środa, 9 marca 2016

La Banda Oriental. Konstrukcja bez pytań nadprzyrodzonych?


            Minęły już prawie dwa lata od chwili, kiedy – po bardzo długiej i prawie w stu procentach przespanej podróży lotniczej – wysiadłem na płycie lotniska w urugwajskim Carrasco. O państwie nazywanym Urugwaj wówczas nie wiedziałem prawie nic. Gdy pierwszy raz rozmawialiśmy z biskupem Fuentesem o palących potrzebach jego biednej diecezji, przez głowę przebiegały mi rozmaite skojarzenia: Paragwaj, nie wiem dlaczego z daleka bliższy mi niż Urugwaj, Forlán, Suárez i Cavani, pampa, konie i dalej białe, nie zapisane niczym strony. Lotnisko w Carrasco jest niewielkie, bo też niewielu ludziom podoba się wybierać gdzieś na koniec świata. Za to pierwszy raz w Ameryce Łacińskiej poznałem tak skomplikowany system odprawy podróżnych i kilometrowe kolejki do okienek celników. Potem, z biegiem czasu zacząłem rozumieć więcej. To nie Europa. Reguł zdroworozsądkowych tu nie ma. Biało – czarnej moralności też nie. Latynosi z czegoś muszą przecież żyć, rzeczywistość więc najczęściej przymruża jedno oko. Zapewne bezwzględnym odruchem współczesnego podróżnika, po szczęśliwym odzyskaniu bagażu, jest natychmiastowe podłączenie się pod sieć komórkową. Nigdy nie zapomnę pierwszego sms, który dotarł do mnie z Polski. Wysłał mi go trochę żartem ks. Stefan, znawca tego regionu. Wiadomość tekstowa odebrana w Urugwaju z Polski, była autentycznym, a zarazem żartobliwym cytatem wypowiedzi anonimowej stewardessy, która przywitać miała kiedyś podróżnych w Montevideo następującym komentarzem: “Bienvenido a la República Oriental del Uruguay, que tiene tres millones de habitantes, que comparten su territorio de 187.000 km cuadrados, con veintitres millones de ovejas y diez millones de vacas”. Dla niewtajemniczonych w zawiłości pięknego języka hiszpańskiego, wiadomość ta wyjaśniała mi, że oto znalazłem się w kraju, który zamieszkuje około trzech milionów mieszkańców, mieszczących się na stu osiemdzięsieciu siedmiu tysiącach kilometrów kwadratowych terytorium swego państwa, dzieląc przestrzeń życiową z dwudziestoma trzema milionami owiec i dziesięcioma milionami krów.
            Te proporcje nie są wyssane z palca – przeciwnie: paradoksalność statystyczna, etniczna, społeczna lub światopoglądowa to stała cecha tego małego kraju, polityczną przebiegłością Anglików, w drugiej połowie osiemnastego wieku, na siłę wyciśniętego między imperium hiszpańskie na południu – Argentynę oraz dominium portugalskie na północy – Brazylię. Najpierw tereny, które dziś tworzą terytorium Urugwaju, wchodziły w skład kolonialnych latyfundiów Hiszpanii, nosząc stosowaną czasem do dziś nazwę – La Banda Oriental: czyli Wschodni Brzeg. Potem swoje dyplomatyczne palce w rejon La Platy usiłowali wepchnąć Anglicy, nieco zazdrośni o hiszpańsko – portugalską dominację na całym kontynencie Ameryki Południowej. I tak, w skutek machinacji politycznej synów Albionu, tereny dawnej Bandy Oriental zaczęły przejawiać żywą chęć autostanowienia, która dopełniła się sukcesem niezależności państwowej, ogłoszonej w roku 1830. Tak powstała Wschodnia Republika Urugwaju.
Myślę, że Urugwaj jest jedynym krajem świata, w którym połowa populacji narodu żyje w stolicy państwa – w Montevideo. Miasto położone nad La Platą nie jest wielką metropolią, za to na pierwszy rzut oka szokują tu skrajności: od dzielnic elit po zaułki nędzy. Od pięknych, kolonialnych zabytków po nieład, bród i wilgoć. Od strzeżonych przez policję, zagranicznych wycieczek, po niewyjaśnione zabójstwa nocą i od ekspozycji prac latynoskich artystów na wybrzeżu, po handlarzy narkotyków, których tutaj nigdy nie brakuje. Z zawiłości i paradoksów polityki zrodził się Urugwaj, w wielu podobnych zawiłościach kształtuje się dziś jego współczesne oblicze. Szanowny turysta opuszcza Montevideo, aby zaraz poznać od nowa krainę pełną bogatych niespodzianek, pytań i sporów: Urugwaj to kraj biednych czy bogatych? To państwo o ustroju demokratycznym, czy też oligarchia, którą politycy łatwo mogą kontrolować? Czy ten naród wytworzył już własną kulturę, czy też wszystko w Urugwaju jest jedynie kopią obyczajów wielkiej, sąsiedniej Argentyny? I gdzie tak naprawdę powstało tango oraz gdzie najczęściej śpiewał Gardel: po wschodniej, czy zachodniej stronie La Platy? Coraz częściej jestem przekonany, że na te wszystkie wątpliwości nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Dla nas jednak najbardziej palącym zagadnieniem Urugwaju jest jego przysłowiowy, osławiony, dogmatyczny, nienaruszalny i rzeczywiście imponująco silny ateizm, areligijność i laicyzm. Jak do tego mogło dojść? Że pomiędzy oceanem wiary chrześcijańskiej, czyli katolicką Argentyną, a morzem duchowego pobudzenia ewangelicznego, czyli Brazylią, udało się jakimś sposobem trzech milionów dusz ludzkich pozbawić jakiegolowiek odruchu duchowego? Jak to możliwe? Czasem niektórzy żartują, że Urugwajczyk jest mocnym argumentem przeciwko twierdzeniom pierwszego pragrafu Katechizmu: otóż nie zawsze z natury swej człowiek otwarty jest na Boga. W kraju tym praktykuje wiarę katolicką może dwa procent jego mieszkańców – natomiast innej konkurencji religijnej nie widać. Mój biskup stan duchowy Urugwaju nazywa z przekąsem ignorancją obowiązkową – wpojoną wszystkim, równo, pedagogicznie od dziecka. Ateizm stanowi bowiem kręgosłup urugwajskiej konstytucji od wieków. Zręczna inżynieria dusz doprowadziła do powstania eksperymentalnego społeczeństwa, w którym zasadą jest nieświadomość rzeczywistości nadprzyrodzonej. Proces ten, moim zdaniem, składa się z trzech momentów postępowych, które warto prześledzić, z ogromnym pożytkiem dla potomnych.

1.      Efekt Vareli

Profil José Pedro Vareli, uchwycony nawet już na pierwszych jego fotografiach, jest zdecydowanie marksistowski. Varela to mężczyzna o surowym wzroku. Ostrza i pioruny jego oczu przecinają anachroniczne więzy aktualnego czasu. On patrzy zawsze dalej, gdzieś tam bowiem znajduje się idealna odpowiedź, owo tu i teraz jest natomiast z reguły godne reformowania. W epoce, w której przypadło mu żyć, podróż do Europy była społeczną nobilitacją. Status materialny rodziców młodego José Pedro pozwalał na taki kaprys. Sen europejski sentymentalnego idealisty dopełnił się w latach 1867 – 1868. Podczas wyjazdu na Stary Kontynent Varela nie marnował czasu, zaprzyjaźniając się przede wszystkim z Victorem Hugo - wybitnym pisarzem, który początkującego wówczas, urugwajskiego socjologa i myśliciela, szeroko wprowadzał w myśl Augusta Comte‘a. Comte na zawsze będzie już przewodnim autorytetem, natchnieniem i mistrzem w późniejszych latach i działaniach Vareli. Z Paryża do Urugwaju młody filozof wraca przez Stany Zjednoczone, gdzie z kolei zawiera dobrą znajomość z argentyńskim liberałem Domingo Faustino Sarmiento. Natchniony ideologiczną, europejską pielgrzymką Varela postanawia bez zwłoki włączyć się w proces społecznej reformy Urugwaju.
Co prawda nie jest mu łatwo, ponieważ w kraju wówczas zaczyna systematycznie dochodzić do głosu surowa dyktatura pułkownika Latorre, z którym José Pedro nie chce mieć przecież na początku nic wspólnego. Varela jest lewicowym ideowcem, a dyktator Latorre pragmatykiem. Varela nosi swą głowę wysoko, dumnie, jak czerwony sztandar rewolucji, co pozwala zachować mu ostentacyjny dystans wobec wszelkich, barbarzyńskich knowań i układów. Za to Latorre chodzi po ziemi. Pułkownikowi potrzebny jest ktoś właśnie taki jak Varela – człowiek spoza mundurów. W roku 1876 zawierają dwulicową umowę. José Pedro ustala sam w sobie, że na ducha rewolucji nad La Platą można czekać w nieskończoność, a wielka idea lewicowa domaga się czynu już dziś. W rządzie krwawego Latorre Varela odpowiada za edukację, którą szybko zamienia w propagandę. Naczelnym hasłem wychowawczego eksperymentu ministra szkolnictwa w rządzie dyktatora jest: szkoła obowiązkowa dla wszystkich, bezpłatna i... laicka – co od tego momentu w Urugwaju oznaczać będzie: fanatycznie ateistyczna, a nawet antychrześcijańska. Trzeba oddać sprawiedliwość ministrowi edukacji – jak twierdzą niektórzy, urugwajscy historycy – i zaznaczyć, że sam Varela był tym lewakiem, który jeszcze w wychowaniu chrześcijańskim widział czysto praktyczny, humanistyczny sens. Wiary więc nie dopuszczał do głosu, ale zalecał, by dzieci w szkołach państwowych umiały “Ojcze nasz” – zapobiec to miało drastycznej separacji historycznej i pochopnemu wykorzenianiu kulturowego kontekstu.
Ale tak jak sam José Pedro Varela, niesiony natchnieniem ideologicznej reformy, padł nagle w kwiecie swej młodości, rażony nieuleczalną gruźlicą, tak cały stworzony przez niego system pedagogiczny Urugwaju, tę lewicową toksynę chłonie w siebie, multiplikuje i podtrzymuje do dziś. Edukacja pokoleń Urugwajczyków poraża. System wychowania publicznego polega bowiem na negowaniu chrześcijaństwa: od przekazu etycznego, po wizję człowieka, aż do skrajnie antyklerykalnej interpretacji historii, przekazywanej systematycznie, metodycznie, regularnie młodym pokoleniom nad La Platą. Pamiętam jak kilka miesięcy temu zgłosiła się do mnie studentka księgowości, która musiała zdać również egzamin z pedagogiki. Zmagania z humanistyczną treścią nie szły jej jakoś na rękę, dlatego wzywała pomocy. Pomogłem, a przy okazji naczytałem się miejscowej propagandy, w której leitmotivem podkreślonym na czerwono było tendencyjne rozróżnienie modelu rodziny nazywanej tradycyjną, chrześcijańską, zwiędła, anachroniczną, męsko – damską z dziećmi, od nowożytnej pary, wyzwolonej, płciowo dowolnej i  w pełni moralnie swobodnej. Tak tutaj od wieków naucza się wszystkich. Katolików do szkół oficjalnie się nie wpuszcza.

