała się dobierać do jego gardła. Zapiął kurtkę, zawiązał buty, spojrzał ostatni raz w stronę pokoju swojej córki i zagryzł wargi, wiedząc dobrze, że teraz już nie może tam iść. Jeśli pójdę do niej, nie wyjdę z domu. Jeśli nie wyjdę z domu, niedługo będę już martwy - wymamrotał sam do siebie i przestraszył się nagle siły własnego głosu, który jak lawina zdawał się wdzierać do uszu jego bliskich.
   Przerażony, zdecydowanym ruchem przygarnął do siebie mały, lotniczy bagaż podręczny, czyli wszystko, co pozwolono mu zabrać ze sobą. Przekroczył próg domu a następnie sprawnym ruchem klucz wrzucił do skrzynki w drzwiach. Bardzo dobrze - uśmiechnął się do Andrzeja szofer błękitnego samochodu. Był to uśmiech zimnej wyższości, uśmiech, który komunikował jasno, kto tu i teraz wprowadza nowe reguły życiowej gry - bardzo dobrze, że się nie pomyliłeś i wyrzuciłeś klucz do skrzynki w drzwiach, a nie do kieszeni w spodniach. Przecież przeszłość na nic już nie jest ci potrzebna. Inwestujesz w przyszłość. Siadaj.
   Gdy Andrzej zamykał drzwi błękitnego auta podniósł jeszcze oczy - nie mógł przecież jednak tak tylko odjechać lub tak tylko zostać odwiezionym - i przeciągnął wzrokiem w stronę okna ich sypialni. I nagle zobaczył w nim spokojną twarz Agnieszki, która ze smutkiem ale bez emocji obserwowała całą tę, tajemniczą i niejasną scenę. Boże, ona jednak już nie śpi... - wymamrotał sam do siebie. Nikt go nie usłyszał. Przestraszone słowa zagłuszył dźwięk silnika auta, które z impetem ruszyło w stłumionym, zamglonym gdzieś kierunku. Była dokładnie 5.03 o świcie.
 

poniedziałek, 8 września 2014

Konsekwencja nawrócenia ((Ewangelia według Św. Mateusza 8, 23 nn)


Z pewnością znaczącym momentem naszej drogi do zjednoczenia z Chrystusem jest nawrócenie, ta chwila szczególna, kiedy pierwszy albo kolejny raz po pierwszym, przebudziliśmy się dla Boga. Nawrócenie, choć dla wielu z nas związane jest z trudem, przede wszystkim stanowi moment wielkiego szczęścia. Ale oto nawrócenie samo w sobie nie wystarczy. Nie wolno na nim poprzestać, nie wolno go ciągle celebrować, zaznaczać, opowiadać, wyróżniać, bo z bardzo cennej wartości, którą przechowujemy w duchowej pamięci, stanie się ono w końcu motywem zdziwaczenia, egzaltacji, chciwości wewnętrznej lub uwstecznienia na drodze wiary. Przecież w dzisiejszym fragmencie Ewangelii Mateusza dostrzegamy, że uczniowie poszli za Jezusem, to znaczy wsiedli z Nim bezwarunkowo do łodzi, jakoś nawrócili się zatem...dlaczego potem jest w nich tyle krzyku, pretensji, nieufności wobec pełnego pokoju Chrystusa? Bo samo nawrócenie nie wystarczyłoby nam. Nawrócenie domaga się konsekwencji w ciągłym, ufnym i hojnym przyjmowaniu Krzyża, prób, zmian, samotności i wielu wyzwań, o istnieniu których nie mieliśmy nawet bladego pojęcia. Nawrócić się więc bez konsekwencji - to bardzo mała wiara...

Prośba o dyskretnych egzorcystów... (Zob. Mk 5, 1-20)