2.      Batllizm

Z czasem reforma edukacji autorstwa Vareli, wyglądając swych pierwszych sukcesów, przeobraża się w bardziej zorganizowane działanie systemowe pod postacią tak zwanej ideologii batllizmu. Na początku dwudziestego wieku do władzy w tym rejonie La Platy dochodzi ugrupowanie, które w historii Urugwaju cieszyło się zmiennym szczęściem i poparciem tubylców: od entuzjazmu, po całkowite odrzucenie. Partia Kolorowych („Colorado”) ze skutecznym zaangażowaniem zaczyna wprowadzać w życie społeczne coś, co nazywa ideologią batllizmu. Nazwa typowo masońskiego i ateistycznego systemu pochodzi od jego twórcy – prezydenta dwóch kadencji w Urugwaju: José Batlle y Ordoñez – po trochu dziennikarza, po trochu polityka, który w roku 1913 wydaje swoje dziełko „Apuntes”, kreśląc w nim śmiały plan budowy La Banda Oriental na bazie swoistego humanizmu i liberalizmu. Tak naprawdę jednak jądrem programu Batlle y Ordoñez jest ideologiczna laicyzacja urugwajskiego świata, silny antyklerykalizm i zupełna ale to zupełna separacja państwa od religii katolickiej – prezydent jest tu drastycznie radykalnym egzekutorem testamentu ideowego Vareli. Skąd ta wrogość wobec chrześcijaństwa?
Jak zawsze z ludzkiej ułomności. Naprawdę, niezmiernie rzadko ten lub inny modernizm rodzi się w zwojach mózgowych konkretnego myśliciela – z reguły pobudki obrazoburcze pochodzą z niższego poziomu niż głowa. Niezmordowaną inspirację dla wpływowych elit politycznych od wieków po wiek wieków stanowi Henryk VIII, który zmienił moralność i wiarę, gdy pokłocił się z papieżem. Batlle y Ordoñez natomiast był uczuciowym Latynosem. Zakochał się więc raz i ożenił, a potem szybko wściekł się na swoją panią i publicznie zażądał rozwodu. W owych czasach nad La Platą działa jednakże i cieszy się ogromnym wpływem Liga Kobiet, która nie ukrywa swych sympatii katolickich. Mapa Ameryki Łacińskiej, to prawda, czasem zbyt równo i boleśnie, dzieli się na eleganckich, bogatych i wpływowych, którzy chodzą do kościoła i na resztę świata ze wszystkich przedmieści na lewo. Po skandalicznym rozwodzie prezydenta, który nie powstrzymał się od publicznych zniewag pod adresem małżonki, katolicka Liga Kobiet staje w obronie skrzywdzonej niewiasty, nie szczędząc swemu przywódcy słów moralnego potępienia. Polityk nie tylko nigdy nie przełknie tego, kto i jak go obraził, ale natychmiast urażoną dumę zamieni w ideologię.
Batlle y Ordoñez opiera swój plan na doświadczeniach francuskiego jakobinizmu, wszak działaczy Partii Kolorowych z rewolucjonistami paryskimi łączy jedna loża masońska – jest tylko subtelna różnica między Francją a Urugwajem, a mianowicie iż tu, w Ameryce Łacińskiej do masonerii należy się z chlubą i oficjalnie. We Francji efekty ideologicznych, masońskich usiłowań przyniosły połowiczny skutek, za to w Urugwaju batllizm działa do dziś. Zatem wzorem jakobinów lecz już na stałe Batlle y Ordoñez dokonał transformacji mentalnej świata – z wizji chrześcijańskiej na jej podrobione protezy. Jak to wygląda? Bardzo prosto: do dzieła rusza machina propagandy, której fundusze są tak ogromne, że wobec ich potężnych nakładów niewiele zdziałać może proste przepowiadanie ubogich misjonarzy. Kiedy więc Kościół przygotowuje swoich wiernych do przeżywania Świąt Bożego Narodzenia, batllizm przekłada wajchę i w oficjalnej propagandzie zastępuje tę chrześcijańską uroczystość zaproszeniem na Dzień Plaży, tudzież Tradycyjne Święto Rodzin. Gdy świat chrześcijański usiłuje skupić swego ducha na misteriach wielkopostnych, batlliści tańczą w upojnej gorączce karnawału, wszystkich zapraszając do tanga, samby, techno lub flamenco. A kiedy Kościół Niedzielą Palmową inicjuje Wielki Tydzień, władza wywozi ludzi na Tydzień Turystyki. Tak to działa i o wiele bardziej. Przybijanie chytrej, laickiej nomenklatury do pamięci mieszkańców orientalnego społeczeństwa jest naprawdę skuteczne. Po latach ogromna większość nie ma tu pojęcia o duszy. Już na początku swego pobytu w Aiguá, miasteczku mojej pierwszej, urugwajskiej placówki, zaprzyjaźniłem się z Arielem i jego żoną Margaritą, którzy tutaj – z własnych środków, jak szaleńcy – utworzyli publiczne muzeum. Pewnego dnia Ariel pokazał mi znalezioną gdzieś w śmieciach, starożytną kronikę miasteczka. Ono dziś nazywa się tylko Aiguá lecz tak naprawdę od początku nosiło nazwę San Antonio de Aiguá. Niby niewinnej redukcji dokonano podczas pierwszego spisu administracyjnego w państwie za rządów Batlle y Ordoñez. To było cechą charakterystyczną administracji urażonego w swej pysze prezydenta – i to wtedy też, na początku dwudziestego stulecia, z wielu zakątków Urugwaju, jakby jedną, ciemną nocą, usunięto wszelkie nazwy chrześcijańskie: San Miguél, San Andrés, San Ramón i inne, podstawiając w to miejsce rewolucyjne 25 de Mayo lub 18 de Julio.

3.      Nasz Pepe

W Europie – pewnie dlatego, że dla dominujących w niej dziś środowisk lewicowych sentymentalistów, temat ten jest krępujący – bardzo mało pisze się i mówi o politycznym planie, który z kolei w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, miał fundamentalne znaczenie dla ocalenia wolności i kapitalizmu świata nad La Platą. Myślę tu o planie nazywanym „Condor”, który w opozycji wobec moskiewsko – kubańskiego komunizmu, zjednoczył trzy, prawicowe junty wojskowe: Pinocheta z Chile, Videli z Argentyny i Bordaberry‘ego z Urugwaju. Bardzo trudno jest dokonać historycznego i moralnego balansu tego czasu. Zabierając się do analizy planu „Condor”, wielu doświadcza konfuzji. Z jednej bowiem strony rządy wojskowych w tych trzech, kluczowych politycznie krajach Ameryki Południowej, to epoka krwawych prześladowań, aresztowań i restrykcji. To cios pod stołem i brzydki zabór demokracji. Z drugiej strony, gdyby nie brutalna taktyka Pinocheta, Videli i Bordaberry‘ego, demokracja – oddana po bolesnych czystkach ponownie w ręce ludzi – już w latach sześćdziesiątych tutaj przekształciłaby się rewolucyjnie w koszmar moskiewsko - kubańskiej demokracji ludowej. To dlatego nikt nie jest w stanie udzielić pozytywnej, bądź negatywnej odpowiedzi na pytanie o etyczną ocenę planu „Condor”. Krew za krew. Choć przepraszam: ci, którzy dziś zarządzają Urugwajem, myślą jednoznacznie – dopiero teraz Banda Oriental kroczy we właściwą stronę. W skutek złożenia bowiem władzy przez wojskowych, na wysokie stołki paradoksem plebiscytów, wdrapali się po latach ci, którzy w czasie militarnej junty usiłowali do pałaców wnosić czerwone sztandary, chowali się po studniach lub gineli roztrzeliwani na placach – guerilleros, komunistyczni partyzanci, przyjaciele Fidela, dawniej zgrupowani w bojówce noszącej nazwę „Tupamaros”, dziś wbici w eleganckie garnitury rządzącej partii Frente Amplio. A na ich czele idol biedaków – nasz Pepe.
José Alberto Mujica Cordano pochodzi z prawicowej rodziny baskijskich emigrantów. Jest jednak z przekonania komunistą i jednym z głównych twórców “Tupamaros” – partyzantki, która w latach sześćdziesiątych usiłowała w Urugwaju instalować system kubańskiej rewolucji. Biografia Pepe Mujici posłużyć może za materiał do znakomitego filmu sensacyjnego: pościgi i zabójstwa, kradzieże i pojedynki, ukrywanie się i zdrady. W końcu Mujica osadzony przez wojskowych w stołecznym więzieniu w Punta Carretas, wita się prawie ze śmiercią – na jej progu jednak, w roku 1985 zastaje go niespodziewanie amnestia. Pepe sprawnie przepina się do polityki, a w roku 2009, grając bezkarnego populistę, zgarnia większość głosów, dosięgając prezydentury. Od tego czasu Urugwaj to dwie reakcje człowieka: wykształconego, który słuchając sentencji Mujicy przeklina lub przynajmniej zatyka sobie uszy oraz biedaka, robotnika albo żebraka, który w tym samym momencie uśmiecha się błogo i wzdycha: nasz Pepe. Światu znany jest z tego, że jako prezydent bawił się w Janosika, nie mieszkał wcale w pałacu lecz na wsi, chodził w gumakach, a koszula wystawała mu ze spodni. Salony europejskie mdlały z zachwytu. Moje osobiste zdumienie sięgnęło szczytu rok temu, gdy całą laurkę pochwał urugwajskiego prezydenta przeczytać mogłem na jednym z popularnych, polskich, katolickich portali: że ludzki jest to polityk – dowodził duchowny autor artykułu pisanego na odległość - nie wynosi się, grzebie motyką w ogródku i gada slangiem jak wszyscy. Jak łatwo zapomina się nam o zdroworozsądkowym myśleniu. Ten podobno ludzki polityk, całkowicie odpowiedzialny jest za wprowadzenie w Urugwaju wszystkich, moralnych eksperymentów, które jednym pociągnięciem pióra wykańczając intuicję Vareli i Batlle, zafundowały Bandzie Oriental poważną, społeczną agonię, legalizując w początkach nowego tysiąclecia homoseksualne związki, aborcję, eutanazję na życzenie oraz – pierwszy raz w historii świata – dostępną dla wszystkich marihuanę.

* *

            Podczas sprawowania Mszy Świętej, w chwilach refleksji, lubię patrzeć na ludzi obecnych w kościele. Nigdy nie ma tłumów i właściwie od pierwszych miesięcy każdego zna się tutaj osobiście, nieco potem zaraz z życiorysu – choć wiele zależy od stopnia zaufania. Taka więź w pracy duszpasterskiej jest czymś niepowtarzalnym. To przewaga Urugwaju: spowodowany ograniczoną ilością parafian dostęp osobisty do każdego. Czasem przychodzą chwile, w których dosięga mnie pokusa liczenia ludzi w ławkach. Szybko staram się jednak otrząsać z odrętwienia i raczej dochodzić do pojedynczego człowieka, skracać dystans, poznawać, rozumieć, przemilczeć, zaradzić. Nie ukrywam, że irytują mnie teraz jeszcze bardziej nierealne narzekania duszpasterzy, którzy pracują w środowisku czysto katolickim. Może to tak jest, że bardziej się ceni to, co się ma, gdy ma się to na sposób mało oczywisty.
            Z tej krótkiej analizy ateistycznego eksperymentu społecznego, nazywanego od ponad dwustu lat Urugwajem, chciałbym wyciągnąć dwa, pozytywne wnioski. Pierwszy – nie da się wykorzenić bez śladu nadprzyrodzoności z wnętrza duszy człowieka. Można ją skutecznie przyciąć i zniekształcić ale wykarczować nigdy. La Banda Oriental jest więc krajem niedoskonale bezbożnym, bo choć ludzi skuteczną propagandą formuje się na nowoczesnych ateistów, to jednak ów wymuszony proces zmierza zdecydowanie nie tyle do powstania perfekcyjnych struktur technicznego modernizmu, co raczej do masowej produkcji pokoleń chronicznie załamanych w wewnętrznej ignorancji. Człowiek wychowany w takim społeczeństwie nie traci odwiecznych pytań, natomiast traci zupełnie możliwość dojścia do pełnej, obiektywnej odpowiedzi: stąd urugwajskie społeczeństwo jest przestrzenią powszechnej, poważnej, groźnej depresji. I chrześcijaństwo może mieć tu wszystko do powiedzenia. Kościół musi jedynie przestać nalegać w takim miejscu na swe silne, instytucjonalne i statystyczne funkcjonowanie, godząc się z marginalizacją wpływów - angażując natomiast cały swój autentyzm duchowego, egzystencjalnego i moralnego przesłania. Paradoksalnie Kościół również na tym zyskuje. Rezygnując z zewnętrznej apologii, łatwo przekształca swą strukturę w ewangeliczną wspólnotę osób mówiących do siebie tym samym językiem życia i wiary.
        Drugi wniosek – nigdy jednak społeczność chrześcijan nie może zawiesić walki o swój pełny udział w życiu publicznym. Kraj zniekształcony infekcją ideologicznego ateizmu potrzebuje o wiele bardziej przemyślanej reaktywacji katolickiej nauki społecznej. Wiem, że wielu katolikom głos społeczny Kościoła kojarzy się zaraz z polityką. Musi być jednak coś pomiędzy prymitywnym, dzielącym na złą lewicę i dobrą prawicę kaznodziejstwem, a klęcznikową, uniesioną w oderwanych od ziemi litaniach pobożnością. Tym czymś zdecydowanie jest udział w życiu kultury, polityki, mediów i edukacji publicznej, chrześcijan laików wykształconych, ambitnych, moralnie stabilnych, którzy na wszelki wypadek nie będą przypinać sobie do koszuli żadnych obrazków z kolędy, za to swoim prawym postępowaniem wygrają bitwę o ład i sprawiedliwość. Zdrowe powietrze społeczne nie polega na siłowej katolizacji wszystkich – wszyscy bowiem mają zawsze całkowitą wolność wyboru co do spraw wiary – natomiast przejrzyste prawo, kultura lub edukacja są jak żyzna gleba, na której posiew ewangelizacji może wzrastać z publicznym pożytkiem dla wszystkich. Takich chrześcijan społeczników Kościół urugwajski musi sobie na razie wychować.

            Z zaciekawieniem, od kilku tygodni, obserwuję w urugwajskich mediach ożywioną dyskusję nad propozycją, jaką złożył ratuszowi w Montevideo katolicki kardynał Daniel Sturla. Otóż od kilku lat wzdłuż turystycznego wybrzeża stolicy kraju, organizowana jest raz do roku różańcowa procesja, w której uczestniczą już tysiące katolickich rodzin z dziećmi. Kardynał zatem, jako przedstawiciel episkopatu kraju, zaproponował, iż Kościół katolicki ufunduje i utrzyma w tym miejscu figurę Matki Bożej – na tym samym spacerniaku znajdują się rozmaite rzeźby bożków koreańskich czy samego Buddy. W ratuszu zawrzało od histerii: nietolerancja, niecna próba narzucania wszystkim jednej religii, łamanie ateistycznej konstytucji, zamach stanu nad wolnością obywateli. Z podziwem obserwuję spokój i stanowczość Kardynała, z jakimi próbuje on udzielać dziennikarzom wyważonej odpowiedzi. I dumny jestem póki co ze swej polskości, bo jak dotąd jedynym pomnikiem katolickiego świętego w Urugwaju, postawionym niedaleko publicznego terminalu, jest niewysoki monument papieża Polaka, który prawie trzydzieści lat temu odwiedził dwukrotnie najmniejszy kraj nad La Platą.

czwartek, 14 stycznia 2016

Poprawkowy egzamin z Ratyzbony...

   Trzeba być mądrym, aby naprawdę kochać. Mam kompletną świadomość, że tak postawione zdanie, prawie natychmiast spotka się albo wprost z opozycją, albo przynajmniej z odmiennym kontekstem. Jedni powiedzą, że trzeba mieć serce, aby kochać. Inni, że na tym świecie nie ma prawdziwej miłości lub że miłość to chemia i tanie sentymenty. Następni wymienią liczbę osób, z którymi się kochali – cokolwiek przez to chcieliby ogłosić. Cywilizacja zachodnia zaczęła mieć kłopot z miłością i ów problem przestał już być czysto etyczną teorią. Dotarło to do mnie ze zdwojoną świadomością, gdyż od dobrych, kilku miesięcy - w zrozumiałym przecież kontekście - otrzymywałem z Europy dyskusyjne listy z pytaniem: co sądzisz o muzułmańskich emigrantach w progach naszego domu? Jedni, powołując się na wszelkie argumenty, pisali: nie wpuszczać, pozamykać szczelnie bramy, zabarykadować granice. Drudzy, zakochani w prostocie Ewangelii, wpatrzeni z wyobraźnią w jakąś postać czystej miłości, przekonywali: a gdyby tak islamistów bombardować czułością, czy nie wzruszyłoby to ich kamiennego serca? Proszę wybaczyć tę twardą konkluzję, lecz mniemam, że po tyluż bolesnych, co wstydliwych napaściach seksualnych w Kolonii, nikt dziś już nie ma ochoty przytulać się do dżihadysty.
Tak naprawdę ta bezradna konfuzja Europy wobec niespotykanej dotąd fali zaszyfrowanej społecznie emigracji, wynika również stąd, iż zachodnia cywilizacja nie odrobiła solidnie lekcji z wykładu Benedykta XVI, jaki papież wygłosił 12 września 2009 roku w Ratyzbonie. Ratzinger przez wiele lat był tam profesorem teologii. Natomiast jego jedyny, papieski wykład na tej uczelni, dany po wielu latach, wywołał gwałtowną falę tak intelektualnych jak i społecznych protestów. Zapewne ten odruch medialnej kontestacji niedouczonych elit - które choć same cierpią w dokuczliwym stopniu na ignorancję, to jednak dominując nieograniczonym wpływem, nie pozwalają również innym na pełne dociekanie problemu – zawęził wszelki komentarz genialnego skądinąd wykładu Benedykta XVI, do pustych pokrzykiwań o braku tolerancji i nietakcie. Tym razem powodem salonowej histerii był cytat, którego papież dopuścił się w swoim wykładzie, a w którym dostojny mówca przytaczał słynny, czternastowieczny dialog pomiędzy bizantyjskim cesarzem Manuelem II Paleologiem – chrześcijaninem, a bezimiennym, wykształconym Persem – muzułmaninem: „Powiedz mi, co przyniósł Mahomet – pytał Persa bizantyjski władca i wypowiedź tę w całości zacytował papież – co byłoby nowe, a odkryjesz tylko rzeczy złe i nieludzkie, takie jak jego nakaz zaprowadzania mieczem wiary, którą głosił. Bóg nie cieszy się z krwi, a nierozumne postępowanie jest sprzeczne z Bożą naturą. Wiara rodzi się z duszy, nie z ciała. Ktokolwiek miałby doprowadzić drugiego do wiary, potrzebuje zdolności dobrego przemawiania i właściwego rozumowania, bez przemocy i gróźb. Aby przekonać rozumną duszę, nie potrzeba silnego ramienia ani żadnej broni, ani żadnych innych sposobów grożenia danej osobie śmiercią”.
Prywatnie jestem pewien, że tak wytrawny i ścisły prelegent, jak Ratzinger, musiał przewidzieć, a może nawet zaplanować taką, a nie inną skalę ideologicznego odruchu kontestatorów, skoro zbudował sam przewód tematyczny wykładu na czytelnym kontraście intelektualnej, obszernej, filozoficznej treści, która stanowi istotę papieskiego wystąpienia, do jaskrawego, plastycznego przykładu dialogu wyżej wspomnianych przedstawicieli dwóch religii. To musiało być oczywiste dla papieża, że przykład zapadnie w pamięć, sprowokuje i poruszy, podczas gdy duża partia głębokiego dyskursu filozoficznego, pozostanie w zasadzie nietknięta. Dlaczego zatem tak wielki gracz uniwersytecki jak Ratzinger nie wyważył ratyzbońskiej zaczepki? Nie wiem: zachęcał do dyskusji, uprzedzał cios, wybudzał czy ostrzegał? Należy pozostawić to jego mądrości, rozumowi i sumieniu. Bendykt XVI po tym wszystkim - co było chyba stałą cechą charakterystyczną jego pontyfikatu - jak zwykle z taktem i pokorą przeprosił nie za swoje błędy, wskazując jedynie z dyskrecją, że cytat nie wyrażał jego własnych poglądów na temat islamu. Rzeczywiście, w papieskim wykładzie z Ratyzbony nie chodziło bowiem o chorobliwe dokuczenie czy ironiczne uszczypnięcie wierzących muzułmanów. Niezwykle inteligentnie i profetycznie, mądry biskup Rzymu ukazał w tym wystąpieniu główną przyczynę bezsilności europejskiej cywilizacji, która nie jest zdolna podtrzymać dynamiki swego rozwoju, chyląc się bezwiednie dziś pod naporem muzułmańskiej, a jutro już dowolnie innej przewagi. Nie chodziło o analizę islamu, ale o podsumowanie obecnego stanu cywilizacji europejskiej, której szokujący coraz bardziej kłopot z brakiem stabilnego przetrwania znajduje swoją przyczynę w bezrefleksyjnym, hedonistycznym, zmaterializowanym rozdzieleniu dwóch cnót fundamentalnych: miłości i mądrości. Proces niefrasobliwej ich dysfuzji – niepomiernie osłabiający Europę - Benedykt XVI nazwał dehelenizacją zachodniej cywilizacji.
Jest bezspornym faktem, że jeśli chrześcijaństwo kiedykolwiek ośmieliło się w jakiś sposób streścić w jednym zdaniu kwestię Boga, to próba ta dokonała się za pomocą zaledwie dwóch, biblijnych definicji. Obie wyszły spod pióra ewangelisty Jana, który najpierw stwierdził: Bóg jest Miłością (por. 1 J, 4, 16). Ta boska miłość – co kilka wieków potem dynamicznie opisywał choćby Boecjusz – pragnie się udzielać stworzeniu. Dlatego to ludzka istota nie może ani uporządkować ani właściwie odczuwać sensu swojego istnienia, bez odkrycia miłości. Ale ten sam ewangelista Jan, w innym miejscu swoich natchnionych pism, wskazuje, iż Bóg jest również Logosem, Rozumem, czystą Prawdą, odwieczną Madrością, która stanowi niezbywalną zasadę istnienia świata i człowieka (por. J 1, 1). We wnętrzu Boga nie może wręcz zaistnieć żadna sprzeczność pomiędzy Jego wolą, uczuciami a myśleniem. Stawianie pytania: czy Bóg mógłby działać nielogicznie, wbrew sobie - jest sztuczne. W naturze Boga nie ma po prostu takiej rzeczywistości. Demagogiczna wątpliwość: czy Bóg jest tak potężny, aby zaprzeczyć samemu sobie – jest tym samym bezzasadnym dylematem. Tego problemu Bóg zwyczajnie nie ma, gdyż istnieje w Nim jedynie realna, spójna, harmonija więź miłości z mądrością. Dlatego też u ewangelisty Jana nie zauważa się jakiejkolwiek sprzeczności między boską Miłością a boskim Rozumem. Rozpoczynając od tego momentu, w swoim wykładzie z Ratyzbony, papież idzie o krok dalej i mówi, że z całą pewnością miłość przekracza wszelką wiedzę i dlatego zdolna jest dostrzec więcej niż sama myśl, niemniej jednak w dalszym ciągu i w każdym kontekście, będzie to zawsze ta sama miłość, która wychodzi od jedynego, prawdziwego Boga Logosu, Boga Rozumu, Boga Prawdy. Tutaj znajduje się istota ratyzbońskiego wykładu Ratzingera. Niedziałanie w zgodzie z rozumem, jest zawsze przeciwne Bożej naturze i stąd nie może nigdy autentycznie nazywać się miłością.
To uzgodnienie dawało życie zachodniej cywilizacji przez wieki. Europę żywił i bronił tak zwany intelektualizm Augustyna z Hippony i Tomasza z Akwinu, którzyli nauczyli chrześcijan mądrej miłości. Ta właśnie miłość rozumna tworzyła sama z siebie wybitne struktury europejskiej cywilizacji. Wolność wiązano przede wszystkim z odpowiedzialnością. Intelektualizm opierał się na respekcie wobec obiektywnego porządku rzeczywistości, który przynosił zachowującym go ludziom prawdziwe wyzwolenie. To antropologia i etyka służyły do obiektywnej interpretacji ludzkich wyborów. Człowiek kochał myśląc sumieniem, dlatego zakładał rodzinę, starał się być wierny swej kobiecie, wydawał na świat dzieci i bronił uczciwie ojczyzny. Sumienie mówiło ludziom, co jest dobrem a co złem. Podstawą dla głosu sumienia było uznanie dla praw ludzkiej natury, która jak kompas wskazywała, gdzie można mówić o progresie, a gdzie cieniem kładzie się patologia. Chorobę nauczono się leczyć, a rozwój nagradzać. Człowiek kochał i myślał, przez co siłą takiej miłości zakładał szkoły, szukał lepszej pracy, zmagał się o ład społeczny. Potęga mądrej miłości uczyła też człowieka głębokich dróg liturgii, mistyki czy modlitwy. Rozumna miłość jest bowiem siłą, która potrafi kreować nowe cywilizacje. Nie chcę przez to powiedzieć, że wieki wsparte na intelektualizmie to epoka doskonała. Przecież nie – tam gdzie żyje człowiek, tam zaraz na jego obliczu widać tę samą zmarszczkę grzeszności. Intelektualizm scholastyków przyczynił się jedynie do stworzenia normatywnie solidnej konstytucji, która jednoznacznie, zdrowo i bezdyskusyjnie pozwalała dokonywać procesu rozeznawania: co jest rzeczywistością obiektywną, a co wymagającym korekty falsyfikatem.
Niestety, w późnym Średniowieczu doszedł do głosu i dużej popularności – zresztą, ustawiony w zacietrzewionej nieco opozycji wobec harmonijnego intelektualizmu scholastyków – tak zwany woluntaryzm Dunsa Szkota. Myśliciel ten dowodził, iż należy odróżnić między pierwotnym porządkiem, którego zapragnął dla nas Bóg, a właściwą wolnością Boga. Wolność zaczęto utożsamiać z dowolnością. Odpowiedzialną za interpertację ludzkich wyborów powoli uczyniono psychologię. Porządek normatywny jest męczący, wymagający i sztywny, a sama wolność nie ma smaku bez swobody. Bóg Dunsa Szkota i jego uczniów przede wszystkim jest całkowicie transcendentny, przekraczający świat i człowieka. To z tego powodu woluntaryści utrzymywali, że Bóg równie dobrze mógł uczynić wszystko przeciwnym do tego, co dotąd stworzył. Jeśli więc dziś, w tym świecie, ktoś nauczył się szacunku wobec życia, z takim samym sukcesem mógłby nagle zaistnieć świat – powołany wcale nie przez innego Stwórcę – w którym rywalizacja mogłaby być usprawiedliwona zabijaniem. Jeśli dziś, w tej konkretnej cywilizacji, karalna bywa kradzież, to jednak w bliźniaczym świecie tego samego Kreatora, mogłoby się zdażyć, że ktoś otwiera nagle drzwi cudzego domu i z lodówki spożywa dowolnie to, w czym jego żołądek ma tu i teraz upodobanie. Stwórca nie jest ograniczony normami, w przeciwnym razie nie byłby boski. Tak oto kształtować zaczął się obraz nieco kapryśnego Boga, którego wewnętrzna natura wcale nie jest związana prawdą albo dobrem. Jak wskazuje papież, kontynuując wykład w Ratyzbonie, to w tym miejscu swej subiektywnej refleksji, woluntaryści spotykali się z twierdzeniami islamskiego filozofa Ibn Hazna, który myślał podobnie: Bóg jest nieskończenie odmienny i wolny. Ibn Hazn głosił nawet, że jedyny Bóg mógłby narzucić ludziom politeizm - i ten stan absurdalnych wierzeń byłby usprawiedliwiony absolutnie wolną decyzją Jedynego. Woluntaryzm, budując swoje na fali chrześcijańskiej niechęci wobec scholastyki, z czasem zdominował Europę.
Proces przenoszenia idei na praktyczny grunt życia społecznego postępował dość szybko. Ciążący wielu osobom, normatywny porządek prawdy i dobra, zaczęto zastępować sprawnie subiektywnym odczuciem. Dlatego dziś aborcja lub eutanazja to kwestia pozostawiona rozstrzygnięciom mędycznym, ale stuknięcie się palcem w głowę na widok półnagiej osoby, paradującej publicznie po głównym placu stolicy, to karalny brak tolerancji dla ludzkiej odmienności. Płeć to kwestia umowna, inwigilacja dziennikarzy w wolnym państwie to część systemu lecz już radykalna próba prawicowego posprzątania cuchnących odpadów w parlamencie - to w czystej postaci zamach stanu. Rodzice kosztem dzieci mogą domagać się rozwodu bez żadnej konsekwencji lecz porzuconym pieskom należą się schroniska. Sztuka ma prawo ignorować kanony estetyki, stąd przeciętny malarz ścienny może być artystą. O byciu celebrytą decyduje tłum i moda, a nie praca, trening lub talent. Religia to zaś jedynie sentyment – a czasem bezładne, szamańskie przeżycie. Woluntaryzm: wszak wszystko może być kaprysem. Każdy kocha to, co chce. Na murach Europy chaos wywiesił swe sztandary, a sztandar chaosu jest zwiastunem białej flagi.
Bo jaka jest miłość, taka też będzie jej cywilizacja. Jestem jednak pewien, że u wybitnego profesora, nawet najbardziej niefrasobliwy student ma prawo do poprawki. Europę czeka więc albo poprawkowy egzamin z oblanego egzaminu w Ratyzbonie, albo wahadło czasu obróci jałowym ruchem kilka dobrych wieków rozwoju europejskiej historii. I tak jak zdezorientowana, rzymska cywilizacja nie zdołała od czwartego wieku poradzić sobie z naporem barbarzyńców, tak chaotyczna cywilizacja zachodnia może znów poczuć na gardle ucisk innych, surowych kultur, skądkolwiek miałyby nadciągnąć tym razem. Zamiast więc marnować czas i spokój nad demagogicznym dylematem - przytulać dżihadystów, czy szczelnie zamykać granice - warto solidnie przyłożyć się do ratyzbońskiej poprawki: założyć fundament państwa zachodniego na wzmocnionej społecznie rodzinie, przywrócić wychowawczy aspekt edukacji, gwarantować prawo do uczciwej pracy, oczyścić potężną dziś informację z toksyny propagandy, reformować wytrwale system pomocy społecznej - także tej przeznaczonej emigrantom, by miłosierdzie stało się obiektywnym aktem praktycznej pomocy, a nie tkliwym gestem, sycącym święty spokój bogaczy - w końcu ocalić piękno świątyń, słowem – znów zakochać się mądrze.
Przed kilkoma laty, gdy jeszcze najbardziej pesymistyczni analitycy nie spodziewali się migracyjnej konwkisty Europy, głosiłem skupienie adwentowe w Tomaszowie Mazowieckim, gdzie wówczas duszpasterzował ksiądz Ryszard Stanek. Człowiek inteligentny, dalekowzroczny, myślący i praktyczny. Pamiętam do dziś, jak pewnego dnia, w wolnej chwili ksiądz Rysiek zaprowadził mnie gdzieś na zaplecze parafii i pokazał długi, szeroki, parterowy budynek, który przysposabiał właśnie do czegoś, prowadząc intensywne remonty. Gdy zapytałem, do czego to zaplecze będzie służyć, proboszcz z Tomaszowa odpowiedział mi, że chciałby w tym budynku mieć godne schronienie dla emigrantów: prysznice, kuchnię, schludne sypialnie, pełną dbałość o bezpieczeństwo tymczasowych mieszkanców i ich sąsiadów oraz względną intymność otoczenia. Był wtedy marzec 2014 roku. Natomiast w styczniu 2016 roku, to znaczy kilka dni temu, na jednym z katolickich portali, z zaskoczeniem przeczytałem wyznanie któregoś z watykańskich dostojników, który zdeklarował, iż dysponuje w swoim apartamencie pięcioma, wolnymi pokojami i od jutra gotów jest udostępnić je nieodpłatnie chętnym na to emigrantom. Autorka newsa nie ustawała w zachwytach, rozpływając się nad miłosiernym gestem dostojnika. Cóż, osobiście jestem również zwolennikiem tego, aby walizka każdego duchownego zmieścić się mogła w jednym, skromnym pokoju. Z wiadomego motywu bliższa mi jest jednak praktyczna miłość mazowieckiego proboszcza, niż jakże niewyrachowany, dyskretny i skromny gest watykańskiego dostojnika. Trzeba być mądrym, aby naprawdę kochać.