Nie pamiętam już, czy gdzieś w innych partiach Ewangelii znajduje się takie wydarzenie, w którym Jezus odsyła z kwitkiem, do domu, do mamy kogoś, kto pragnie zostać Jego uczniem. Nawet Judasz został przyjęty, a bohater dzisiejszej Ewangelii - wyzwolony spod wpływu demona - słyszy z ust Pana krótką odmowę: wracaj do swojego domu... Dlaczego? Bo egzorcyzmy Jezusa cechuje nie sensacja, ale dyskrecja. Zawsze dyskrecja. Człowiek, który przynależał do demona - to znaczy wybrał, choćby na jakiś czas, dobrowolnie i świadomie (bo tylko w stanie dobrowolności i świadomości dochodzi do opętania) stan duchowych ciemności, nigdy nie będzie świadkiem Światła. Został Światłu przywrócony, ale nie może o nim świadczyć. Bo świadcząc musiałby odnosić się choćby jednym zdaniem do ciemnej przeszłości, co zawsze prowadziłoby jednak do jakiejś formy sensacji, zainteresowania, komentarza, w którym musiałoby się znaleźć choćby jedno znów słowo o demonie...A Jezus w egzorcyzmach jest dyskretny, nigdy sensacyjny!
Parę tygodni temu odbyłem solidną rozmowę z Irlandką, która uczy w Warszawie angielskiego. Pani Breda - Osoba wierząca, wykształcona i mądra, wyznała mi w końcu, że niepokoi Ją ostatnio bardzo to, coraz częściej wszechobecne w Kościele polskim, niemal publiczne, zainteresowanie się ludzi - w tym Jej znajomych - demonem i egzorcyzmami. I od razu przypomniałem sobie o innej mądrości, jaką przywiozłem z Zielonej Wyspy. Otóż w diecezji dublińskiej nikt - poza arcybiskupem i jego współpracownikami - nie wiedział, kto jest egzorcystą. Wiedzieliśmy jedno: jeśli spotkamy się z przypadkiem dręczenia lub opętania u kogoś z ludzi, a to rozpoznać może przecież każdy, myślący i wierzący ksiądz, to mieliśmy opętanego Biedaka doprowadzić do domu arcybiskupa, oddać w pewne ręce i nie gadać więcej o tej sprawie, tylko modlić się za Niego żarliwie... a potem wróciłem do Polski i zacząłem znajdować telefony do egzorcystów w internecie, zdjęcia z ich działalności, flesze, sensację, wywiady super-gwiazd z krzyżykiem w tle...
Pamiętam, jak parę lat temu nawet w mojej diecezji zaczęło dochodzić do publicznych egzorcyzmów z udziałem tłumów. Pewnego razu tłum ludzi z kilkoma księżmi egzorcyzmował jakąś biedną gimnazjalistkę, a nazajutrz wszyscy uczestnicy spośród duchownych osnuli wokół tego główny wątek niedzielnego kazania, ujawniając intymne szczegóły. Pomyślałem sobie, że ta biedna dziewczyna, nawet jeśli jej pomogło, chyba musi wyjechać ze swojego miasta, bo każdy już wie, że była kiedyś opętana, bo każdy już patrzy inaczej...
Dlatego cieszyłem się niewymownie, że parę miesięcy temu najpierw na dyskrecję podczas egzorcyzmów zwrócił uwagę Tygodnik Powszechny, potem świetne kazanie wygłosił w tym temacie biskup Czaja z Opola, a wreszcie i Polscy biskupi zdeklarowali się uporządkować coraz bardziej nieokiełznaną działalność egzorcystów-gwiazdorów. Czekam, czekam i pamiętam...
Kościół, podążając za Panem, nigdy nie sprawował publicznie egzorcyzmów. Bo Kościół nie ma prawa koncentrować swojej działalności na szatanie, a tylko na Krzyżu Chrystusa i na Jego Zmartwychwstaniu. Bo Kościół ma szanować intymność Ludzi, którym niesie swoją pomoc. Bo Kościół był zawsze mądry i wiedział, że pierwszą pokusą szatana jest pycha, gwiazdorstwo, tania popularność na rynku duchowym - dlatego przez wieki ukrywał swych najlepszych egzorcystów przed tak płytkim ciosem demona. Co się stało z tak mądrą Tradycją dzisiaj i kiedy wreszcie zostanie nam ona przywrócona? Czekam, czekam i pamiętam...

Więcej Jezusa, mniej Kościoła...