czwartek, 17 grudnia 2015

Geniusz Eneasza. Czyli o czym dziś dyskutować mogą: Lem z Fukuyamą i Miłosz z Kobylińskim...

   Nastały czasy, w których bokser ma większy wpływ na opinię publiczną niż papież. Bo kiedy parę miesięcy temu - w kilku słowach, homiliach i wywiadach - biskup Rzymu Franciszek podkreślił, iż przeraża go brak stabilizacji społecznej świata współczesnego i że spodziewa się nawet wybuchu kolejnej wojny światowej – światli i wpływowi uśmiechali się jedynie z wyrozumiałą pobłażliwością. A kiedy kilka dni temu, w dość fanatycznym orędziu, zwycięski mistrz świata z ogromną szczęka – Tyson Fury, w zielonoświątkowym zapale wykrzykiwał, że Jego Pan i Zbawiciel za chwilę skończy z historią tego zepsutego łez padołu, całe pokolenie od roku dziewięćdziesiątego wzwyż, przystąpiło do: zmasowanego polubiania proroctwa boksera na forach internetowych, cytowania jego wewnętrznego światła i udostępniania go na wszelkie sposoby innym, lamentowania, pakowanie walizek i licznych, ponownych wizyt u prywatnego psychologa.
   Oczywiście, że w powietrzu wisi dziś coś nadzwyczaj niespokojnego. A jeśli tak jest naprawdę – jeśli więc człowiek jako osoba refleksyjna codziennie zmuszony jest łapać oddech pomiędzy smogiem newsów, a polucjami sprzecznych poglądów politycznych - ów chaos światopogladów wpędza najpierw w zdumienie, potem w niepokój, wreszcie doprowadza do paniki w postaci zabezpieczonego konta w banku i dobrych układów z jakąkolwiek religią: najlepiej silną, fundamentalną, taką, która radykalnym, jednym i drugim bodźcem, przeżyciem lub duchowym wzruszeniem, zasklepi lęk na dłuższy czas. Przed przewidywanym dziś powszechnie końcem dziejów świata, jego synowie pragną chytrze dogadać temat zarówno na wypadek ewentualnego przetrwania po cudem przeżytym, wielkim wybuchu galaktyk, jak i po paruzji. Interesujące, że właśnie dziś nieuchronnie narasta najciekawsze pytanie świata: kiedy nastąpi jego koniec? I niewielu z nas potrafi efektywnie udzielić jeszcze innej odpowiedzi: lecz co było pierwsze? Niepokój faktów położył dobry grunt pod refleksję filozofów w tym temacie, czy też ich refleksje wywołały wiele niepokoju? Pragnę zauważyć, iż zanim Rosjanie oddali pierwsze strzały w stronę Syrii, zanim Państwo Islamskie przeraziło pierwszy raz Amerykanów i zanim pierwsza rodzina arabskich uchodźców poprosiła o azyl we Francji, kilku różnych od siebie myślicieli, w bardzo różny sposób, w bardzo odległych od siebie miejscach, obwieściło schyłek kultury ludzkiej w dotychczasowej jej postaci. 
   Uważam, że pierwszym wieszczem wielkiego kresu był Stanisław Lem. Kto nie czytał jego genialnych, innowacyjnych powieści? Wybitny, polski futurysta w swoim pisaniu skupia się zwykle na tym samym temacie, ukazując jego kontekst za pomocą zróżnicowanych, narracyjnych obrazów: kultura humanistyczna przechodzi u Lema przez proces totalnej wymiany z ludzi na roboty, z uczuć na cyfry, z przestrzeni w wysyłaną błyskawicznie informację. W każdym dziele Lema czuć nieuchronnie wielki finał. Genialnego futurystę dwudziestego wieku interesuje przede wszystkim komunikacja istot inteligentnych – istot, których szeroka grupa najpierw przekracza, a potem nawet pochłania człowieka. Informacja zastępuje w jego dziełach odwieczne, sprawdzone sposoby wchodzenia w relację z innymi. To dlatego Lem ośmiesza choćby erotykę, intymność, przyjaźń – promuje natomiast ze wszech sił nowy, obliczalny świat, przestrzeń bezpiecznego, kalkulowanego przekazu, w którym liczba zastąpi emocje, tym samym stabilny wzór matematyczny wykluczy na zawsze chaotyczny konflikt. Takim zgonem niebezpiecznych, interpersonalnych stosunków zakończy się wkrótce historia człowieka. A ja się z Lemem nie zgadzam! Nie ma w tym jeszcze żadnego kresu kultur, ponieważ komunikacja nie jest w stanie zastąpić relacji. To jednak błąd w myśleniu, który właśnie dziś wywołuje równie znaczące konsekwencje: i oto człowiek opisany przez Lema doszedł do jednej z ostatnich stron jego powieści. Potrafi skontaktować się bez trudu, zwłoki i pieniędzy, z każdym innym, inteligentnym organizmem znanego nam dotąd wszechświata. To fakt, który jednak nie zmienia wiele. Komunikacja nie nasyca bowiem ludzkiego wnętrza. Nie zastąpi w tym nigdy relacji. Gdyby tak było, Lem być może miałby rację – człowiek przestałby walczyć, szukać i tęsknić, zamykając ostatni rozdział własnych dziejów...
   W 1989 roku stosunkowo krótki lecz osławiony potem z biegiem czasu artykuł publikuje Francis Fukuyama. Esej ukazuje się w różnych częściach świata pod tytułem: „Koniec historii?” – i mówi dokładnie o tym, co powtarzać potem będzie amerykański profesor w książkach „Ostatni człowiek” lub „Wielki wstrząs”. Fukuyama obwieszcza, iż proces rozwoju dziejów sięgnął swego, potencjalnego szczytu, a jest nim moment upadku komunizmu i absolutny tryumf liberalnej demokracji. Człowiek nie może już więcej, więc jego dzieje dobiegły jakby punktu zero, punktu bezruchu – nie jest zasadne zmierzać więcej do przodu, bo nie będzie nigdy lepiej; nikt też już nie chce wracać wstecz, zostawiając to już osiągnięte i możliwie najlepsze. Skok cywilizacyjny demokracji liberalnej, historycznie potwierdzony przez jej zwycięską konfrontację ze skompromitowanym komunizmem, jest szczytem możliwości w myśleniu i działaniu człowieka. Socjolog zapewne również czytał Lema, ponieważ udowadnia z pasją, że dla ludzkości przejście od kultury industrialnej do informatycznej, jest o wiele bardziej znaczącym i realnie definitywnym przełomem, niż odkrycie rolnictwa czy rewolucja przemysłowa. Odetchnąłem z ulgą, czytając ostatnie wywiady Fukuyamy, w których socjologiczny futurysta – w obliczu nowego zakrętu dziejów – nagle przestał być tak pewny tez, wypowiedzianych z hukiem dwadzieścia przeszło lat temu. I dobrze! Myślę, że analiza rozwoju dziejów jedynie z punktu widzenia socjologiczno – politycznego jest formą refleksyjnej redukcji. Polityka i to żadna polityka, nie tworzy samoistnie kultury, nie decyduję więc także o jej dojściu do punktu szczytowego. Tym bardziej polityka nowożytna, która oficjalnie zrzekła się młodej, jędrnej, bezinteresownej i patriotycznej świeżości greckiej demokracji antycznej, przeobrażając się w salon zawodowych, elitarnych celebrytów, żyjących wygodnie z tanich igrzysk, podrzucanych zgłodniałym ekranom. Co najwyżej taka polityka może brać udział w zarządzaniu progresem lub regresem kultury. Nabierzmy więc i tu spokojnie oddechu. 
   Moim zdaniem, w pewnym sensie dziedzicem pesymizmu Fukuyamy, przekazywanym za pomocą narzędzia romantyzmu, jest poeta Czesław Miłosz. Przebudzony z trupiego zaduchu drugiej wojny światowej i wrzucony w nielepszą atmosferę zakompleksionego komunizmu, w roku 1945, wybitny, polski twórca, a potem noblista, publikuje wiersz „Piosenka o końcu świata”. Leitmotiv tego tekstu będzie potem jak ideologiczny refren powracał w wielu punktach jego literackiej refleksji. Człowiek Miłosza jest boleśnie bierny. Rodzi się różowy – bezbronny, a potem przesuwa kalejdoskop swoich dni w jednostajnym, nużącym klimacie upalnego południa, gdy panuje nieznośny skwar, bezruch i brak animuszu. Historia ludzkości rozwija się bezwolnie i bez woli człowieka dogasa. Nawet powołany lecz rozproszony starzec nie podoła być prorokiem. Gdyby jednak ta sama ludzkość, z pesymistycznego pejzażu piosenki o końcu świata, była tak pasywną naprawdę, wielki Miłosz nie tylko nie pisałby wierszy – nie napisałby ani jednego słowa, byłby analfabetą. Nikt nie otwierałby szkół, sierocińców, akademii, nikt nie wstawałby do pracy rankiem, od Europy po Niagarę rósłby sobie do dziś kędzierzawy las, a człowiek przykulony w kucki na polanach, czekałby własnego rozerwania przez bestie, bez ognia pocierając zamarznięte dłonie. Musimy się trzymać realiów! 
   I wreszcie 5 grudnia kończącego się już powoli roku, młodzieżowa rada gminy Płock zorganizowała ciekawą debatę pod tytułem: „Kryzys imigracyjny w Europie – czy stać nas na uchodźców? Czy stać nas na europejską solidarność?”. W debacie przy jednym stole, mocno podzieleni przez emocje, zasiedli trzej społecznicy, dwaj dziennikarze oraz jeden, wyważony ksiądz Andrzej Kobyliński. Bardzo zaciekawiła mnie wypowiedź Kobylińskiego, który stawiając problem w znacznie szerszej perspektywie, wypowiedział odważne zdanie: na naszych oczach kończy się nowożytność i rodzi się nowa, czwarta epoka w dziejach świata. Ponieważ trudno jest - ze zrozumiałych względów - w dyskusji panelowej znaleźć czas na rzeczowe rozwinięcie tak śmiało postawionej tezy, długo nosiłem w mojej głowie echo płockiej refleksji. Generalnie byłbym za, choć mam kilka wątpliwości. Bo czy można zamknąć dotychczasowe dzieje ludzkości jedynie do trzech epok? Gdzie poprowadzić ich czasowe granice, nie dla podniecenia teoretycznej dyskusji, lecz dla pełnego zrozumienia logiki dziejów człowieka? I wreszcie, czy obecny czas to naprawdę inicjacja nowej epoki, czy paroksyzm tej starej? Coś przecież musi być młodego w tkance świata, aby zrodzić nowy początek: twórczość, aktywność, czysta motywacja lub dorobek ducha – podczas gdy na naszych oczach chylić się zdaje do zmierzchu świat kultury starej, zwiędłej moralnie i skorumpowanej. Czy spotkał ktoś na tej ziemi nową płodność publicznie wymarłego łona? 
   Pewnie podobne, genialne i porywające refleksje moglibyśmy znaleźć w dziełach jeszcze kilku poszukiwaczy wielkiego kresu lub nowego rozdania kultur, od Hegla aż po Baudrillarda. Mnie jednak brakuje w tych równie śmiałych, co ciekawych analizach racjonalnego szacunku do tego, co we wnętrzu człowieka jest odwieczne i stałe, a co tym samym praktycznie i efektywnie wpływa na faktycznie różnobarwną, ale jednocześnie podtrzymywaną przez wieki, kulturę gatunku ludzkiego. Paradoksalnie bowiem człowiek jest istotą, która całą siłą osobowości dąży przede wszystkim do podtrzymania, pogłębienia i przekazania daru egzystencji. Tylko jednostki chronicznie słabe lub marginalnie chorobliwe szukają unicestwienia. Ta witalna siła w człowieku ma swój wyraz w przeobrażaniu się kultury. Historia jest w pewnym sensie praktycznym laboratorium, które udowadnia, że zerwanie, separacja lub odcięcie wypacza rozwój kultury. I przeciwnie – kultura, aby rozwijać się i trwać, potrzebuje zasady partycypacji historycznej, a nie historycznej separacji. Co to znaczy? Ni mniej, ni więcej, partycypacja historyczna mówi, że przez wieki, aż do faktycznego końca dziejów, trwa tak naprawdę jedna i ta sama kultura ludzka, odnajdując się w bogatych różnicach stylu następujących po sobie epok, przeobrażając się wciąż na nowo za pomocą siły postępu, interpretując wciąż w nowym kontekście potrzeby ludzkiego ducha, poszukując głębszych narzędzi do obrony godności człowieka i umacniając wciąż z nową, coraz bardziej światłą determinacją, normy moralne, które były, być muszą i będą fundamentem kultury humanistycznej na zawsze. Nie ma zatem fikcyjnego końca jednej epoki. Nie ma zamkniętych wrót czasu. I nie ma jedynie stosu gruzów na widnokręgu, spalonych doszczętnie miast, zgliszcz, wśród których nie przeżyło już nic. Zawsze, nawet w najgorszym scenariuszu dziejów, wśród powalonych murów, tli się iskra. Ktoś przeżywa zagładę i z tej ostatniej iskry zdolny jest przygotować pierwszy ogień domowego paleniska. Dzięki zasadzie partycypacji historycznej kultura nie ginie - kultura odradza się wciąż na nowo, obficie biorąc z bogatego doświadczenia poprzedniego czasu, który dla jakiegoś motywu, dokonał już swego żywota. 
   Łatwo jest ocenić pożyteczność argumentacji na korzyść partycypacji historycznej kultur. Tam gdzie nauka, sztuka, polityka lub religia zdolna jest uszanować tę zasadę – kultura ludzka bez wysiłku wkracza w moment swojego rozkwitu. Oto na przykład w wieku trzecim i czwartym po narodzinach Chrystusa, imperium rzymskie – co dla wielu pokoleń było nie do pomyślenia – wchodzi w stan faktycznego rozkładu, dogorywa i umiera. Na pobladłym gardle Rzymu zdaje się stawiać tryumfalnie swą stopę rodzący się geniusz chrześcijaństwa. A jednak tak wybitni myśliciele jak Augustyn, Ireneusz czy Justyn, nie pozwalają egzekwować barbarzyńskiego wyroku – prowadzą Kościół pierwszych wieków do światłej adaptacji, dzięki czemu nie tylko jakoś przetrwa wybitny duch Rzymu - w architekturze, wojskowości lub prawie - lecz i samo chrześcijaństwo zyska status religii racjonalnej, cywilizowanej i zrozumiałej dla wszystkich. I z drugiej strony nie jest trudno poznać przerażającą siłę destrukcji historycznej separacji, której wybitnie ponurym przykładem mogą być niestety dwa totalitaryzmy minionego stulecia: nazizm i komunizm – zupełnie, przemocą, sztucznie narzucone człowiekowi. Te odseparowane od racjonalnej kontynuacji dziejów ideologie, w miejsce odwiecznej afirmacji życia -  wprowadziły dziki zachwyt nad przemocą i smiercią, a w miejsce równomiernego postępu wszystkich – sztuczne przywileje jednej rasy lub jednej klasy społecznej, co w efekcie doprowadziło do jaskrawego wypaczenia kultury ludzkiej w postać przerażającego, architektonicznego, parlamentarnego, państwowego, kinowego, czy wreszcie zwyczajnie chodnikowego karła. Nigdy więcej! Kultura potrzebuje pełnej szacunku ciągłości, którą wolno nazwać jej partycypacją historyczną. Tylko w postawie szacunku wobec tej zasady kultura pozostaje w stanie wzrostu i rozwoju. 
   Norma partycypacji historycznej kultury ludzkiej pozwala odkryć wreszcie zasadniczy mechanizm, który rządzi tak naprawdę progresem lub regresem poszczególnych epok. Bo jak to jest? I za pomocą jakiego bodźca jedna epoka przez wieki cieszy się narastającą siłą sztuki, polityki i ekonomii, tak, że kolejne pokolenia historyków z otwartymi ustami gotowe są nadać jej przydomek złotego wieku – a druga epoka niepokoi chwilę i szybko odchodzi w cień zakurzonych archiwów? Co o tym decyduje? Nieśmiało dość sądzę, że kluczem tutaj będzie zawsze jednoznaczne i prawidłowe określenie się kultury wobec sześciu elementarnych i niezbywalnych zagadnień: natury człowieka, prawdy, piękna, więzi międzyludzkiej, sprawiedliwości społecznej i religii. Jeśli kultura bezbłędnie odróżnia w człowieku to, co racjonalne, a co ciemne, co jest w nim szlachetne, a co czyni go dewiantem. I jeśli kultura – pomimo naturalnych, ludzkich sporów – u swych podstaw nie fałszuje miary, która zdolna jest rozróżnić biel od czerni. Jeśli następnie kultura faworyzuje wszelkimi sposobami światłych mecenasów artyzmu, sztuki, edukacji i postępu, broniąc swe dzieci od kiczu hipokryzji. I jeśli ta kultura odnosi się z szacunkiem do miłości, wierności, przyjaźni, solidarności oraz rodziny, która przekształca się z czasem się w prawdziwe genealogie dzięki szlachetnej płodności zdrowego mężczyzny i zdrowej kobiety. Jeśli jeszcze ta sama kultura – obojętnie w jakim systemie: bo przecież czasem światła monarchia może służyć naprawdę lepiej ludziom, niż manipulowana medialnie pesudodemokracja, która jest już jedynie jawną oligarchią – zna się na uczciwej legislatywie, konsekwentnie impaktując ją wolnemu społeczeństwu. Na koniec jeśli religia tej kultury nie jest zwiotczałą, przypadkową, dość obojętną, rozmytą i nade wszystko miłą kompilacją katolicyzmu z protestantyzmem, wraz z domieszką przepadłych gdzieś dawno, afrykańskich rytów, ale religią niesioną na dwóch, szerokich skrzydłach - czyli pewną swej objawionej i racjonalnej tożsamości; wówczas taka kultura może zmienia się, ale nigdy się nie kończy. Tak opisałbym istotę tego, co uważam za normę partycypacji historycznej kultury ludzkiej. 
   Przed kilkoma laty podziwiałem znakomity, interesujący obraz walki Eneasza z Turnusem, którego autorem jest Luca Giordano. Eneida opowiada czytelnikowi przez ile zmiennych epok i przełomów, zmuszony jest przejść heroiczny Eneasz: od szczęśliwego ocalenia i wyjścia za próg spalonej Troi, przez otarcie się o wysokie brzegi przychylnej Tracji, tragiczny romans z królową Kartaginy, Dydoną, aż po chwilę dotarcia do Italii. Na obrazie Giordano widać za plecami walczących bohaterów ich geniuszy - jednak geniusz Eneasza patrzy w górę z wiarą w dobrą przyszłość, a geniusz pokonanego Turnusa przeciwnie – odchodzi w przeszłość i zacienia swoją twarz ramieniem. Wtedy właśnie pomyślałem pierwszy raz w życiu, że dzieje Eneasza są wiernym oddaniem losów całej kultury ludzkości. Przez ile portów i zdarzeń przyjdzie jej jeszcze wędrować? Zawsze jednak ta sama kultura ludzka podnosić będzie nad trupami epok odnowione, genialne oblicze.