Mamy jakąś pietystyczną chyba skłonność, żeby w tym i w podobnych fragmentach ewangelicznych, skupić całą swoją uwagę akurat na słowie Jezusa: "Nawracajcie się...". I jest ono niewątpliwie bardzo znaczące, praktyczne, nieodwołalne dla wiary dojrzałej. Ale w dzisiejszej partii Ewangelii, o krok dalej jest jeszcze jedno słowo Pana: "Pójdźcie za Mną...". Akurat to wezwanie, w naszej praktyce pastoralnej, chyba już całkiem przerobiliśmy na tanią reklamówkę powołaniową większości, katolickich nowicjatów i seminariów, na refren do pielgrzymkowych piosenek, na napis na dropsach i nie powiem, na co jeszcze... a tymczasem mnie ono pomaga absolutnie w byciu katolikiem dziś. Dlaczego? Bo jestem katolikiem, to znaczy idę za Panem. Próbuję Go naśladować. Trzymam z Nim dobrą przyjaźń. Nie dam się od Niego oderwać. Prawda, że coś tu brzmi nie tak? Przecież nam się wmawia, że bycie katolikiem to przynależność do instytucji Kościoła, to chodzenie na Msze i odpusty i do spowiedzi raz do roku. To potem jeszcze obowiązkowy udział w drażliwych sporach naszej epoki: o homoseksualistów, gender i homeopatię. Bycie katolikiem to również przeliczanie: ilu to wiernych zostało jeszcze w Kościele, czy więcej się chrzci, czy więcej odchodzi oraz konieczne stawanie w obronie księży i niekończące się, bzdurne dyskusje z panami, którzy trzymają w rękach prowokacyjny transparent z napisem TWÓJ RUCH. Wreszcie bycie katolikiem, to udowadnianie światu, że Kościół ma swoją partię w Sejmie i że ma tym samym absolutny wpływ na życie społeczne... Ależ nie! To wszystko w byciu katolikiem jest na piątym lub dziesiątym miejscu. Pan nie powiedział: pójdźcie do Kościoła. Pan mówi: pójdźcie za Mną... Odwagi! Więcej Jezusa, mniej Kościoła, a wszystko w Kościele katolickim będzie miało własny, dojrzały porządek...

Chrzciciel a Chrystus - Ludzie wielkiej wolności... (zob. Mt 4, 12-13)

Dlaczego Jezus opuszcza Nazaret? Przecież to Jego rodzinne miasto. Tyle razy widzimy w Ewangelii, że Pan jest przywiązany do swojego domu. Wszystko w zasadzie - od chwili Zwiastowania, aż do zdjęcia z Krzyża i złożenia Ciała Chrystusa pierwszy raz w ręce Maryi Panny - dzieje się w rodzinie, w kontekście Nazaretu, który dzisiaj Pan opuszcza. Co więcej, Jezus usunął się stamtąd. Usunięcie jest brutalne. To jak wyciąć coś człowiekowi i niczym tego, pustego miejsca nie zastąpić. Dlaczego tak mocno Jezus opuszcza Nazaret? Wyjaśnia nam to kilka innych fragmentów Ewangelii: przecież mieszkańcy Nazaretu powątpiewali, czy taki to syn cieśli Józefa może zostać prorokiem; a nie tylko powątpiewali, ale kiedy Jezus powiedział im mocne słowa w synagodze, chcieli Go strącić ze skały; doszło więc do tego, że Pan ze smutkiem doszedł do wniosku, iż każdy, prawdziwy prorok będzie lekceważony wśród swoich... (por. J 4, 44).
A my tak jesteśmy nastawieni na sprawy przeciwne. Tak uczepieni układów w Nazarecie. Że nie przychodzi nam nawet do głowy, by za rzeczy najważniejsze płacić dziś najwyższą cenę. Kto potrafi znieść lekceważenie, pominięcie, przesunięcie na margines, brak pozdrowienia na ulicy, przekazanie mojego stanowiska innej osobie, brak wyróżnienia...? Jeśli status chrześcijanina jest naprawdę statusem proroka pośród świata, nie unikniemy chwili usunięcia.

Mój Opiekun Duchowy - Jan Chrzciciel

Lubię czytać wiele o postaci Jana Chrzciciela. Wzruszająca jest ta scena, kiedy Jan - pewnie po latach, latach - widząc ponownie Jezusa z Nazaretu, wyznaje: Oto Baranek Boży... Jan nawiązuje tutaj do symbolu Paschy - przejścia; Oto Baranek Paschalny... czy Jan, spotykając po latach życia ponownie Pana, nie widzi, że to świadectwo o Jezusie jest jednocześnie Paschą - przejściem, końcem ziemskiego życia Chrzciciela? Jezus nastał, Jan Chrzciciel musi się usunąć. Jan doznaje wzruszenia na głos Oblubieńca i wie, że musi teraz zniknąć, aby świat bez przeszkód mógł kontemplować piękno Pana. To jest i nasza pascha, takie przejście i nas dotknie, tak trzeba będzie kiedyś zrozumieć i usunąć się, żeby zrobić lepszy widok na Pana... odwagi!