środa, 25 listopada 2015

Teologia na kolanach...

   Coraz częściej może wydawać się, że chrześcijańskie życie wiary jest poddane dziś nieustannej presji krzyczącego kontrastu. Między głębią a dziwactwem czasem nie ma już nic. Ta rozpięta skrajność zdolna jest podzielić Kościół. Czytałem właśnie fragment najnowszego wywiadu z księdzem Janem Kaczkowskim, gdy w moim domu zadzwonił telefon. Ksiądz Kaczkowski ze wzruszeniem opowiada, jak to po pierwszej w życiu spowiedzi klęknął przy ołtarzu, by odprawić zadaną pokutę i nie mógł za nic odnaleźć naznaczonej mu modlitwy. Jednak blisko klęczącego w emocjach młodego penitenta przechodził właśnie stary proboszcz, który w parafialnej opinii powszechnie widziany był jako zimny, nieprzystępny i twardy kapłan. Wyczuwając zakłopotanie chłopca, prałat uklęknął przy nim, otworzył swój brewiarz i pomógł mu dobrze odprawić pokutę. Ksiądz Jan swoje wspomnienie tamtego dnia kończy dziś stwierdzeniem, że ten moment a potem ten ksiądz nauczył go podstawowego szacunku dla Eucharystii, postaw wyrażających ten szacunek na zewnątrz oraz wewnętrznej prawdy, że nigdy nie można przyjmować Ciała Pańskiego w grzechu śmiertelnym. Zamknąłem książkę i podniosłem słuchawkę dźwięczącego natrętnie telefonu. Z kolei jeden z moich kolegów misjonarzy, chciał koniecznie podzielić się ze mną nowym niepokojem. W jego placówce misyjnej trwa ostatni etap przygotowań do pierwszej Komunii Świętej. Misjonarz pracuje tam od roku, tę ważną uroczystość również więc przeżyje pierwszy raz. Natychmiast natknął się na opór zespołu katechetycznego, gdy po wstępach, próbach i przygotowaniach, został poinformowany, iż poprzedni duszpasterz - ideologicznie dotknięty teologią wyzwolenia - od lat już w tamtej placówce, pierwszej Komunii Świętej dzieciom udzielał w niedzielne popołudnie - poza celebracją Mszy Świętej. Jeśli w jednym, powszechnym, uniwersalnym i katolickim Kościele, Eucharystia ma wciąż spełniać pragnienie Jezusa, aby wszyscy stanowili jedno, to naprawdę nie można istoty Jej rozumienia i sposobu Jej celebrowania, pozostawić dowolnemu wrażeniu duszpasterza lub zmiennemu kontekstowi miejsca, w którym się Ją składa.
   Myślę, że od kilku lat w teologii współczesnej toczy się niedoceniony spór, którego rozstrzygnięcie będzie miało praktyczny i ogromny wpływ na skuteczność duchowej formacji katolików w Kościele współczesnym. Dyskurs ten można by nazwać pytaniem o teologię na kolanach. Wszyscy chrześcijanie wprawdzie, zgrupowani w jednym lub drugim narożniku debaty, zgadzają się co do jednego: teologię należy uprawiać na kolanach! Jednak zdaje się, że teologiczny klęcznik tak jedni, jak i drudzy, chcą ustawić przed odmiennymi zgoła relikwiami. 10 września 2007 roku, papież Benedykt XVI odwiedza austriackie, cysterskie opactwo Heiligenkreuz. Kilka miesięcy wcześniej otwarto w tym miejscu akademię teologiczną imienia Josepha Ratzingera. Papież wygłasza tam swoje przemówienie, w którym pierwszy raz właśnie pojawia się na Jego ustach - inspirowany medytacjami Hansa Ursa von Balthasara - znaczący termin: teologia na kolanach. Według Benedykta XVI to pojęcie oznaczać może szansę na: powrót do prymatu Boga i świata Bożego w rzeczywistości doczesnej, zdrową duchowość eklezjalną, zaufanie do wiary i Objawienia oraz wynikającą z powyższych punktów, nową, radosną, głęboką płodność duszpasterską Kościoła. Z kolei w lutym 2014 roku, siedem lat później, kardynał Walter Kasper udziela wywiadu włoskiemu pismu "La Stampa", w którym wyjaśnia oficjalnie motywy swego kontrowersyjnego już wystąpienia na rzymskim konsystorzu z dnia 20 lutego 2014, podczas którego niemiecki purpurat, w dwie godziny trwającym referacie, przedstawił własną interpretację więzi małżeńskiej, sytuacji moralnej osób rozwiedzionych żyjących w ponownych związkach oraz wiadomego już wszystkim kontekstu udzielania im Komunii Świętej. Kasper jednoznacznie powołał się na wolę papieża, którym miał mu powiedzieć: otwieraj kwestie, ale nie dawaj jeszcze odpowiedzi. Wydaje się, że ten właśnie moment staje się z kolei dla Waltera Kaspera i wszystkich zwolenników jego stylu myślenia, absolutnym początkiem ogłaszania innej teologii na kolanach, która byłaby dla odmiany: natchnionym przez wiarę humanizmem, katechezą łagodności, służącej Kościołowi za taktykę zdobywania nieco lepszej opinii wśród współczesnych, stylem duszpasterskim, odtąd znaczącym już znacznie więcej niż twarda doktryna wiary oraz manifestem katolicyzmu, który natchnienia dla swoich aktów będzie szukał bardziej w kontekście społecznych przemian i zjawisk, niż na kartach Biblii. Właściwe rozumienie teologii na kolanach nie jest już subtelnym sporem intelektualistów lecz kształtuje życie wewnętrzne chrześcijan nowego pokolenia.
   Po granicach tak zróżnicowanego myślenia o teologii na kolanach, biegną też skrajnie różne rozstrzygnięcia, komentując z odmiennej perspektywy kilka najbardziej istotnych spraw w samym sercu wiary chrześcijańskiej. Spór i rozdzielenie zaczął się jednak od pozornie drobnego szczegółu, ujawnia się najczęściej praktycznie poprzez ten drobny szczegół i uważam, że paradoksalnie może zakończyć się przez uszanowanie tego właśnie szczegółu. Jest nim kwestia postawy klęczącej podczas adoracji, pokuty lub modlitwy osobistej. Rozwijając własną koncepcję teologii na kolanach, papież Benedykt XVI zaczął udzielać Komunii Świętej wszystkim na klęcząco. Zwolennicy humanistycznej teologii na kolanach, w wielu diecezjach świata, nie klękają już nawet w momencie konsekracji. I jedno i drugie ma swoje głębokie konsekwencje. Postawy klęczącej wobec Boga obecnego tu i teraz nie wolno sprowadzić jedynie do kwestii rygoryzmu, do ciszy w świątyniach, do porządku podczas nabożeństw, do sposobu rozumienia przepisów liturgicznych lub do niekończących się, niechętnych sobie, irytujących już czasem przepychanek tradycjonalistów i postępowców. Właściwe lub błędne interpretowanie teologii na kolanach kończy się bowiem właściwym lub błędnym sposobem prowadzenia życia wewnętrznego. Tak wiele zależy od ugiętych kolan na modlitwie.
   Zwolennicy modernistycznej teologii na kolanach usuwają klęczniki ze świątyni, powołując się na fałszywą teorię i mówiąc, iż klękanie podczas adoracji, pokuty lub modlitwy, to gest, który wszedł w Kościół jako podstawowe dziedzictwo feudalizmu. To niewolnik miał klękać przed panem. Nic bardziej błędnego. To prawda, że Kościół w wielu momentach swej egzystencji, czasem zbyt sprzymierzony z dworem, musiał wiekami otrząsać się z feudalnej tandety. Co więcej - musi to robić do dziś: wyrzekając się przesadnego przywłaszczaniu sobie nazbyt światowych tytułów, szat i nawyków wcale nieznanych z Ewangelii, uzdrawiając niekiedy pozbawioną ducha braterskiego relację między biskupami a kapłanami, między księżmi a resztą Ludu Bożego lub rezygnując z żenującego momentami wikłania się wspólnoty w materializm i politykę. To są elementy feudalizmu, które podtrzymane - korumpowałyby Kościół. Natomiast gest ugiętych kolan pochodzi z ducha. To Jahwe prosi Mojżesza, by ten zdjął swe sandały, zanim wstąpi na ziemię, pełną Bożej obecności - w ten sposób prorok porzuca w sobie starego człowieka, pierwszy raz w życiu smakując wieczności. To powracający do domu miłosiernego ojca syn marnotrawny, klęka z pokorą, dostępując obfitego przebaczenia. To skruszona prostytutka pada u stóp Jezusa, na oczach faryzeuszów obmywając stopy Mistrza łzami i wycierając je włosami - odzyskuje w ten sposób godność dziecka Bożego. Wreszcie to sam Chrystus klęka przed uczniami w wieczór Ostatniej Wieczerzy, inicjując tym samym epokę wolności - epokę Nowego Przymierza. Nie wolno nam pomylić pojęć. Biblijne ugięcie kolan ma zupełnie inne, wewnętrzne źródło pochodzenia. To nie Biblia stworzyła feudalizm i to nie liturgia była lub jest źródłem jego społecznego podtrzymania. To nieporozumienie może kosztować nas wiele.
   Feudalizm w swej istocie jest ludzką, niesprawiedliwą ideologią, która za narzędzie swego funkcjonowania w świecie przez wieki obierała uporczywe zacieranie rzeczywistości. Ktoś skłamał, sugerując, że ludzie nie są sobie równi i że można podzielić ludzkość na uprzywilejowanych i służących nie według stanu wykształcenia lub posiadania, ale według ich godności. Tak zaczął się feudalizm i tak on trwał. Był i jest u swych podstaw zakłamaniem realiów. Naprzeciw bowiem siebie ustawił w nierównej roli dominującego feudała i klęczącego niewolnika - dwie, jednakowo ludzkie osoby, w rzeczywistości zawsze równe sobie. Z feudalnym zakłamaniem realiów nie ma nic wspólnego postawa człowieka klęczącego. Wprost przeciwnie: adoracja, modlitwa lub pokuta dokonywana na kolanach, jest dla człowieka gwarancją uznania prawdziwej rzeczywistości: Bóg i tylko On jest bytem najwyższym, z którym żaden człowiek w niczym nie może się zrównać. Jeśli więc feudalizm wypaczył realia i bezzasadnie podzielił ludzi na lepszych oraz gorszych, tak postawa ugiętych kolan jest najgłębszą obroną stwierdzonej rzeczywistości: istnieje Byt Absolutny, Bóg, wobec którego każdy byt ludzki musi uznać swą zależność. Bez uznania tej zależności człowiek popada w nieład, zagrażać zaczyna sam sobie, aż w końcu jego własna egzystencja zanika.
   Zatem powrót do właściwej, teistycznej teologii na kolanach, jaką zaproponował Benedykt XVI i stosowna ostrożność wobec modernistycznej teologii na kolanach Kaspera, moim zdaniem przynieść nam może znaczący efekt: ugięte kolana służą inicjacji i dynamizowaniu pogłębionego życia duchowego człowieka oraz bronią właściwej antropologii, co również w kontekście przerażających i narastających problemów społecznych świata współczesnego, ma fundamentalne znaczenie.
   Istotnie wiele w życiu duchowym człowieka zależy od tego, czy dotknie on prawdy o Bogu i sobie - czy uklęknie? Osobiście uważam, że prawie zupełny brak owoców wiary, jakiego doświadcza się w ostatnich latach w kulturze zachodniej, jest spowodowany nie tylko laicyzacją społeczną świata oraz naporem wrogich wobec chrześcijaństwa sił. Bardziej niebezpieczna jest pustka wewnątrz Kościoła, rozmycie wiary, miałka duchowość, wyzbycie się Bożego misterium ze świątyń, humanizacja tego, co naprawdę powinno być boskie. Dlaczego człowiek Zachodu nie bierze dziś powszechnie udziału we Mszy Świętej? Bo się nudzi - pada odpowiedź. A dlaczego się nudzi? Ponieważ chwilami propozycja duchowa tego samego Kościoła nie jest w stanie doprowadzić go do kontaktu z Bogiem. Zagłusza się niekiedy w Kościele moment pobudzenia do wiary - akcentuje się natomiast staranie o to, by wszyscy czuli się sympatycznie. Natomiast ten, w kim zapłonie iskra Bożej obecności, może przeżywać w wierze radość lub ciemność, spełnienie lub tęsknotę, nie ma jednak już mowy o znudzeniu. Misterium zawsze prowadzi do fascynacji, banał zaś do nudy. Nie jesteśmy naprawdę w stanie, w żadnej parafii ani diecezji, stworzyć doskonałej wspólnoty, która atrakcyjnością życia swoich członków, naturalnie pociągałaby innych do Boga. To idealistyczna mrzonka, której we współczesnym stylu duszpasterskim poświęca się coraz więcej energii, zaniedbując jednocześnie to, co skuteczny przełom w doświadczeniu Boga przynosi nam w zasadzie bez wysiłku: adorację, pokutę i modlitwę. Jeśli więc człowiek współczesny ma w swoim mieście brzydki, zaniedbany kościół, wchodzi jeszcze do jego wnętrza z nadzieją i spotyka tam miłą reklamę miejscowej wspólnoty w zamian za poznanie prawdy, rockowy koncert zamiast modlitwy i przepowiadanie kopiowanego banału, zamiast nawrócenia - odchodzi bez doświadczenia Boga. 
   Teologia na kolanach według Ratzingera może być tu ratunkiem. Tak naprawdę bowiem człowiek rozpoczyna proces swego nawrócenia i podtrzymuje go potem w ciągu całego życia za pomocą ugiętych kolan. Nawrócenie i jego kontynuacja w postaci procesu wzrostu to stanięcie w całkowitej prawdzie, rozpoznanie Boga, przyjęcie własnej zależności we wszystkim od Niego i poddanie Jemu własnej woli, które owocuje wolnością. To nie feudalizm, to biblijna wizja człowieka, jego szczęścia i proporcjonalnego umieszczenia istoty ludzkiej w ramach prawdziwej rzeczywistości. Od takiego początku i rozwoju zależy wzrost wewnętrzny. Współczesne metody duszpasterskie, najczęściej oparte o doświadczenie protestantyzmu, odwołują się w nas do emocji, deklaracji lub przeczucia. Z konieczności ma to charakter mniej trwały. Wyznanie Jezusa jako Pana i Zbawiciela ustami, bez prawdziwej przemiany wewnętrznej człowieka, jest niczym znaczącym. Natomiast uznanie właściwej proporcji między Bogiem i człowiekiem oraz konsekwentne budowanie potem świata wewnętrznego według tej normy, prowadzi w efekcie od nawrócenia do świętości. Dlatego warto klękać.
   Wystarczy zresztą przeprowadzić tutaj bardzo praktyczny eksperyment, zważyć owoc, zobaczyć prostą konsekwencję w duszach. Czego doświadcza ktoś tańczący w kościele? Chwilowego upojenia, narkotyku zapomnienia o problemach, które ostatecznie nie znikną i wrócą. Skupienia na sobie, dreszczu emocji wywołanych taką lub inną sensacją, która ma posmak tajemnicy. Podziwu dla charyzmatycznego lidera, bo on widzi coś, czego nie dostrzega zwykły śmiertelnik. Przemija euforia, znudzenie nie odchodzi. Czego zaś doświadcza człowiek na kolanach? Bólu przemiany, radości przebaczenia, Bożych odwiedzin, intensywnej obecności świata wiecznego, subtelnej, intymnej modlitwy oraz wyzwalającej świadomości, że jest w tym świecie coś trwałego na zawsze, co ma gwarancję w Bogu, a nie w człowieku. Klęcznik jest jak intymna izdebka, do której w Ewangelii Pan zapraszał tych, którzy szukali prawdziwej modlitwy.
   To ciekawe, że w klasycznej teologii Jana od Krzyża, która - mam taką nadzieję - wciąż stanowi właściwą, centralną i oficjalną inspirację dla każdej, innej interpretacji w duchowości - jest bowiem bezbłędna, najgłębsza i uznana przez doświadczenie Kościoła - występuje ważne pojęcie duchowej pustki (vacío). Jest to termin metaforyczny, oznaczający czasem - gnębiący człowieka wiary - brak treści lub zawartości wewnętrznej. Jan od Krzyża zdaje się postrzegać duszę na wzór naczynia, które gromadzi w sobie dwa rodzaje rzeczy: ludzkie - będące pozornie duchowymi, lecz tak naprawdę są one tworami działalności własnej człowieka, jego intelektu, pamięci lub wyobraźni i krótko jedynie nasycają duszę, wrzucają ją niebawem ponownie w przepaść pustki i głodu; albo boskie - naprawdę wieczne, możliwe do osiągnięcia nie przez stan jakiegokolwiek napięcia emocjonalnego, lecz przez poznanie prawdy w pokorze. Ze wszystkich tych przedmiotów naturalnych, ludzkich ma opróżnić się dusza, aby jej duchowe przepaści - od narodzin gotowe na to - mogły napełnić się Bogiem: sycąc, uspokajając, wyzwalając. Mówi genialny Karmelita: próżnię rozumu stanowi wielkie pragnienie Boga; próżnię woli - Jego głód; próżnię pamięci - rozpłynięcie się niejako duszy za posiadanie Boga. To jest jedynie realna perspektywa rozwoju wewnętrznego człowieka: nasycenie się sobą znów prowadzi do pustki, zaś wyzbycie się siebie, nasycać będzie na wieki. Kto klęka - zanika, by stać się pełnym wyższego istnienia. 

niedziela, 1 listopada 2015

Litania do rodzin...

   Kto słyszał o małej, zagubionej gdzieś prawie pod brazylijską granicą z Urugwajem, miejscowości Los Talas? Dwa miesiące temu władze urugwajskie zwinęły z Los Talas nawet posterunek policji. W wiosce żyje bowiem stary cygan, który molestuje seksualnie dzieci. W pewnej chwili zaczął zbliżać się również do małych dziewczynek miejscowego policjanta. Znałem osobiście wiejskiego komendanta. To prosty człowiek, uczciwy, przygotowany raczej do obezwładniania złodziei na miejscu, niż do studiowania poszlak w śledztwie. Za trzecim razem, gdy cygan znów zastąpił drogę jego dzieciom, kiedy same wracały ze szkoły - policjant nie wytrzymał i zaczął strzelać z odległości do dewianta. Ciekawe, że cygan przeżył i żyje dalej w Los Talas, a Bogu ducha winnego strażnika porządku publicznego, wraz z rodziną, przeniesiono do pracy w charakterze strażnika banku państwowego w Aiguá. Taki tu mamy klimat. Ludzie poszeptują, że nawet nauczycielka - jedyna, obsługuje w miejscowej szkole cztery klasy naraz - nie bardzo chce dojeżdżać już do Los Talas i szuka sposobu ucieczki. Ja natomiast wprost przeciwnie. Dojeżdżam i wręcz raz w miesiącu czekam na wyjazd do tej, tak odległej od mojej misji, maleńkiej miejscowości. Bo w Los Talas udaje się - nie wiadomo jak - to, czego nikt z nas nie może dokonać jak Urugwaj długi i szeroki: ludzie czekają na Mszę zanim misjonarz dojedzie, atmosfera sympatyczna, po Mszy obowiązkowa integracja, dzieci na katechezie bez liku, nie nadążam odpowiadać na pytania - słowem, to jakiś misyjny sen, w zapomnianym przez Opatrzność miejscu, w którym moja placówka nie ma nawet jeszcze kaplicy. Eucharystia i wszystko organizuje się w garażu sympatycznego małżeństwa Blanki i Victora, tak, że przekazując innym znak pokoju, co i raz trzaskam głową w zawieszone pod sufitem grabie.
   Od początku na katechezę przychodzi też jedenastoletnia Ani. Wspaniała, wewnętrznie zdrowa grzeczna i sympatyczna. Niestety, nie zdążyła nigdy poznać swego ojca, bo po szybkim i ulotnym związku z jej matką, wylądował on na lata w więzieniu. Ani nie potrafi powiedzieć za co. Ma tylko ośmioro, młodszych braci. Nieszczęścia, także tu - na południowej półkuli - uparły się chodzić parami. Kilka miesięcy temu matka Ani, wraz z jej kolejnym amantem, zostawiła wszystkie dzieci babci i uciekła do San Carlos. Sytuacja starszej, schorowanej kobiety, jest teraz skrajnie trudna. Kiedy odwiedziłem Los Talas oraz ich rodzinę ostatni raz, Ani była jakaś nieswoja. Jakby znikł z jej oczu ten dobry błysk, który zawsze widziałem. Wyczułem w końcu, że chciałaby porozmawiać. Znaleźliśmy więc stosowną chwilę samotności i zapytałem małą, co się dzisiaj z nią dzieje? Ani opowiedziała mi, że w obchodzi w listopadzie urodziny i że z San Carlos wtedy przyjedzie jej mama. Zapytałem, czy matka często ich odwiedza? Przyjeżdża tylko jak są czyjeś urodziny. Była już w październiku, gdy sześć lat kończył młodszy brat dziewczynki - Amilkar. I zapytała wtedy Ani: co chciałaby dostać na swoje urodziny w listopadzie? W tamtą sobotę, na końcu świata, w zapadłej, urugwajskiej wiosce, w której każdy człowiek budzi się tylko z jednym pragnieniem pod sercem: emigrować - usłyszałem od tej wspaniałej dziewczynki zdanie, którego nigdy nie zapomnę. Ani wyznała mi szczerze, że na pytanie mamy o prezent, odpowiedziała jej mocno: jedyne pragnienie jakie w życiu mam, to poznać wreszcie mojego ojca...
   Przyznam się wprost, że kiedy przed ponad miesiącem, przeczytałem jeden z pierwszych komentarzy arcybiskupa Gądeckiego do zakończonej już szczęśliwie dzisiaj, drugiej części synodu, poczułem gdzieś pod sercem opór. Bo metropolita poznański przystąpił do obrad w Rzymie z niezmiennie twardą perspektywą. Mówił jasno, że przyszłością świata i kultury ludzkiej jest zdrowa rodzina. Synod nie może zajmować się jedynie wypadkami skrajnych zjawisk matrymonialnych czy familiarnych, ale przedmiotem jego debaty musi być rodzina w rozumieniu klasycznym - rodzina, która istnieje wciąż w świecie i szuka swego miejsca w Kościele. W chwili pierwszej pokusy zaparłem się w sobie i postanowiłem nawet zaprosić arcybiskupa do Los Talas na bierzmowanie. Myślałem, że dobrze zrobi Ekscelencji zobaczyć, jak to nie wszystkim dzieciom świata mama rano robi kanapki do szkoły. Ponieważ jednak ten hierarcha polski zajmuje w mojej głowie pełne szacunku miejsce, bunt powoli zaczął ustępować, powracało z biegiem dni, refleksji i modlitwy za synod, harmonijne myślenie. Przecież ja swej rozmowy z Ani nie zakończyłem przekleństwem czy gestem rozpaczy. Powiedziałem jej to samo, co bardziej biblijnie wyłożył arcybiskup na synodzie: że Ani nie ma żadnej szansy, by odkupić lub zmienić życie swych rodziców. Trzeba więc to zostawić. Jedyne, co może zrobić, to teraz uczyć się pilnie, zdobyć dobry zawód, nie zachodzić z byle kim w ciążę, lecz doczekać do prawdziwej miłości i szczęśliwie przeżyć własne życie. Mała rozpłakała się nagle, ale szybko potem wrócił dawny blask do jej oczu. I jestem pewien, że tak jak ja nie zapomnę nigdy, co w Los Talas Ani powiedziała swej matce, tak samo ona nie zapomni już nigdy, co pewnego popołudnia powiedział do niej na końcu świata polski misjonarz.
   Kiedy zaczynałem pracę kapłańską, generalnie włożono mnie szybko i bez zasług do kurialnej szuflady z napisem: duszpasterz młodych. Chodziłem więc latami z młodzieżą na pielgrzymki, robiłem z młodzieżą rekolekcje, młodzież przesiadywała na moim wikariacie i młodzież zawsze miała swoje przywileje. Potem jednak los pchnął mnie do Irlandii, gdzie nagle poznałem z bliska życie i zmaganie setek polskich, emigracyjnych rodzin. Inne problemy, inna rzeczywistość, inne rozmowy - coś także we mnie zaczęło dojrzewać. Gdy niespodziewanie trzeba było wracać z Zielonej Wyspy, spostrzegłem, że moja dawna młodzież z wikariatu, to teraz też już rodzina. Jakoś nie chciało mi się za nic powracać do neoprezbiterskiego schematu. I dalsze lata kapłaństwa tak naprawdę spędziłem wśród małżeństw, dzięki którym otrzymałem więcej, niż zdołałem dać. Kiedy więc tamtego wieczoru wracałem pustą pampą do siebie z Los Talas, wróciła do mojego serca jakaś dawna, a ciągle żywa, istotnie aktualna, litania do moich rodzin.
   Aldona i Artur. Niezwykle uzdolnieni artyści. Byłem dumny kiedyś, że po latach znajomości, gdy oni pewnego dnia gościli z wywiadem w radiowej rozgłośni, zdołałem na żywo, z pamięci, w eterze wymienić imiona wszystkich ich dzieci według wieku. Nasza przyjaźń narodziła się w chwili, kiedy w skutek przyziemnych machinacji politycznych, Artur został pozbawiony swej pracy. Do dziś pamiętam, jak pojechałem tamtej nocy do ich domu i zobaczyłem przed sobą kogoś jakby obcego. Artur, człowiek nadzwyczajnej aktywności, który dziennie potrafił pokonywać setki kilometrów, organizować koncerty, śpiewać, animować kulturę w najbardziej zapadłych miejscowościach naszego regionu, leżał od wielu godzin na łóżku, nie mówił ani słowa, wpatrzony w sufit. Pamiętam, że towarzysząc sobie, przeszliśmy tą doliną cienia, choć każda ze stron poniosła w życie swoje koszty. Ale rodzina to właśnie miejsce, w którym człowiek podnosi się i walczy, wiedząc, że najważniejsi dla niego ludzie nie odsłonią jego tarczy w chwili ciosu.
   Agata i Adam. Uważam, że są zbyt zdolni, aby ta miałka kultura społeczna, w której przyszło nam wszystkim żyć, mogła ich należycie docenić. Nie znam lepszych analityków i zawsze pytam: skąd Adam, w natłoku swych zajęć, znajduje czas, by czytać, myśleć i stawiać pytania. Gdyby prezydenci wielkich miast Polski zatrudnili go do grona swych najbliższych doradców, to Polskę od lat Bruksela prosiłaby na kolanach o przewodnictwo w Unii Europejskiej. Agata mówi niewiele. Albo rzecz ujmując dosłownie: mówi tylko raz ale wszystko i bez cienia. Sercem ich domu jest trójka dzieci - szczęśliwych, wolnych i bezpiecznych od błędu. Kiedy przekracza się próg domu Agaty i Adama jest się u siebie, choć nic wcześniej naprawdę nie zostało przygotowane. Jeśli czasem ktoś wątpi, po co jeszcze światu potrzebny jest normalny dom, warto odwiedzić Agatę i Adama. Bo rodziny nic nie zastąpi w wychowaniu do zdrowego myślenia o świecie.
   Małgosia i Paweł. Ludzie refleksji, filozofii, książki oraz ikony. Zamiłowani w Tradycji katolickiej. Aktywni w świecie - w głębi duszy stanowczy, równi, milczący benedyktyni. Bóg jeden wie, ile teologicznych bitew stoczył Paweł jak Europa długa i szeroka i z ilu niesprawiedliwie zadanych ciosów się podnosił, by dziś ci, którzy pragną, w każdym kościele mogli iść na Mszę trydencką. Uważam tę parę za mistyków. W wyobraźni mam kolejny z naszych wieczorów sprzed lat, gdy odwiozłem im dzieci po skupieniu i na chwilę wszedłem się pożegnać. Kończyli właśnie jedno z rodzinnych spotkań. W głębi domu widziałem nieznanych mi krewnych, dziadków i braci. Paweł nagle poprosił mnie o błogosławieństwo. Podniosłem tylko dłoń, by skreślić w powietrzu znak Krzyża i z zaskoczeniem spostrzegłem, jak wszyscy w domu - od najstarszych, po najmłodszych - klękają i z pełnym szacunkiem kreślą znak krzyża na czole. Przejmujące. Bo nic tak jak zdrowa rodzina nie wychowuje do pogłębionego życia duchowego.
   Aneta i Marek. Bardzo samodzielni. Od początku małżeństwa zdecydowali się wyjechać z rodzinnego miasta i zacząć życie na drugim krańcu Polski. Tam się poznaliśmy. Szalenie szczerzy, prostolinijni, bez podstępu. Do chwili narodzin swego, pierwszego dziecka, byli zawsze rejonowymi liderami akcji "Szlachetna Paczka". Cały czas coś ciągnęło ich poza próg własnego domu - urodzeni społecznicy, w dobrym sensie niespokojni, tacy, co kochając własne dzieci, każdego tygodnia odwiedzając jeszcze pobliski dom dziecka. Przyciągnęli do mojego mieszkania generację młodych małżeństw: Izę i Darka, Sylwię i Marcina, Agnieszkę i Andrzeja, Izę i Jacka. Część z tych par poszła w politykę, ale można z nich być dumnym. Aneta i Marek pchają jednak do przodu wózek społecznej roboty - założyli z innymi stowarzyszenie rodziców, bronią młodych przed zepsuciem, otwierać będą zaraz własne szkoły. Bo rodzina nie oznacza muru wokół willi.
   Małgosia i Sławek. Niesakramentalni. Nie mogą wziąć ślubu kościelnego, choć często zazdroszczę im wiary, pokory, apostolstwa. Życie jednak wcześniej zrobiło zakręt - do dziś trudno jest jeszcze wyhamować. Sławek to dusza artysty - godzinami potrafi mówić o sztuce, pokazywać swe książki, gędźby i baśni, opowiadać. Małgosia jest żoną i matką, dosłowną, znakomitą, powołaną, jakby nigdy nie pragnęła dla siebie żadnej innej przygody. To prawda, że spędziliśmy ze sobą wiele wieczorów na dyskusji lecz nie pamiętam chwili, w której przyszłoby im może do głowy pytać mnie o Komunię Świętą. Zdrowa wiara w człowieku nigdy nie wzbudza sensacji. Kiedy wspominam Gosię i Sławka, zawsze przychodzi mi na myśl ta mądrość, w której Ojcowie Kościoła twierdzą, że w Niebie przyjdzie nam spotkać tych, których nie spodziewaliśmy się tam wcale zobaczyć - i nie zobaczyć tych, których spodziewaliśmy się tam spotkać. Bo rodzina to przestrzeń bezpiecznej akceptacji siebie w całkowitej prawdzie, bez fałszywego makijażu.
   Dorota i Emil. Emigranci. Znalazłem ich pod adresem na jednej z bocznych ulic centralnego Dublina, gdzieś za stołecznym Tesco, bo pragnęli poświęcić nowy dom. Dom? Wynajęty naprędce kawałek przedpokoju, przechodzącego w pokój z kuchnią i łazienką. Tamtego, deszczowego wieczoru, na końcu korytarza, w półcieniu, spostrzegłem małe łóżeczko z ich pierwszym, płaczącym dzieckiem w środku. Szybko i spontanicznie zawiązaliśmy nić dobrej znajomości. Odkryłem, że Dorota i Emil to utalentowani muzycy chrześcijańscy, tyle że - po wydaniu swej pierwszej płyty - bezczelnie oszukani przez jedną z wytwórni muzycznych katolickiej Polski. Złościłem się potem w sercu wiele razy słysząc w radiu znany wszystkim, wzruszający utwór z pierwszych miejsc listy przebojów. A ich życie zmusiło do szukania pracy daleko. Nie słyszałem nigdy ani jednego słowa oskarżenia. Dla mnie Dorota to wcielenie pokory, a Emil - milczącego męstwa. Bo rodzina, jeśli jest naprawdę więzią miłości, zyskuje niezależność miejsca i komfortu, nosi nas ze sobą wszędzie i nasyca.
   Sandra i Gaspare. Rodzina w misji. Małżeństwo Drogi Neokatechumenalnej. Dwadzieścia lat temu podnieśli się na spotkaniu powołaniowym, sprzedali potem wszystko, co mieli na Sardynii i odpowiedzieli: tak, na Boże wołanie, które przyszło do nich za głosem szalonego proroka nowego tysiąclecia - Kiko Arguello. Od dziewiętnastu lat prowadzą misję apostolską w masońskim, pogańskim jeszcze Urugwaju, wychowując w tak niełatwym świecie jedenaścioro dzieci. Gaspare uczy mnie zawsze, że małżeństwo katolickie nie jest ideałem, wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Ich dzieci to typowi południowcy - o poranku ulewa, wieczorem już słońce. Przeszli wiele zaparcia się siebie i misyjnych cierpień, ale tych najgorszych, kiedy ból męczeństwa zadaje nie zewnętrzny wróg Kościoła, ale chrześcijanie tej samej niby wiary - jak bracia je zadali Józefowi. Kiedy pewnego miesiąca przyszło nam cierpieć razem pomówienia, plotki i osądy, powiedziałem do Gaspare: słuchaj, przecież my w każdej chwili możemy stąd wyjechać? Co nas trzyma jeszcze w Urugwaju? Doświadczony i spokojny Włoch spojrzał wtedy na swoje dzieci i odrzekł: ty w każdej chwili możesz wyjechać, ale dla nich i dla mnie nie jest to już jednak tak proste...jaka potęga radykalizmu musi mieszkać w rodzinie, od której zwykły ksiądz może uczyć się misyjnej odpowiedzialności?
   W przytoczonej tu przeze mnie wcześniej wypowiedzi, arcybiskup Gądecki mówił jeszcze, że rodzina jest też poważną nadzieją na rozbudzenie dynamiki chrześcijańskiej misji we współczesnym świecie. To prawda. Mam wrażenie, że od jakiegoś czasu pojęcie ewangelizacji zostało dziwnie zredukowane do wizji chaotycznej dość, stosunkowo krótkiej czasowo i publicznie męczącej, inwazji ulicznej namiętnych katolików na przypadkowych przechodniów. Jeśli zgodzimy się sprowadzić rozumienie misji w świecie dziś jedynie do kilku godzin przestanych z gitarą i Biblią pod kolejnym, miejskim dworcem, zmarnujemy czas. Ludzie z pracy wracają do domu zmęczeni i nie chce im się reflektować właśnie wtedy, że jedynym Panem jest Jezus. Dla ich wiary ważne jest nie to, co usłyszą, wyskakując z autobusu - lecz to, co odnajdą wchodząc do domu. Misja stabilnej rodziny we współczesnym świecie ma przynajmniej trzykrotną przewagę nad jędrnym entuzjazmem ulicznych ekip ewangelizacyjnych: stałość i długodystansowość pokoleniowej obecności, zdolność do budowania pogłębionej więzi z innymi w miejscu ich pracy, studiów, w sąsiedztwie oraz ugruntowanie tradycji, przekazu, autorytetu, sukcesji, który był, jest i będzie niezastąpionym fundamentem chrześcijańskiej inicjacji w wierze. Mam głęboką nadzieję, ze wizji rodziny w misji, nie wyprze się nigdy Kościół epoki posynodalnej.

  

sobota, 3 października 2015

Coming - out. Znacząca część kleru...

   Na pustyni wewnętrznej, na której przyszło mi żyć od ponad roku, nie łatwo jest znaleźć krzepiący ducha pokarm. Dlatego od dłuższego czasu z lubością wsłuchuję się - w emitowane przez międzynarodową stację katolicką EWTN - krótkie komentarze do życia kapłańskiego, jakie regularnie wygłasza w niej sędziwy kardynał Julián Herranz. Dziś mądry hierarcha przez kilka minut mówił o tym, że ksiądz nie jest maszyną do wykonywania czynności duszpasterskich, że tak się żyć w sutannie nie da i że dobry ksiądz wie, co to znaczy kochać. Miłość jest inspiracją duszpasterza i chroni go od nudy, smutku, zniechęcenia. Ksiądz często bowiem przebywa w obecności Jezusa eucharystycznego, któremu zawierza wszystko. Chodzi więc regularnie przed tabernakulum i prostym językiem codziennego życia, opowiada szczerze Panu o problemach i radościach, o wyzwaniach i porażkach. Obcowanie księdza z tabernakulum napełnia go miłością. Nie można bowiem być księdzem i nie umieć kochać. Jako prosty i znany przykład kardynał Herranz wskazał Jana Marię Vianney'a, który w programie swojego aktywnego życia ustawił konkretną godzinę rozmowy z Jezusem u stóp Najświętszego Sakramentu. I dzięki temu kochał. Wysłuchałem tej konferencji i umocniony wyłączyłem telewizor. A potem jak co tydzień uruchomiłem internet, aby odczytać wiadomości z Polski - wszak dobry misjonarz to również wierny patriota. I nagle uciekło gdzieś łagodne skupienie. Sieć tego dnia krzyczała o innej zgoła formie kapłańskiej miłości. Wszystkie portale internetowe - te pobożne ze zgorszeniem, te libertyńskie zaś z rozkoszą - wyświetlały szczupłą twarz księdza prałata Krzysztofa Charamsy, który z pianą w kącikach ust, z drżącymi dłońmi, w sztucznym, żenującym, banalnie kaznodziejskim uniesieniu, wyszedł z jakiejś szafy, by wyznać światu: "jestem gejem".
   Właściwie sądzę, że należałoby tę wstydliwą histerię biednego człowieka przemilczeć w poczuciu godności. I tak zrobiłbym, gdybym nie otrzymał już tego samego dnia kilku maili od moich Przyjaciół, rozbitych wewnętrznie przez medialną potańcówkę. Napisali do mnie Przyjaciele - księża z Polski, kolejny raz niesłusznie obrażani. Napisali też do mnie Przyjaciele - świeccy katolicy, których znów niechodzący do kościoła sąsiedzi zaczęli wytykać zza płotu palcami. Naprawdę przemilczałbym to jeszcze, gdyby ten rozbity człowiek w koloratce i mój brat w kapłaństwie nie powiedział trzech rzeczy: że to, co robi, kojarzy mu się z kapłańską wolnością; że odkąd zakochał się w innym geju, to mówi lepsze kazania; i że znacząca cześć kleru to homoseksualiści. Dość! Nie wiem, co miał na myśli ksiądz prałat, cedząc słowo: "znacząca" - czy chodziło mu o ilość, czy może o znaczenie na szczeblach kościelnej hierarchii? Nie wiem, nie jestem i nie będę nigdy prałatem, nie wykładam na dwóch, papieskich uczelniach, nie czuję się też na szczęście prominentnym funkcjonariuszem Kościoła - ale nad księdzem Charamsą mam jedną przewagę. Moje kapłańskie życie od piętnastu lat nie polega na siedzeniu za biurkiem. Być może to z poziomu swojej oficyny w watykańskiej kongregacji ksiądz prałat nabawił się przekonania o chorobliwym stanie znaczącej części kleru. Współczuję tylko takiej perspektywy lecz dziękuję Bogu, że w ciągu tych kilku lat dane mi było poznać duchownych wzdłuż i wszerz całej mapy świata: od Dublina, przez Mazowsze, aż po Buenos Aires. Nie jestem więc byłym sekretarzem Międzynarodowej Komisji Teologicznej, ale moja statystyka duchownych jest zupełnie inna.
   Bo ta znacząca część kleru to zwykli księża. Tak o nich i do nich z szacunkiem zwracają się wierzący ludzie. Księża biorą się z tej ziemi, mówią ludzkim językiem i noszą na sobie stygmat ludzkich ułomności. Bywają więc bardziej inteligentni, uduchowieni, błyskotliwi, co tłumy za sobą porywają ku Bogu. Bywają wśród nich też i tacy, którzy dobrze remontują dachy na kościołach - pewnie i jednych i drugich Bóg jakoś wykorzysta. Ci zwykli księża stronią od kariery. Wieczorami, zmęczeni mówią w skupieni brewiarz i samotni gaszą nocną lampkę na stoliku. Tylko nieznacząca część z nich ugania się za byle tytułem, wygląda łaski polityków lub szuka dla siebie zysku.
     I znacząca część tego kleru wolność zdobywa w szrankach duchowego rozeznania. Mają na to czas przez sześć lat solidnej formacji duchowej, duszpasterskiej, ludzkiej, umysłowej. Ilu z nich nocami idzie do kaplicy, by z konsekwentną pokorą pytać Boga o drogę? Potem dojrzewają szybko. Nie są bezmyślni. Upadają i powstają, namiętnie kochają świat, dla tego jednego wezwania radykalnie oddając wszystko. Tylko kilku z nich to hipokryci, co podwójne życie szminkują kolorem błazeńskiej ideologii.
    Ta znacząca część kleru to czasem też wybitni naukowcy. Są wśród nich tacy, co całą Biblię poznali na pamięć. Prowadzić by mogli z sukcesem najbardziej ryzykowne dysputy filozoficzne, w zaciekle ateistycznych akademiach świata. Lecz posłuszni Katechizmowi po nocach piszą kolejne artykuły, pchając pod górkę nadprzyrodzoną świadomość na dobre zeświecczonej dziś kultury. Tylko nieliczni wśród nich to sensaci, którzy tworzą coś po to, by zabłysnąć i którzy - zamiast uczyć studentów odwiecznej mądrości - gorszą nieoświeconych.
      Potem znacząca część kleru, to dzisiaj też ci, którzy zrozumieli, za co pokutuje Benedykt XVI. To oni nad życie kochają Matkę Kościół, gotowi za prawdę oddać swoje życie. Przez lata nie mogli się pogodzić, że ktoś w Rzymie blokuje proces oczyszczania seminariów, przemyślane dokumenty Ratzingera upychając szpicem buta do przepastnej szuflady. Że ktoś nie chce reformy struktur kurialnych, a służbę w Kościele rozmienia na tanią giełdę posłusznych sobie, lawendowych wasali. Nie ma ich zbyt wielu, za to nigdy nie czytają oni Ewangelii, broniąc zaciekle kościelnego feudalizmu, utopijnego klerykalizmu, wygodnego życia i grubego  stołu. Dziś wiele spraw stanęło w innym świetle. 
   Jeszcze znacząca część kleru to mistrzowie życia duchowego. Ci z kolei godzinami w konfesjonałach czekają na człowieka. A potem w jednej chwili - z dramatycznej bryły ludzkiego żywota - potrafią wydobyć kształt, błysk, jakby mistyczny refleks nawrócenia. Tacy głoszą nam głębokie rekolekcje. Odprawiają w skupieniu Eucharystię. Czasem ktoś nigdy nie chodził na katechizm, lecz zobaczy w kościele księdza na modlitwie - to wystarczy za całą naukę. Tylko kilku wśród nich to religijni iluzjoniści, płytcy gracze, magicy, którzy charyzmat mylą z nadmuchanym balonem.
    Bardzo znacząca część kleru to również misjonarze. Bywa, że w zupełnie dojrzałym wieku przyjdzie do serca księdza jakieś wzruszenie, bo na końcu świata ludzie Boga jeszcze nie znają. I spakuje taki swój plecak, jadąc przed siebie i nie wiedząc, na jakim to lotnisku zakończyć się może wędrówka. A potem są miesiące samotności, lata tropikalnych chorób i całe życie tęsknoty za bliskimi, przyjaciółmi, krajem, polskim hymnem i pieśniami z kościoła, śpiewanymi w rodzimym języku. Tylko niewielu pośród nich to poszukiwacze przygód, złaknieni egzotyki chłoptasie, co talenty i pieniądze rozgonią po świecie, biegnąc we mgle nie wiadomo za czym.
   Wreszcie znacząca część kleru to księża emeryci. Widać ich na ulicach polskich miast, gdy zwolnionym krokiem, w sutannie i z laską w ręku, spacerują sobie długimi godzinami ze wzrokiem gdzieś już utkwionym poza horyzont tej ziemi. Czasem ktoś zaczepi ich w rozmowie, pozdrowi, Imię Pańskie pochwali. A oni już wiedzą wszystko z nazwiska, z adresu, z kolędy, z kartoteki - przecież w tym kościele na rynku przez lata chrzcili wam dzieci, dłonie wiązali do ślubu i psalmy śpiewali na pogrzebach. Wśród księży emerytów tylko kilku służyło komunistom.
     Jestem więc boleśnie zdumiony. Nigdy z okna mojej plebanii nie miałem takiego widoku, jakim epatować nas zamierzył ksiądz prałat Krzysztof Charamsa, zapatrzony zza swego biurka w chimerę, upiora, czy światową fantasmagorię. Dziadek nauczył mnie kultury i męskości. Inspiracji do kazań szukam w Ewangelii. Kocham i od kilku już dobrych lat jestem naprawdę wolnym człowiekiem. Nie mogę też uważać siebie za znaczącą część kleru, być może dlatego każdego dnia dziękować nie przestaję Bogu za kilku wspaniałych Ludzi w sutannach, którzy obdarzyć mnie chcieli swą przyjaźnią. To dzięki nim wciąż jednakowo wierzę, nikomu nigdy nie włażąc do szafy.   
   Od piętnastu lat, w każdym zakątku świata, układam sobie taką statystykę kleru. Chciałbym ją dziś podliczyć. Zrobić sobie własny coming-out. Opublikować, nie wychodząc wcale z szafy, by wskoczyć zaraz do alkowy. Ksiądz prałat jest teoretycznie teologiem, więc chyba wie, że jedną z przerażających kar biblijnych jest ta, gdy Bóg człowiekowi rozum odbiera. Ja z kolei już rozumiem, że w kapłaństwie bracia są niespodzianką Boga. Rodziny się nie wybiera, jak dobrać sobie można by partnera gorszącego wszystkich spektaklu. Na szczęście papież Franciszek uczy nas wytrwale, że Kościół współczesny to szpital. A w każdej, dobrej klinice są jej różne oddziały: izba przyjęć czy wypisów, kardiologia, psychiatria, patologia, neurologia, rehabilitacja, wreszcie oddział intensywnej terapii. Modlę się więc cierpliwie i czekam, kiedy i na które piętro zawiozą przeżutego przez media i wyplutego przez kochanka księdza prałata. Już nie prominentnego funkcjonariusza watykańskich dykasterii, ani wymownego wykładowcę papieskich wydziałów - lecz zawsze księdza, który jeszcze na chwilę przed ostatnim oddechem ucałować może fioletową stułę - tym razem po drugiej stronie dyskretnego konfesjonału. Od pokuty jest blisko do świadectwa.